Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Węgry. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Węgry. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 25 maja 2014

Cisza i krzyk (Csend és kiáltás) 1967 reż. Miklós Jancsó

   Oglądałem z angielskimi napisami, więc pewnie nie wszystko wyłapałem/zrozumiałem.

OPIS: 

   Rok 1919. Po obaleniu Węgierskiej Republiki Rad nowe władze rozprawiają się z ludźmi komunistycznego reżimu. Na gospodarstwie pośród węgierskiej puszty przebywa dwóch byłych żołnierzy armii rewolucyjnej. Istvan ukrywa się za wiedzą dowódcy żandarmerii, Karoly zaś jest przez niego maltretowany psychicznie, dodatkowo otruwa go żona chcąc pozbyć się niewygodnego ciężaru.



   Podobnie jak w Desperatach i Gwiazdach na czapkach Jancsó po raz kolejny umieszcza akcję w trakcie zawirowań dziejowych związanych z rewolucją. Tym razem jednak bohater nie jest zbiorowy, a są to jednostki, z którymi dużo lepiej się zapoznajemy. Nie widać też walk ani buntu, dalej obserwujemy okrucieństwo władz, ale już nikt nie stawia oporu, ofiary poddają się.

   Oglądamy obraz zupełnego zepsucia. Przedstawiciele władzy pastwią się nad przegranymi. Kobiety oddają się żandarmom, by ratować swego krewnego, a jednocześnie są na tyle fałszywe, że podtruwają jego i matkę, by jak najszybciej pozbyć się kłopotu. Okoliczni chłopi odmawiają ofiarom pomocy, bo chcą mieć spokój. Całość tworzy naprawdę straszny obraz.


   Klimatu fabuły dopełniają surowe plenery i zdjęcia. Wszechogarniająca pustka i przestrzeń, na której znikąd widzieć ratunku, ani nie ma szans uciekać. Do tego jak zawsze liczne dalekie plany dodatkowo pokazujące jak nikła jest jednostka wobec otoczenia.

   Raz jeszcze mamy naprawdę świetne aktorstwo, szczególnie biorąc pod uwagę tak niełatwe role. Pojawia się cała plejada znanych już nam gwiazd: Zoltán Latinovits, András Kozák, Mari Törõcsik, János Koltai i József Madaras.


   I chociaż ofiarami są żołnierze komunistyczni, którzy nie powinni zasługiwać na litość, to można na nich spojrzeć łaskawszym okiem, jako na tych, którzy chcieli dobrze, nie wiedząc do czego doprowadzą rządy czerwonych na Węgrzech.

   Ciszę i krzyk serdecznie polecam.




   I jeszcze jedna rzecz, której nie mogło zabraknąć w przypadku Jancsó:
Są i cycki :D

poniedziałek, 17 marca 2014

Człowiek z Londynu (A Londoni férfi) 2007 reż. Béla Tarr

   Przez długi czas nie mogłem znaleźć klucza do rozwiązania zagadki tego filmu. On nie miał sensu... I wtedy mnie olśniło, gdyż odnosi się on do sensu życia (lub też jego braku).

OPIS:

   Maloin pracuje w porcie, będąc dyspozytorem (?) na nocnych zmianach. To człowiek wypalony i samotny, nie mający żadnych pragnień. Sytuacja się zmienia, gdy Maloin staje się świadkiem morderstwa i przejmuje po zabitym torbę pełną pieniędzy.



Bez sensu.
(będą spojlery)


   Maloin żyje tylko na pozór. Chodzi do pracy, którą wykonuje niczym automat. Prawie z nikim nie gada, nic go nie interesuje, nic nie wzbudza jego emocji. Przed całkowitym wyobcowaniem chronią go tylko chyba partyjki szachów z barmanem. Dopiero szansa od losu, którą jest przejęcie walizki pieniędzy po zabitym, wyzwala w nim pewne zmiany. Maloin staje w obronie honoru córki, próbuje odnowić z nią więź przez ofiarowanie drogiego prezentu, a także rozpoczyna kłótnie z żoną, dając upust emocjom. Próby te okazują się jednak kalekie i prowadzą do porażek.


   Bohater sam rezygnuje z szansy danej od losu. Oddaje pieniądze nie ze strachu przed policją, która jest na tropie sprawy, ale dlatego, że nie wie co z nimi zrobić. Ciężko mi to oceniać. Ciężko mi w ogóle wyobrazić sobie sytuację, w której traci się sens życia (nie liczę chorób psychicznych). Z drugiej strony mając jakieś cele do których się dąży, warto się zastanowić czy nadają one naszemu życiu wartość i czy naprawdę do nich pragniemy zmierzać, podczas gdy w międzyczasie przepuszczamy przechodzące nam koło nosa okazje na coś lepszego. A wszystko dlatego, ze nie potrafimy już sięgnąć po szczęście.

Niby ładnie, pięknie, ale czegoś tu brak.

   Ten film nie posiada niestety tak wielu ukrytych symboli i alegorii jak Potępienie i Harmonie Werckmeistera, pozwalając godzinami analizować poszczególne sceny i ujęcia, brakuje mu też surowości Konia turyńskiego. A przede wszystkim nie wzbudza on tych jedynych w swoim rodzaju odczuć, które towarzyszą przy oglądaniu powyższych dzieł. Ciężko wczuć się tu w bohaterów, sytuacje czy miejsca. Mimo to jest sporo smaczków, którymi można się zachwycić. Jak zawsze niesamowite zdjęcia i genialna gra świateł i cieni.


   Do Człowieka z Londynu z pewnością kiedyś jeszcze wrócę, może po prostu jeszcze nie dorosłem :)

poniedziałek, 4 listopada 2013

Inne spojrzenie (Egymásra nézve) 1982 reż. Károly Makk, János Xantus

   Huh, już dawno miałem to obejrzeć, a w sumie nawet oglądałem, ale przyszedł czas by odświeżyć :)

   Będą niekontrolowane spojlery, strzeżcie się.

   To historia miłości między dwoma kobietami pracującymi w gazecie. Pierwsza z nich, Eva, walczy o prawdę, nie chcąc godzić się na kompromisy z władzą. Wie czego chce i dąży do tego z całych sił. Jest taka zarówno w pracy, jak i w życiu prywatnym, dlatego ulokowawszy swoje uczucia w Livii wykazuje wręcz niezdrową fascynację. Livia jest jednak osobą niezdecydowaną i zdezorientowaną, nie potrafi się odnaleźć w nowej sytuacji i chociaż odwzajemnia uczucia wobec Evy, to raz za razem się z nich wycofuje. Dodatkową przeszkodą jest dla niej jeszcze mąż...



   Obie role są rewelacyjne i uzupełniają się nawzajem. Obsadzenie Polek w węgierskim filmie może się wydawać szalonym pomysłem, ale z tego co czytałem rodzime aktorki nie chciały wziąć udziału w tym przedsięwzięciu i dlatego stanęło na bardziej odważnych naszych krajankach. Jak się okazuje z korzyścią dla Węgrów, bo panujący wtedy ustrój nie pozwolił Szapołowskiej i Cieślakowej rozpocząć międzynarodowej kariery po tak wielkim sukcesie.



   Prócz wątku miłosnego, możemy zaobserwować w filmie jeszcze kilka ciekawych rzeczy. Poraża obraz biedy lat 50' i skomplikowanej sytuacji politycznej. Ukazana jest prawda o komunistycznym ustroju w tych najgorszych dla Węgier latach. Poruszająca jest historia chłopów, których zmuszono siłą do przyłączenia się do spółdzielni. Postać jej przewodniczącego jest szczególnie ciekawa, to weteran który walczył nad Donem, potem został jeńcem, następnie zasmakował trochę wolności, by zaraz przyłączyć się do powstania 56', co skończyło się dla niego odsiadką. Ostatecznie zgodził się na kompromis z władzą i został przewodniczącym spółdzielni, odkładając na bok dawne ideały. Mimo to popiwszy sobie, ujawnia prawdziwą naturę, intonując w pewnym momencie Hymn Szeklerów, patriotyczną pieśń węgierską.

   Twórcy zadbali o odwzorowanie epoki, ale parę wpadek jest. A tak! Wasz niestrudzony łowca polskich samochodów na węgierskich drogach jest w dobrej formie. Tym razem udało mi się wyhaczyć Warszawę. Problem w tym, że to sedan, a ta wersja weszła do produkcji w 1964 roku, podczas gdy akcja filmu toczy się w 1958... To samo z Nyską sanitarką. Produkcja Nys ruszyła w 1958, więc wątpliwe by pierwsze serie trafiły na eksport, zresztą wersja dla pogotowia ratunkowego powstała dopiero w 1959...




   Smutne, że w końcu Eva skapitulowała na chwilę w walce o uczucie Livii (zdecydowała się propozycję kelnerki), mimo to pozostała nieustępliwa wobec zakłamanego systemu. Kiedy ponownie straciła ukochaną zdecydowała się na ostateczny krok, w pewien sposób honorowo kończąc swą batalię.



sobota, 28 września 2013

Ja, inny. Kronika przemiany - Imre Kertész [recenzja książki]

   Poprzednie książki Kertésza, które czytałem (Język na wygnaniu i Likwidacja) zrobiły na mnie duże wrażenie i oceniam je pozytywnie. Może z tego powodu nastawiłem się również dobrze do Ja, inny. i niestety się zawiodłem.

   To zbiór luźnych przemyśleń autora, które w sposób bardziej obszerny możemy poznać w innych jego dziełach (czy to późniejszych czy wcześniejszych). Tutaj przeskakuje z tematu na temat, co moim zdaniem jest niesamowicie męczące. Chwilami można nawet odnieść wrażenie, że kończy rozpoczętą myśl w pół zdania.

   To ciekawy "pokaz slajdów" z paru lat jego życia (lata 90') - jego pracy i podróży. Jeśli zebrać to jednak w całość, to wyłania się obraz człowieka, który nie ma własnej tożsamości, nie czuje się ani Węgrem, ani Żydem, choć tego ostatniego by chciał.

   I choć tytuł mówi nam "Kronika przemiany", to ja żadnej przemiany nie widzę. Kertész zdaje się cały czas stać w miejscu, nie mogąc znaleźć dla siebie innej roli w życiu.



środa, 18 września 2013

Kangur (A Kenguru) 1975 reż. János Zsombolyai

   Nauki języka ciąg dalszy :) Tym razem postanowiłem zmierzyć się z dostępnym na YouTube Kangurem z 1975 roku w reżyserii Jánosa Zsombolyai (debiut reżyserski tego znanego operatora). Na film ten miałem ochotę już od dawna. To sympatyczna historia nieco narwanego, ale porządnego chłopaka, który jest kierowcą ciężarówki na trasach krajowych, a marzy by jeździć za granicę. Poznajemy jego prześmieszne momentami perypetie  bujne życie towarzyskie. W nieco nieporadny sposób szuka on swego miejsca w świecie, gdyż nie zadowala go węgierska rzeczywistość. Podchodzi jednak do sprawy solidnie (uczy się angielskiego).

   Warto zwrócić uwagę na obraz Węgier z tamtych lat. Z jednej strony bieda (rozsypujące się domy, ubogie na pierwszy rzut oka wyposażenie mieszkań), a z drugiej pierwsze oznaki "gulaszowego komunizmu" (atrakcyjne kawiarenki, spora liczba samochodów na ulicach). W paru scenach przedstawione są wielkie budowy, możemy zatem wysnuć wniosek, że kraj cały czas się rozwija i jeśli ma jakieś problemy, to z pewnością przejściowe (niestety rzeczywistość okazała się nie tak optymistyczna).



   Sceny na drogach skradły mi serce, jak zawsze gdy widzę sporo samochodów z bloku demoludów. Ujęcia całkiem niezłe, tak że i w Hollywood by się nie powstydzili. Do tego udało mi się wyhaczyć parę polskich samochodów.

   Nie potrzeba znajomości języka, by zrozumieć ogólny zarys fabuły i problemy głównego bohatera. Sądzę że to zasługa zdjęć i montażu, które w obrazowy sposób ukazują nam rozwój akcji, podczas gdy dialogi są jedynie pewnym dopełnieniem.

   Jeśli ktoś lubi hipisowskie klimaty/modę w stylu europejskim to dobrze trafił. Tu można nacieszyć się zarówno charakterystycznymi ubraniami i fryzurami jak i dopasowaną muzyką, zespołów węgierskich z tamtych lat.




Tutaj można zobaczyć cały film:



sobota, 14 września 2013

Po urlopie - o kuchni węgierskiej.

   Z urlopu na Węgrzech wróciłem co prawda już miesiąc temu, ale dopiero teraz zebrałem się na napisanie tego tekstu. Jak blog o kulturze, to o gotowaniu czasem musi być :) Mój krótki pobyt w sercu Węgier, dostarczył mi kolejnych "wrażeń" i zachwytów nad węgierską kuchnią.

   O wszechobecnej papryce wiedzą wszyscy, więc ten wątek sobie odpuszczę.

   Szczególnie zaskoczyła mnie kawa. Wiedziałem że Węgrzy piją ją w malutkich kubeczkach/filiżaneczkach (50-100 ml) i że jest mocna, ale zetknięcie się z tym jednak trochę mnie zdziwiło. Ja nie mogłem zrozumieć jak Węgrzy mogą się zadowolić, takim jednym łykiem (powiedziałem im, że u nas, z naczyń takiej pojemności to się wódkę pije), a oni nie mogli pojąć dlaczego po wypiciu już trzeciej "kawy" idę po następną. Druga rzecz, że niektórzy tam dużo słodzą i gdy piszę "dużo" to mam na myśli np. kawę z cukrem w proporcji 50/50.
Z herbatą za to na odwrót. Wrzucają jedną torebkę na cały dzbanek, a do tego dużo cytryny. Wychodzi napój herbatopodobny.

   O kolejne zdziwienie przyprawiła mnie zupa pomidorowa, którą dostałem w restauracji. Była tak niesamowicie słodka, że zażartowałem do kolegi, czy aby cukru do niej nie sypią. Na co on, zupełne naturalnie odpowiedział, że i owszem, parę łyżek (!) na garnek, a tak w ogóle to co mnie w tym śmieszy...

   Potem było jeszcze ciekawiej, widziałem między innymi jak się je arbuza z chlebem. Do teraz jednak nie wiem, czy to zjawisko masowe, czy byłem jedynie świadkiem pewnej anomalii :D

   To co my w Polsce nazywamy gulaszem tam jest pörköltem, a gulasz (gulyás) zaś to zupa. Jeśli jesteśmy przy ich zupach, to wiele z nich bazuje na podobnej zasadzie: papryka, mięso (wołowe, nie jak u nas wieprzowe) i ziemniaki. Zależnie od wykorzystanych innych składników, można uzyskać odmienne dania.
Do zup często wciskają paprykę z tubki lub inne "pasty smakowe", których mają od groma (czosnkowa, do gulaszu, z czerwonej cebuli...). Wszystkie te przyprawy dodają daniu mocy. Podobnie jak wkrajanie ostrej papryki, która momentalnie traci w zupie moc, ale sprawia że całość staje się pikantniejsza.

   Bardzo polubiłem węgierskie kiełbasy. Szczególnie suchą, zaprawianą papryką, która ma w środku piękny czerwony kolorek i niesamowity smak. Niestety zapomniałem nazwy.

   Kończąc chciałbym jeszcze ponarzekać na piwo. No cóż, mówiąc bez ogródek: szczyny. Węgrzy mają ledwie kilka browarów, które wypuszczają na rynek zaledwie parę sikaczy, porównywalnych do naszych koncerniaków. Resztę piwa ściągają z Austrii i Niemiec. Nie jest ono u nich zbyt popularne i chyba przez jakiś czas nie będzie. Ja w czasie swojego pobytu starałem się każdorazowo pić coś innego i niestety ani jedno piwo nie przypadło mi do gustu (austriackie i niemieckie tez smakowały jak jakieś siurki).

   Wbrew temu co mówią niektórzy dzisiejsi turyści dawniej jeżdżący na Węgry, handel arbuzami przy drogach nie zniknął - trzeba tylko pojechać na głęboką wieś, gdzie czas się zatrzymał ;)



   W następnym wpisie, krótka relacja z otwarcia wystawy Węgierskie spojrzenie w Muzeum Kinematografii w Łodzi.

poniedziałek, 9 września 2013

Węgierskie spojrzenie. Wystawa poświęcona twórczości M. Jancsó i I. Szabó w Muzeum Kinematografii w Łodzi.

   Jako że blog poświęcony jest węgierskiej kulturze, to i warto napisać coś o bieżących wydarzeniach.

   12 września (czwartek) w Muzeum Kinematografii w Łodzi, odbędzie się otwarcie wystawy "Węgierskie spojrzenie", poświęconej twórczości Miklósa Jancsó i Istvána Szabó. Towarzyszyć jej będzie zaczynający się już 10 września przegląd ich filmów.

   Zachęcam wszystkich z Łodzi i okolic :)




niedziela, 8 września 2013

Likwidacja - Imre Kertész [recenzja książki]

   Bohaterem tej książki jest... zmarły. To B., urodzony w Aushwitz pisarz, który popełnił samobójstwo jeszcze przed rozpoczęciem się akcji powieści. To z kolei stało się impulsem dla jego przyjaciela, redaktora Keserű, do podjęcia poszukiwań napisanej przed śmiercią ostatniej "wielkiej" powieści B. Wraz z postępami w swoim prywatnym śledztwie, Keserű odkrywa mroczne tajemnice przeszłości.

   Likwidacja to książka wyjątkowa. Łączy w sobie elementy kryminału i powieści psychologicznej. Napisana jest w sposób przemyślany i złożony. Wraz z biegiem akcji i kolejnymi odkryciami Keserű (który ma obsesję na punkcie twórczości B.) powoli odkrywamy coraz to nowe fakty z życia B. Jednocześnie mnożą się zagadki i niejasności, na których rozwiązanie musimy czekać.

   Sam pomysł na fabułę nie jest porywający, ale Kertész przedstawił ją w taki sposób, że wciąga i nie pozwala się oderwać od czytania. Intryga jest skonstruowana tak, że cały czas trzyma czytelnika w niepewności i nasuwa kolejne pytania.

   Całość skłania do refleksji nad sensem życia. Można jak Keserű żyć obsesją na punkcie innego człowieka, czy też jak B., spełnienie widzieć jedynie w autodestrukcji, ale jest jeszcze droga, którą wybrała między innymi Judit - odnaleźć szczęście.

   To obraz tego jak ludzie sami się wykańczają, tak jak B., który urodził się w Auschwitz i czuł jego piętno przez resztę życia, poświęcając wszystkie siły w poszukiwaniu odpowiedzi napytanie: czemu do tego doszło. Stało się to jego obsesją, nie pozwalając mu normalnie żyć i odnaleźć szczęścia, a właściwie to on sam sobie na to nie pozwolił. W moim odczuciu ten wątek został poprowadzony po mistrzowsku. Za to temat Auschwitz był już podejmowany w literaturze tyle razy, że niczym nas tu Kertész nie zaskakuje, stwierdzając, że nie ma na to wyjaśnienia i odpowiedzi.





sobota, 10 sierpnia 2013

W poszukiwaniu blogów.

   Grzebiąc w odmętach internetu w poszukiwaniu blogów podobnych do tej, dokonałem kolejnego ciekawego odkrycia. Oto ono: Kino Węgierskie.

   To blog mający formę listy węgierskich filmów z krótkimi opisami i komentarzem. Całość jest przejrzysta i... skromna. No właśnie, nie ma tam nawet możliwości zostawienia komentarza. Szkoda, bo potencjał spory.

   Przy okazji tego odkrycia uświadomiłem sobie jeszcze jedną rzecz: jeśli chodzi o blogi, to poza powyższym i moim własnie, nie ma innego, który zajmowałby się węgierskimi filmami. Cóż, nigdy nie sądziłem, że trafię w taką niszę... Mało tego, przejrzałem masę blogów filmowych szukając na nich chociażby wpisów poświęconych madziarskim filmom i nie znalazłem właściwie nic za wyjątkiem tego: Nieprawdziwa historia.
Na jakimś blogu filmowym trafiła się też recenzja Dzielnicy!, którą autor niepochlebnie opisał raptem w trzech zdaniach, wykazując się przy tym zupełną ignorancją w temacie. Nawet nie ma sensu przytaczać tej notki.

   Z jednej strony ubolewam nad tym stanem rzeczy, ale z drugiej... daje mi to całkiem niezłe możliwości :D


   Jeśli znacie jakieś inne blogi o tej tematyce, albo nawet pojedyncze wpisy, to dajcie mi cynk w komentarzach ;)



środa, 7 sierpnia 2013

Trzecia granica tom 2 - Adam Bahdaj [recenzja książki]

   Trzecia granica to kolejna już książka pochodząca z pamiętnej wyprzedaży w antykwariacie (a ciągle mam jeszcze dwie w zanadrzu). Tytuł ten od razu rzucił mi się w oczy, bo spotkałem się z nim już wcześniej, a mianowicie słyszałem o filmowej adaptacji tego cyklu powieściowego - to jest serialu telewizyjnym z 1975 roku. Swoją drogą muszę kiedyś znaleźć czas by go obejrzeć.

   To historia kurierów tatrzańskich, którzy podczas II wojny światowej kursowali z tajnymi informacjami na trasie Zakopane - Budapeszt. Warto dodać, że autor był jednym z nich.

   Do czytania zabrałem się chętnie, chociaż bez specjalnego entuzjazmu, gdyż wszelkie okupacyjne / konspiracyjne / partyzanckie historie nieszczególnie mnie pociągają. Przyznam że zainteresowałem się tą książką tylko ze względu na węgierski wątek.

   Mi trafił się akurat tom II, ale myślę że daje on wyobrażenie o całej serii. Przechodząc od razu do rzeczy powiem, że to nie jest zła powieść, ale i nie porywa. Autor zamieścił sporo dialogów, uprzyjemniających odbiór i posuwających fabułę do przodu. Opisy krajobrazów i drogi za to, nużyły mnie niesamowicie. Z bohaterami nie lepiej, niestety muszę ich określić mianem papierowych, chociaż widać że w zamierzeniu mieli być "morowymi chłopakami", których każdy polubi. Może nie znieśli próby czasu, a może to ze mną coś jest nie tak... Skoro już o tym mówię, to muszę przyznać, że więcej sympatii i współczucia miałem dla paru nieszczęsnych Niemców, którym przyszło zmierzyć się z krzepkimi, polskimi chłopakami. Z Polaków polubiłem postać kolejarza Błaszczaka, który jako jedyny nie był irytujący.

   Podsumowując nie jest źle, to świetna lektura do poduszki. Jeśli ktoś interesuje się okresem okupacji to polecam szczególnie, w moim odczuciu całkiem nieźle oddaje klimat tamtych lat. By lepiej zrozumieć powieść, wcześniej polecam też zapoznać się z informacjami na temat autora i tła historycznego. W moim przypadku miało to ogromne znaczenie dla właściwego, bardziej pełnego zrozumienia treści. Zupełnie jak przy Dziesięciu tysiącach dni, które oceniłbym nie najlepiej bez zapoznania się z informacjami na temat filmu i reżysera.




środa, 31 lipca 2013

Dóra nadaje... - Sándor Radó [recenzja książki]

   Tym razem niełatwy wpis. Książkę tę zakupiłem razem z poprzednią na wyprzedaży w antykwariacie. Nie zniechęcił mnie zamieszczony na okładce opis informujący, że oto mam w rękach pamiętnik węgierskiego komunisty, wręcz przeciwnie, z zaciekawieniem wziąłem się za lekturę. Oczywiście spodziewałem się kłamstw i przemilczeń niewygodnych kwestii, ale ich faktycznych rozmiar wręcz zwalił mnie z nóg.

   Wspomnienia autora wręcz ociekają skrajnym fanatyzmem. Niczym samozwańczy propagandysta wychwala on (w tym przypadku nie pod niebiosa) wszystko co związane z ruchem robotniczym, partią i Związkiem Radzieckim w ogóle. Jest to zrozumiałe ze względu na jego poglądy, ale już wyolbrzymianie rozmiarów i znaczenia tych organizacji zakrawa na śmieszność. I tak przy bezkrytycznym podejściu do lektury można by odnieść wrażenie, że na Węgrzech i w Niemczech po I wojnie światowej byli - za wyjątkiem oczywiście tych złych: policjantów i rządu - niemal sami komuniści. Ci dzielni, żądni sprawiedliwości społecznej ludzie aż rwali się pod czerwone sztandary. Szczególnie rozbawił mnie opis Węgierskiej Republiki Rad, efemerycznego tworu państwowego, który na sto dni zagościł na ziemiach węgierskich. Ze wspomnień autora wynika, że był to wręcz raj na ziemi. Nie ma ani słowa o krwawym czerwonym terrorze, który rządzący zgotowali obywatelom, a wymordowano wtedy tysiące ludzi za samo to, że przed przewrotem służyli w armii austro-węgierskiej, byli urzędnikami czy po prostu inteligentami (zdarzało się, że zabijali za noszenie okularów, bądź zadbane - czyli niespracowane - dłonie), a zdarzało się i za nic - bo ktoś komuś kiedyś podpadł i nadarzała się okazja do zemsty. To wszystko zostało przemilczane, nie omieszkał zaś autor wznieść lamentu nad białym terrorem, który po obaleniu Béli Kuna rozpoczął admirał Horthy. Jednostki "Białej Gwardii" oskarżone zostały o morderstwa, rozboje, gwałty i wszelkie łajdactwa jakie można było jeszcze wymyślić. Prawda jest taka, że Horthy faktycznie wziął się za robienie porządków, ale ofiarami egzekucji padali głównie komuniści, którzy dopiero co sami siali śmierć i zniszczenie. Biały terror rzeczywiście wymknął się w pewnym momencie spod kontroli i pochłonął pewną ilość niewinnych ofiar, ale nie było to zamierzeniem, nowych, legalnych władz, a efektem chaosu, który nastał.

   W tym momencie miałem ochotę pierdolnąć książkę do śmieci i znaleźć sobie jakieś ciekawe zajęcie. Przemogłem się jednak i czytałem dalej.

   Opisując ZSRR w różnych okresach, Radó po raz kolejny popada w euforię. Raz jeszcze trafiamy do prawdziwego raju na Ziemi, gdzie ludzie są szczęśliwi, uczciwi i pracowici (prawdziwi homo sovieticus), a wokół panuje dobrobyt. I co z tego, że naprawdę wszędzie tam była bieda, głód (w Moskwie lat dwudziestych dochodziło do kanibalizmu) i szalał aparat terroru. Tego autor nie zauważył. W którymś momencie istotnie napomyka o pewnych "przejściowych trudnościach", ale zaraz obarcza za nie winą jakiś bliżej niezidentyfikowanych obcych - światową burżuazję. Beszta ich, obwiniając za całe zło tego świata.

   Prócz skłonności do kłamstw, wyolbrzymiania spraw nieznaczących i przemilczania niewygodnych faktów, Radó ma jeszcze jedną cechę charakteru - narcyzm, jak wszystko inne u niego - rozbuchany niczym lokomotywa. Rozumiem że to jego wspomnienia i jest ich głównych bohaterem, ale ciągłe wspominanie o swoich znajomościach przyprawia o wymioty. Można dojść do wniosku, że był on zaprzyjaźniony z połową Komitetu Centralnego w Moskwie i przywódcami wszystkich szajek komunistów w Europie. Aż dziw, że nie trafił do podręczników historii! Znajomości to jednak nie wszystko, nie uwierzylibyście jakimi osiągnięciami mógł się poszczycić, był kartografem i osiągnął na tym polu tak znaczące sukcesy, że chyba tylko z winy światowej burżuazji nie dostał nagrody Nobla (wiem, wiem, w tej dziedzinie nie przyznaje się nagród).

   Nie doczytałem do końca, po prostu nie dałem radę. Ja naprawdę chętnie przeczytałbym wspomnienia jakiegoś komunisty, ale nie fanatyka mogącego iść w szranki z najbardziej bezwstydnymi propagandystami.

   Podsumowując, Sándor Radó był kanalią. W czasie istnienia Węgierskiej Republiki Rad zdradził swój kraj wspierając morderców i bandytów. Później w okresie międzywojennym szpiegował dla Sowietów snujących agresywne plany wobec Zachodu. Te działania kontynuował w czasie wojny przyczyniając się do zwycięstwa Armii Czerwonej nad Niemcami, a tym samym zajęcia i wyniszczenia przez następne pół wieku Europy Środkowo-Wschodniej.



wtorek, 30 lipca 2013

O węgierskiej muzyce słów kilka.

   Na wstępnie zaznaczam, że nie jestem znawcą muzyki, a mój gust nie należy do wysublimowanych, ot słucham co mi w ucho wpadnie. Mimo to zamieszczam ten wpis, chcąc zwrócić uwagę potencjalnych słuchaczy na tę niszę, którą stanowi węgierska muzyka, ze szczególnym uwzględnieniem narodowego rocka, będącego chyba najciekawszym zjawiskiem w temacie.

   Zacznijmy od tego, że węgierska muzyka nie jest w Polsce znana. Wyjątek stanowią jedynie czardasz i piosenka: "Dziewczyna o perłowych włosach" (tylko dlatego że pamięta ją jeszcze starsze pokolenie). Podsumowując: jest kiepsko i choć powoli idzie ku dobremu, to jeszcze przez wiele lat wykonawcy i utwory z Węgier pozostaną nieznane szerszej publiczności, szczególnie biorąc pod uwagę zalew z zachodu.

   Ja madziarskimi zespołami interesuję się od paru lat. Zaczęło się od fascynacji narodowym rockiem (jeszcze wcześniej Węgrami w ogóle) i choć jest to mój ulubiony gatunek, staram się na nim nie poprzestawać, eksplorując ten "dziewiczy teren" i raz za razem dokonując ciekawych odkryć.

   Wspomniałem o narodowym rocku, ale zanim do niego dojdziemy chciałbym zwrócić uwagę na zespoły metalowe, które pojawiły się na Węgrzech już w latach 80', prezentując swoją twórczością całkiem wysoki poziom (przynajmniej takie jest moje zdanie). Wydaje mi się też, że zyskały tam one sobie większą popularność niż analogiczne rodzime kapele w Polsce. Zamiłowanie do tej muzyki Węgrom pozostało i zarówno w latach 90' jak i później powstawały kolejne grupy, z których wiele działa do dziś. Na koniec wpisu zarzucę paroma linkami ;)

   Węgierski narodowy rock (nemzeti rock) pojawił się na początku lat 90' dzięki upadkowi komunizmu i jego cenzury. Wielu artystów zamiast śpiewać o niczym, bądź o miłości postanowiło wpleść trochę patriotyzmu do swojej twórczości. Zaczęli więc poruszać tematykę własnej, trudnej historii i krzywd, których ich kraj doznał na przestrzeni dziejów. Największą i jedną ze świeższych jest Traktat z Trianon, na mocy którego Węgry po I wojnie światowej straciły 70% swojego terytorium, miejscami zamieszkałego wyłącznie przez Madziarów. Ta trauma była szczególnie silna przed wojną, by zostać sztucznie przygaszoną na okres komunizmu i odzyskać należne miejsce w narodowej pamięć po jego upadku.

   Narodowy rock to połączenie mocniejszych rockowych (a nawet metalowych) brzmień z folkowym klimatem. W treści utwory odnoszą się do historii (1848, Trianon, irredenta, 1956), bądź hołubią węgierską kulturę i tradycje. Można powiedzieć, że są przesiąknięte patriotyzmem na wskroś.

   Mam nadzieję, ze kogoś zainteresowałem :) Zapraszam do słuchania.


Trochę metalu:











...i narodowy rock:















   P.S. Według niepotwierdzonych informacji Polacy są drugimi po Węgrach odbiorcami tego typu muzyki. Sięgająca wielu wieków wstecz przyjaźń robi swoje :)

piątek, 26 lipca 2013

Zimne dni - Tibor Cseres [recenzja książki]

   Tak jak obiecałem, zaczynamy zmiany na blogu :)

   Rzadko wpadają mi w ręce węgierskie książki. Jeśli już się tak stanie to mają one na ogół ponad trzydzieści lat. Tak było i tym razem, gdy odwiedziłem antykwariat na wyprzedaży trafiła mi się powieść Tibora Cseresa - Zimne dni. Na Węgrzech została ona wydana w 1964 roku, a pierwsze polskie wydanie pojawiło się w 1968. Znalazłem ją przypadkiem, gdy wśród sterty rzuciła mi się w oczy charakterystyczna okładka Kolekcji Literatury Węgierskiej, serii która ukazywała się Polsce Ludowej.

   Książka jest próbą rozliczenia się z tragicznym epizodem węgierskiej historii jakim jest masakra ludności serbskiej i żydowskiej, której dokonały węgierskie wojska i żandarmeria w styczniu 1942 roku w Nowym Sadzie i okolicach. Przebieg tych zdarzeń jest opowiedziany przez czterech ich uczestników, wojskowych osadzonych w jednej celi, którzy wspomnieniami wracają do tamtych dni. Ich świadectwa uzupełniają się na wzajem i ukazują sprawę z różnych perspektyw - zarówno z punktu widzenia oficerów jak i zwykłych szeregowych. Autor stara się przedstawić mechanizmy ludobójstwa i indywidualnej, bądź zbiorowej odpowiedzialności, a także poczucia winy oprawców. Musze przyznać, że to znakomite studium psychologiczne zbrodniarzy, albo jak to się mówi w takich sytuacjach - "ludzi którzy wykonywali tylko rozkazy".

   Styl pisania nie porywa, może to wina tłumaczenia, nie wiem. Fabuła momentami jest przedstawiona w sposób dość nudny i chaotyczny (zabieg zdaje się celowy, lecz nieudolnie przeprowadzony). Z upływem stron dałem jednak radę się wciągnąć. Na pocieszenie dodam, że na końcu wszystkie elementy układanki wpadają na właściwe miejsca, tworząc przejrzysty obraz całości.

   Nie żałuję, że przeczytałem te książkę. Poznałem historię tej tragicznej karty węgierskiej historii, w sposób o wiele bardziej obrazowy niż suche fakty, które zapewnić mogą podręczniki czy encyklopedie. Powieść zmusiła mnie też do zastanowienia się jaką odpowiedzialność za zbrodnie ponosi szeregowy żołnierz czy oficer, który jedynie wykonuje rozkazy i jaki wpływ ma to na ich psychikę i dalsze funkcjonowanie.

   Polecam osobom zainteresowanym tematem. Nie jest to lektura pod poduszkę.



czwartek, 25 lipca 2013

Zmiany.

   Początkowo założyłem, że będzie to blog poświęcony węgierskiej kinematografii, jednak z braku czasu i możliwości zapoznawania się z ich dorobkiem w tej dziedzinie, a przy jednoczesnej niechęci do zamykania tego projektu, postanowiłem rozszerzyć nieco spektrum zagadnień. Począwszy od następnego wpisu, będziecie tu mogli Drodzy Czytelnicy zapoznać się z węgierską literaturą i muzyką. Dodatkowo planuję sporadycznie umieszczać teksty poświęcone innym zagadnieniom związanym z krajem bratanków, będzie między innymi o o moich zmaganiach z nauką języka, kuchennych eksperymentach z papryką w roli głównej i wiele, wiele więcej. Co jeszcze powiedzieć? Zapraszam.



poniedziałek, 20 maja 2013

Mucha (A légy) 1980 reż. Rofusz Ferenc

   Kolejny ciekawy krótkometrażowiec, tym razem jednak wyjątkowy, bo zdobywca Oscara w 1981 roku.
   Film jest animowany, rysunkowy. Ukazuje dwie i pół minuty z życia muchy, widziane jej oczyma. Pomysł prosty i może dzięki temu ciekawy, myślę że warto rzucić okiem. Zauważmy też, że jak na 1980 rok, to był kawał roboty, gdyż trzeba to było wszystko po kolei narysować i sfilmować (kamerą do zdjęć poklatkowych).

   Film można zobaczyć w całości tutaj:


sobota, 18 maja 2013

Dzielnica! (Nyócker!) 2004 reż. Áron Gauder

   Dzielnica! to film animowany dla dorosłych (obecne są: wulgarny język, seks i przemoc). Mamy w nim sporo odniesień do polityki, zarówno lokalnej węgierskiej jak i globalnej, przy czym należy pamiętać że powstał w 2004 roku (na Węgrzech rządzili postkomuniści rozgrabiający to co jeszcze zostało; kraj wszedł do UE; Amerykanie szaleli w Iraku; Bin Laden nadal żył i się ukrywał).  Do tego dochodzi próba ukazania napięć społecznych w wielonarodowym i wielokulturowym Budapeszcie. Na pierwszy rzut oka widać, że twórcy czerpali inspirację z South Parku i Romeo i Julii, efekt takiej mieszanki musiał być wybuchowy .

   Długo zabierałem się za obejrzenie tego filmu, po części dlatego że nie przepadam za produkcjami ukazującymi oblicze patologii społecznych. Wolę pozostawać w błogiej nieświadomości, niż wiedzieć jakie męty żyją na tym świecie. W końcu jednak się zdecydowałem i przyznam, że ten blog był do tego dodatkową motywacją.

   Od razu trzeba zaznaczyć, że to nietypowy film jak na węgierską kinematografię. Po pierwsze, ze względu na podjęcie tak trudnej tematyki, a po drugie ze względu na zrealizowanie go techniką animowaną. Nieodłącznym elementem całej historii jest węgierski hip-hop, który możemy usłyszeć w tle bądź z ust bohaterów. Moim zdaniem, pomysł znakomicie dopasowany do tematyki filmu, gdyż jest to muzyka marginesu społecznego. Fabuła chociaż dziecinna i naiwna, nie nudzi. Znajdziemy tu parę mądrości życiowych rodem z filmów Pasikowskiego. Czasem nawet można się uśmiechnąć z jakiegoś dowcipu. Postacie głównych bohaterów są wyraziste i wzbudzają sympatię, mimo iż w rzeczywistości omijalibyśmy takie elementy szerokim łukiem.

   Po obejrzeniu całości, zastanawiam się czy twórcy Włatców Móch nie skopiowali co nieco z Dzielnicy! Tępi policjanci, naiwne dzieciaki i ich cudowne recepty na życie oraz kiczowata i toporna animacja - wszystko to wydaje się takie znajome.

   Podsumowując, twórcy chcieli stworzyć satyrę na polityczno-społeczną rzeczywistość. Wykorzystali do tego kilka wyświechtanych schematów i zaeksperymentowali z animacją. W skali światowej nie jest to nic nadzwyczajnego, ale jak na węgierskie podwórko, film wydaje się znaczący. Oceniam go dość wysoko właśnie dlatego, że jest swego rodzaju ciekawostką.


   Film niestety już niedostępny na YT, ale z pewnością da się go ściągnąć z internetu.



piątek, 17 maja 2013

Mama 2009 reż. Géza M. Tóth

   Film twórcy Maestro. Bohaterką jest młoda mama, która wychodzi na dach by rozwiesić pranie. Przez kilka minut obserwujemy jak oddaje się tej prozaicznej czynności. Początkowo zastanawiać może: na co cała ta komputerowa otoczka? Czyżby reżyser chciał się pochwalić swoim kunsztem artystycznym? No cóż, wrażenia te efekty nie robią, gdyż pozostają tylko tłem. Mimo iż cała historyjka jest dość nudna, ogląda się to z zainteresowaniem. Chwilami można odnieść wrażenie, że kobieta niemal tańczy przy dźwiękach ulicy, miasta.

   Komputerowe tło znajduje w końcu zastosowanie: zaczynając się przesuwać i huśtać wraz ze sznurkiem. Trick ten pojawia się w znakomitym momencie - gdy widz traci powoli zainteresowanie całą historią. Tym samym uwaga zostaje przykuta na nowo, a jednocześnie rodzi się pytanie: a kiedy już kobieta powiesi pranie, czy znowu zostaniemy zaskoczeni?

   Różowy śpioszek (w przeciwieństwie do białych i kremowych koszul wprowadzających monotonię) który wiesza na końcu, nie jest może wielką niespodzianką, ale za to miłą odmianą i uwieńczeniem całej pracy. Paradoksalnie może zadziwić właśnie nie zadziwiając.

   Tak na marginesie: doceniam fakt, że reżyser nie zapomniał o tym by aktorka sapała wieszając pranie. Niby drobiazg, ale dla większości z nas ta czynność jest jednak męcząca i wymaga niezłej gimnastyki.


wtorek, 30 kwietnia 2013

Ja, Twój Syn (Apa) 1966 reż. István Szabó

   DVD z tym filmem otrzymałem od koleżanki z pracy, około roku temu. Sam się sobie dziwię, że tak długo zwlekałem z jego obejrzeniem. Przyznam ze wstydem, że nadal mam jakieś podświadome opory przed starymi produkcjami, tym bardziej czarno-białymi. Jednak kolejne odhaczane na liście pozycje, skutecznie i regularnie przełamują tę barierę.

[uwaga: spojler]

   Ja, Twój Syn przerósł trochę moje oczekiwania. Nakręcony w 1966 roku, do dziś niewiele stracił na aktualności. Opowiada historię chłopca, którego ojciec zmarł w 1945 roku, nie pozostawiając po sobie wielu wspomnień. Syn próbujący znaleźć własną tożsamość i miejsce w świecie, podpiera się przez lata historiami o ojcu, pozostając właściwie w jego cieniu. Zależnie od środowiska, w którym się obraca i bieżących wydarzeń, zmienia biografię swojego rodziciela, tak by była najbardziej odpowiednia w danej chwili. Będąc na studiach sam zaczyna gubić się w swoich kłamstwach i postanawia poznać prawdę. Przeprowadziwszy śledztwo i odkrywszy prawdę musi zdemityzować w końcu historię ojca i pogodzić się z nią. Ukoronowaniem tego wydarzenia staje się próba przepłynięcia Dunaju wszerz - jego pierwsze, własne osiągnięcie, pozwalające wyjść z cienia i odnaleźć własną drogę.

[fin]

   Widziałem wcześniej kilka dzieł Szabó, m.in.: Mefisto i Kropla Słońca. Podejmowały one ważne i ciekawe tematy z historią w tle lecz miały jeden wielki mankament - strasznie się dłużyły, moim zdaniem niepotrzebnie nudząc i zniechęcając widza. Ja, Twój Syn jest inne, może dlatego że to jeden z pierwszych filmów Szabó, a może z powodu lżejszej tematyki - to uniwersalny film o poszukiwaniu swojej drogi w życiu. Historia Węgier jest tylko tłem, a bohaterowie nie przeżywają żadnych poważnych tragedii, ani nie znajdują się w ekstremalnych sytuacjach.

   Akcja toczy się nieustannie, a wiele ujęć jest bardzo dynamicznych, to duży plus, dzięki temu widz nie traci zainteresowania. Reżyser chętnie i często sięga po panoramy i to akurat nie jest już najlepszy pomysł, ponieważ zabiegi te bardziej męczą wzrok i rozpraszają uwagę niż służą przekazaniu jakiegoś zamysłu.

   Urzekła mnie scena z wrakiem tramwaju, na którą warto zwrócić szczególną uwagę. Może wydawać się ona trochę bezsensowna lecz należy wziąć poprawkę, iż to fantazja chłopca. Widzimy wtedy jak ludzie pomimo tragedii, którą przeżyli potrafią odnaleźć radość we wspólnym działaniu, przywracając pozory dawnego, normalnego życia.

   Po obejrzeniu całego filmu, a nawet w jego trakcie nasuwa się pytanie: czemu chłopiec to wszystko sobie wymyślał? Nie był przecież jakoś szczególnie pokrzywdzony przez los, wielu jego rówieśników również straciło ojców na wojnie. Niektórzy zostali "wrogami klasowymi" z racji pochodzenia. W którymś momencie spotykamy nawet Żydówkę. Wszyscy oni albo godzą się ze swym pochodzeniem, albo się go wstydzą i ukrywają. Żadne z nich jednak nie zmienia swojej historii tak często jak główny bohater.

   Na koniec jeszcze chciałbym pochwalić grę aktorską, gdyż była całkiem niezła i bohaterowie pozwalali nam uwierzyć w snute historie. Całości dopełnia znakomita muzyka, dobrze dopasowana do poszczególnych scen.

   Z czystym sercem mogę polecić ten film każdemu. Szczególnie miłośnikom kina węgierskiego i twórczości pana Szabó.



sobota, 27 kwietnia 2013

Słowem wstępu.

   Zakładam tego bloga w celu usystematyzowania wiedzy na temat węgierskiego kina, którym się interesuję. Jeśli dla kogoś okaże się on przydatny, to tylko dodatkowo mnie ucieszy. Prócz filmów nowych, ewentualnie względnie nowych (lata 90'), będę starał się opisywać również te starsze, trochę już zapomniane.
   Pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że nie stracę w międzyczasie zapału do pisania :)