Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dramat. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dramat. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 6 lipca 2015

Ludzie z prefabrykatów (Panelkapcsolat) 1982 reż. Béla Tarr



   Nim zacznę ostatnią recenzję na tym blogu, krótkie ogłoszenie:

Kolejne recenzje i wpisy na temat filmów węgierskich zamieszczać będę na Mikserze filmowymZabawa w prowadzenie czterech osobnych blogów filmowych zaczęła mnie trochę męczyć, więc mam nadzieję, że wszyscy zainteresowani wyrozumiale podejdą do tej decyzji.


   Béla Tarr największym węgierskim reżyserem jest i był, a kto uważa inaczej ten trąba :) No właśnie, kolejny jego film za mną - Ludzie z prefabrykatów. Dlugo zwlekałem, bo nie było nigdzie polskiego tłumaczenia, a bałem się, że po angielsku nie udźwignę. Bo sami wiecie jaki jest Tarr, słówka, półsłówka, ukryte znaczenia, wystarczy że przegapisz jakiś szczegół i nijak nie rozgryziesz całości. A tu ku mojemu wielkiemu zdziwieniu okazało się, że jeśli chodzi o same wypowiedzi bohaterów film jest całkiem prosty w odbiorze. To coś zupełnie innego niż Potępienie czy Harmonie Werckmeistera, a jednak można by znaleźć parę elementów, które łączą te filmy.


   Troszkę już zdążyłem namącić, więc do rzeczy. Ludzie z prefabrykatów to film opowiadający o młodym małżeństwie mieszkajacym z dziećmi w mieszkaniu na jednym z wielu podobnym sobie blokowisk jakimi raczyła wszystkich władza socjalistyczna. On pracuje, ona zajmuje się domem, niedawno przeskoczyli na własne mieszkanie, a teraz starają się dorobić samochodu. Ot proza życia, jak spory odsetek społeczeństwa. Całość stylizowana jest na dokument, lecz zaznaczam, że to film fabularny.


   Z pozoru mamy sielankę na jaką nie każda młoda para mogłaby sobie pozwolić, bo nasi bohaterowie powoli podnoszą swoją stopę życiową, a jednak nie są szczęśliwi. Żona zarzuca mężowi, że za mało czasu poświęca rodzinie, gdy ma czas wolny to woli go spędzić przed telewizorem, nad gazetą lub spotkać się z kumplami. Jak na dłoni widać, że są zupełnie niedobrani, bo on chciałby zachować status quo, a ona domaga się więcej uwagi, która jest jej potrzebna. Oboje nie potrafią zrozumieć swoich potrzeb, albo ich braku u drugiej osoby, a przeciez żadne z nich nie jest złym człowiekiem, to tylko otaczające środowisko, zasady działania społeczeństwa i w końcu ich charaktery nie pozwalają na kompromis.

   Relacje bohaterów poznajemy przez ich rozmowy i kłótnie, w którym przewijają się jedne i te same problemy. Tarr jednocześnie uważnie śledzi emocje malujące się na ich twarzach. Towarzyszy im w chwilach spokojnych, ale i tych kiedy dochodzi do spięć. Ciasne kadry pozwalają nam bliżej przyjrzeć się małżeństwu, a jednocześnie tak jak oni czujemy gęstą atmosferę i brak możliwości nabrania oddechu. Kamera z ręki, a czasami jakby z ukrycia potęguje wrażenie jakoby był to film dokumentalny.


   Ludzie z prefabrykatów, choć mają już ponad trzydzieści lat to nic się nie zestarzeli, to nadal znakomity film obnażający problemy współczesnego społeczeństwa, a właściwie jego malutkich trybików. Niby mają wymarzone mieszkanie, starają się o samochód, myślą nad kupnem domu, ale wszystko to ma swoją cenę - czas spędzany razem. I jeżeli małżeństwo ma podobne priorytety, albo nie wymaga od siebie dużo uwagi to (przynajmniej na jakiś czas) może żyć szczęśliwie.


poniedziałek, 23 marca 2015

Zamknięte drzwi (The Door) 2012 reż. István Szabó

   Moją przygodę z filmem węgierskim zaczynałem właśnie od Istvána Szabó, więc bardzo chętnie odpaliłem sobie jego nowy film (z 2012, ale wciąż najnowszy), by porównać choćby z trylogią środkowoeuropejską, czy też Kroplą Słońca. Żeby było ciekawiej, nie wiedziałem o czym będą Zamknięte drzwi, co prawda kiedyś o nich czytałem, ale to było dawno i tym samym odpalałem w ciemno.

István Szabó film

   Z początku zachwyciły mnie ładne zdjęcia i oświetlenie, widać że ktoś tu się postarał, a nie odstawił kolejną chałturę. Aczkolwiek zaraz też pojawił się jakiś zgrzyt, ciężki do uchwycenia, ale zgrzyt. Najzwyczajniej w świecie zaleciało mi kiczem, tak jakby internetowy specjalista od głupkowatych obrazków z pseudointelektualnymi tekstami dostał nagle sprzęt filmowy i potrzebną wiedzę, ale dalej zachował swoje miałkie poczucie estetyki.

   No nieważne, zdjęcia to tylko czubek góry lodowej, bo zaraz dochodzi muzyka. Taki jakiś klasyczny kawałek w barakowym stylu, przewija się w zasadzie co parę minut i jest pieruńsko irytujący, przy czym w ogóle niepotrzebny. Tak jak ze zdjęciami - przekombinowali, miał być dodatkowy ozdobnik, a wyszedł zgrzyt.

   Dwa minusy z początku to raczej kiepska zapowiedź reszty filmu, ale pozostawałem dobrej myśli, bo oto fabuła zaczęła się rozkręcać. No i rozkręciła się, jak maszynka do mięsa... Widać że pomysł był nawet ciekawy, ale wyszedł z tego jakiś banał, który pozwolę sobie streścić: Węgry, lata 60', bogate małżeństwo szuka sobie służącej. Zatrudniają starszą Emerence. Okazuje sie ona być pracowitą i solidną osobą, ale przy tym dość antypatyczną i wredną. Mimo to zaprzyjaźnia się powoli ze swoją pracodawczynią Magdą. Wszystko byłoby fajnie, gdyby nie problemy emocjonalne służącej, która ma za sobą traumatyczne wspomnienia z przeszłości przez co czasem okazuje się wybuchowa i nieobliczalna. Dodatkowo skrywa w swim domu jakąś tajmenicę - nikt, nigdy nie przekroczył progu jej drzwi. Ale z drugiej strony na osłodę, Emerence przywiązuje się do swoich pracodawców i zaczyna im okazywać dowody swojej sympatii, jednocześnie starając się to kamuflować.

helen mirren the door

   No i tak to wygląda, jedne wielkie podchody dwóch rozkapryszonych dziewuch. Niestety dla mnie nie jest to materiał na dobry film, co najwyżej typowy zabijacz czasu, dla kur domowych. W tym przypadku na domiar złego dość kaleki. Obie główne bohaterki robią sobie na złość, obrażają się, strzelają fochy, brakuje tylko by któraś zaczęła tupać nóżkami ze złości (choć prawdę powiedziawszy lepsze cyrki odstawiają). Ja nie byłem w stanie potraktować tej błazenady poważnie, a szkoda, bo Szabó przy okajzi historii Emerence przypomina o pewnych trudnych faktach z historii Węgier (strzałokrzyżowcy, ustawy antyżydowskie).

   Jeśli ktoś jest mniej wyczulony na kicz to być może ruszy go ten film, ja niestety nie mogłem się powstrzymać od śmiechu w najbardziej dramatycznych momentach patrząc na ludzką tragedię. Kolejny dowód na to jak wiele można spieprzyć oprawą wizualną i grą aktorską. A przy okazji i tych dramatycznych wydarzeń było za dużo, tak że w którymś momencie przestały na mnie robić wrażenie, bo aż nie chciało mi się wierzyć, że oto mam przed oczami najbardziej pechową kobietę jaka chodziła po kuli ziemskiej. No i puenta, po takim nawarstwieniu tajemnic spodziewałem się za zamkniętymi drzwiami czegoś na miarę Sinobrodego, a dostałem... kolejną porcję śmiechu.

   Podsumowując, z ciężkim sercem, ale muszę to powiedzieć: Zamknięte drzwi wyglądają na adaptacje taniego babskiego czytadła. Nie wnikam czy zbieżność nazwisk między reżyserem, a autorką powieści, na której podstawie to nakręcono jest przypadkowa czy nie, to bez znaczenia. Szkoda mi tylko, że facet, który ma za sobą Mefista po latach zrobił takiego knota.

helen mirren zamknięte drzwi

sobota, 27 września 2014

Taxidermia (2006) reż. György Pálfi

   Palfiego poznałem przypadkiem przy okazji Czkawki, która przypadła mi do gustu. Już wtedy wiedziałem, że mam ochotę dalej poznawać twórczość tego pana, a Taxidermia jako głośny tytuł wydawała się naturalnym wyborem. Trochę trwało nim się do niej dobrałem.

OPIS:

   Historia trzech pokoleń mężczyzn. Żołnierza maniaka seksualnego, jego syna miłośnika wielkich kotów i jedzenia, a także wnuka preparatora zwierząt, marzącego o nieśmiertelności.


   Świry, penisy, zboczeńcy, flaki, rzygi, gówno, obrzydliwości. Mniej więcej tak można streścić ten film. Ja dałem radę obejrzeć pierwsze trzydzieści minut i uznałem, że wystarczy. I choćby nie wiem jakie wspaniałe walory miał ten film, to nie będę sobie rył psychiki.

   Po pół godzinie nie powinienem zasadniczo się wypowiadać, ale coś tam widziałem, więc mogę pochwalić zdjęcia. Są naprawdę niezłe, ciekawe, nawet powiedziałbym innowacyjne. Tak jak w przypadku wspomnianej wyżej Czkawki widać, że Palfi wnosi do kina węgierskiego świeżość. Tym razem mnie obrzydził, ale spróbuję jeszcze innych jego filmów, bo potencjał facet ma spory.

   Taxidermia, przynajmniej jej początek, ma też unikatowy klimat. Ponure otoczenie bohatera, bieda, wszechogarniające zepsucie, dobrze uzupełniają to zdjęcia, szare i ciemne, a także posępna muzyka. Wszystko to daje przygnębiający obraz i świadczy o sporych umiejętnościach reżysera i jego współpracowników.

   To nie jest film dla każdego.

sobota, 6 września 2014

Dom pod czerwoną latarnią (Egy Erkölcsös éjszaka) 1977 reż. Károly Makk

   Trochę tu ostatnio zaniedbałem Kociołek, bo było dużo pracy, wódy i innych zajęć. Żeby przerwać ten marazm podzielę się garścią wrażeń po ostatnim seansie Domu pod czerwoną latarnią.

   Jak już mówiłem, miałem ostatnio sporo pracy, m.in. mam na myśli naukę węgierskiego. (Taaa, znowu zacząłem). Dla praktyki odpaliłem sobie właśnie Dom pod czerwoną latarnią Károlya Makka (wcześniej z jego filmów oglądałem Miłość i Inne spojrzenie) w oryginale. Nieskromnie powiem, że udało mi się zrozumieć większość dialogów, aczkolwiek z braku całkowitej pewności nie podejmę się zrecenzowania fabuły, by nie wyjść przypadkiem na głąba :D


   Cserhalmi jak zawsze świetny. Wykreował postać ciekawą i z fantazją, bo i w sumie który facet by nie chciał mieszkać z dziwkami w burdelu, a resztę czasu spędzać na piciu i grze w karty :D :D

   Scenografie, rekwizyty i kostiumy są całkiem niezłe i pozwalają na chwilę przenieść się do XIX wieku, choć trochę to wszystko upiorne, sam nie wiem, może za sprawą pracy operatora. Obraz w każdym razie jest dość ciemny i przytłumiony, a potęgują to tylko kolory otoczenia.


   O fabule powiem tylko, że jest w stanie zainteresować, choć sporo tu dłużyzn. Jest i trochę humoru i trochę dramatu. W ogóle pomysł na szacowną matronę, która nieświadomie przesiaduje w burdelu z prostytutkami i dziwkarzami wydaje się całkiem zabawny :D Przy okazji polskie tłumaczenie tytułu jest może i ładne, ale bardziej trafny wydaje oryginalny: Moralna noc.

   Kto zna węgierski temu polecam Dom pod czerwoną latarnią:



niedziela, 25 maja 2014

Cisza i krzyk (Csend és kiáltás) 1967 reż. Miklós Jancsó

   Oglądałem z angielskimi napisami, więc pewnie nie wszystko wyłapałem/zrozumiałem.

OPIS: 

   Rok 1919. Po obaleniu Węgierskiej Republiki Rad nowe władze rozprawiają się z ludźmi komunistycznego reżimu. Na gospodarstwie pośród węgierskiej puszty przebywa dwóch byłych żołnierzy armii rewolucyjnej. Istvan ukrywa się za wiedzą dowódcy żandarmerii, Karoly zaś jest przez niego maltretowany psychicznie, dodatkowo otruwa go żona chcąc pozbyć się niewygodnego ciężaru.



   Podobnie jak w Desperatach i Gwiazdach na czapkach Jancsó po raz kolejny umieszcza akcję w trakcie zawirowań dziejowych związanych z rewolucją. Tym razem jednak bohater nie jest zbiorowy, a są to jednostki, z którymi dużo lepiej się zapoznajemy. Nie widać też walk ani buntu, dalej obserwujemy okrucieństwo władz, ale już nikt nie stawia oporu, ofiary poddają się.

   Oglądamy obraz zupełnego zepsucia. Przedstawiciele władzy pastwią się nad przegranymi. Kobiety oddają się żandarmom, by ratować swego krewnego, a jednocześnie są na tyle fałszywe, że podtruwają jego i matkę, by jak najszybciej pozbyć się kłopotu. Okoliczni chłopi odmawiają ofiarom pomocy, bo chcą mieć spokój. Całość tworzy naprawdę straszny obraz.


   Klimatu fabuły dopełniają surowe plenery i zdjęcia. Wszechogarniająca pustka i przestrzeń, na której znikąd widzieć ratunku, ani nie ma szans uciekać. Do tego jak zawsze liczne dalekie plany dodatkowo pokazujące jak nikła jest jednostka wobec otoczenia.

   Raz jeszcze mamy naprawdę świetne aktorstwo, szczególnie biorąc pod uwagę tak niełatwe role. Pojawia się cała plejada znanych już nam gwiazd: Zoltán Latinovits, András Kozák, Mari Törõcsik, János Koltai i József Madaras.


   I chociaż ofiarami są żołnierze komunistyczni, którzy nie powinni zasługiwać na litość, to można na nich spojrzeć łaskawszym okiem, jako na tych, którzy chcieli dobrze, nie wiedząc do czego doprowadzą rządy czerwonych na Węgrzech.

   Ciszę i krzyk serdecznie polecam.




   I jeszcze jedna rzecz, której nie mogło zabraknąć w przypadku Jancsó:
Są i cycki :D

poniedziałek, 17 marca 2014

Człowiek z Londynu (A Londoni férfi) 2007 reż. Béla Tarr

   Przez długi czas nie mogłem znaleźć klucza do rozwiązania zagadki tego filmu. On nie miał sensu... I wtedy mnie olśniło, gdyż odnosi się on do sensu życia (lub też jego braku).

OPIS:

   Maloin pracuje w porcie, będąc dyspozytorem (?) na nocnych zmianach. To człowiek wypalony i samotny, nie mający żadnych pragnień. Sytuacja się zmienia, gdy Maloin staje się świadkiem morderstwa i przejmuje po zabitym torbę pełną pieniędzy.



Bez sensu.
(będą spojlery)


   Maloin żyje tylko na pozór. Chodzi do pracy, którą wykonuje niczym automat. Prawie z nikim nie gada, nic go nie interesuje, nic nie wzbudza jego emocji. Przed całkowitym wyobcowaniem chronią go tylko chyba partyjki szachów z barmanem. Dopiero szansa od losu, którą jest przejęcie walizki pieniędzy po zabitym, wyzwala w nim pewne zmiany. Maloin staje w obronie honoru córki, próbuje odnowić z nią więź przez ofiarowanie drogiego prezentu, a także rozpoczyna kłótnie z żoną, dając upust emocjom. Próby te okazują się jednak kalekie i prowadzą do porażek.


   Bohater sam rezygnuje z szansy danej od losu. Oddaje pieniądze nie ze strachu przed policją, która jest na tropie sprawy, ale dlatego, że nie wie co z nimi zrobić. Ciężko mi to oceniać. Ciężko mi w ogóle wyobrazić sobie sytuację, w której traci się sens życia (nie liczę chorób psychicznych). Z drugiej strony mając jakieś cele do których się dąży, warto się zastanowić czy nadają one naszemu życiu wartość i czy naprawdę do nich pragniemy zmierzać, podczas gdy w międzyczasie przepuszczamy przechodzące nam koło nosa okazje na coś lepszego. A wszystko dlatego, ze nie potrafimy już sięgnąć po szczęście.

Niby ładnie, pięknie, ale czegoś tu brak.

   Ten film nie posiada niestety tak wielu ukrytych symboli i alegorii jak Potępienie i Harmonie Werckmeistera, pozwalając godzinami analizować poszczególne sceny i ujęcia, brakuje mu też surowości Konia turyńskiego. A przede wszystkim nie wzbudza on tych jedynych w swoim rodzaju odczuć, które towarzyszą przy oglądaniu powyższych dzieł. Ciężko wczuć się tu w bohaterów, sytuacje czy miejsca. Mimo to jest sporo smaczków, którymi można się zachwycić. Jak zawsze niesamowite zdjęcia i genialna gra świateł i cieni.


   Do Człowieka z Londynu z pewnością kiedyś jeszcze wrócę, może po prostu jeszcze nie dorosłem :)

wtorek, 18 lutego 2014

Desperaci (Szegénylegények) 1965 reż. Miklós Jancsó

   Trylogii rewolucyjnej ciąg dalszy. Tym razem niechronologicznie: Desperaci. Podobnie jak Gwiazdy na czapkach i to dzieło widziałem już nieraz, ale jakoś nigdy nie miałem natchnienia do zrecenzowania. Może i lepiej, bo z każdym kolejnym seansem lubię i cenię ten film coraz bardziej.

OPIS:
Po ugodzie austro-węgierskiej z 1867 roku, władze decydują się zlikwidować ostatecznie betyarów - ostatnich niepokornych walczących o pełną niepodległość Węgier. W tym celu zbierają w forcie pośrodku puszty wszystkich schwytanych i podstępami, bądź torturami starają się rozpracować ich bandę.


   Mimo iż narrator wprowadza nas na początku w ogólny zarys sytuacji, to na zrozumienie fabuły przychodzi trochę poczekać. Akcja rozkręca się powoli i stopniowo poznajemy głównych bohaterów. W przeciwieństwie do Gwiazd na czapkach, tutaj reżyser skupił się na poszczególnych postaciach i chociaż co pewien czas się one zmieniają, to jednak jesteśmy w stanie zaznajomić się z każdą z nich i wyrobić sobie własne o niej zdanie.


   Początkowa sympatia do betyarów, którą zaszczepia nam na początku narrator, szybko ustępuje. Okazuje się, że bojownicy o wolność dawno już stracili ideały Wiosny Ludów, a stali się jedynie grupą zwykłych bandytów. W takiej sytuacji przestają razić metody śledczych, starających się rozpracować bandę i wyłowić jej członków, spośród zebranych w forcie podejrzanych. Chodź nadzorcom daleko jeszcze do praktyk rodem z piwnic Gestapo czy NKWD, to i tak ich środki, początkowo budzące zdziwienie i niezrozumienie, okazawszy się skuteczne i przemyślane, zaczynają robić wrażenie. Więźniowie są trzymani w stanie ciągłej niepewności. Z pozoru bezsensowne posunięcia i rozkazy śledczych, pozwalają z czasem złamać ofiary, stosując głównie zastraszanie i fałszywe obietnice. Przy tej okazji Jancsó rewelacyjnie ukazuje człowieka w sytuacji zagrożenia i strachu, gdy zaszczuty, staje się zdolny niemal do wszystkiego by ratować swoje życie. Wielu więźniów gotowych jest posłać na stryczek kogokolwiek innego byle tylko ocalić siebie. Nie zdają sobie przy tym zupełnie sprawy z tego, że władza manipuluje nimi, i tak przeznaczywszy już wszystkich na stracenie.


   Wrażenie robi ogromna przestrzeń wokół fortu i domu, w którym śledczy czasem przesłuchują podejrzanych. Jancsó często i chętnie stosuje plany ogólne, które w połączeniu z długimi ujęciami pozwalają nam niemal wczuć się w położenie bohaterów, samotnych na pustkowiu. W takim miejscu, gdzie prócz rezydentów fortu i przychodzących od czasu do czasu kobiet z paczkami nie ma nikogo, rośnie autorytet władzy i bezsilność więźniów. Sytuację pogarsza fakt, że nikogo nie mogą być pewni, gdyż wśród nich pełno jest szpicli, czy dawnych kompanów w obliczu śmierci tracących jakiekolwiek skrupuły. Władza swoim okrucieństwem i nietypowymi, ale przemyślanymi metodami, łamie wszystkie ofiary i buduje swoją legendę.


   Desperaci spodobali mi się o wiele bardziej od Gwiazd na czapkach, chociaż oba filmy uważam za wybitne. Film polecam każdemu, chociaż zdaje sobie sprawę z tego, że nie jest może łatwy w odbiorze, ani atrakcyjny.


wtorek, 5 listopada 2013

Miłość (Szerelem) 1971 reż. Károly Makk

   Na początku zirytował mnie nietypowy montaż. Z głównej bohaterki kamera przeskakiwała na chwilę na zbliżenia wyposażenia pokoju, ale i nie tylko. Ta seria migawek nie miała dla mnie sensu i uznałem, że twórca chciał sobie poeksperymentować. Z biegiem czasu zabieg ten okazał się celowy, w ten pomysłowy sposób twórcy uzupełniali narrację, przekazując widzowi dodatkowe, początkowo okryte tajemnicą fakty.

   Film opowiada historię młodej kobiety Luci, której mąż trafił do więzienia z 10 letnim wyrokiem (polityczny). W tym czasie opiekuje się ona jego starą i schorowaną matką, wmawiając jej, że syn wyjechał robić karierę w Hollywood. Aby zapewnić teściowej odpowiedni komfort życia i uwierzytelnić kłamstwa, wyprzedaje swój dobytek.

szerelem Károly Makk

   Relacja między kobietami zainteresowała mnie już od samego początku. Staruszka jest bardzo zrzędliwa co denerwuje synową, która odpowiada jej w zjadliwy sposób, by po chwili znów być życzliwą i pobłażliwą dla niej. Widać że kobiety łączy wyjątkowa więź, szczególnie zaangażowana jest Luca, która pomimo swojej ciężkiej sytuacji robi wszystko, by starszej pani niczego nie brakło. Powodowane jest to miłością i oddaniem do męża, ale i do samej teściowej.

   To bardzo złożone postacie i z tym większą przyjemnością obserwuje się ich relacje. Nawet do tych irytujących migawek można się przyzwyczaić, bo zawierają wiele wskazówek i objaśnień fabuły, uzupełniając to co mówią (lub czego nie mówią) kobiety. Staruszka zdaje się zdawać sobie sprawę, że synowa ją okłamuje, ale nie mówi tego wprost. Zresztą jako inteligentna i oczytana kobieta, nie mogłaby "kupić" wszystkich bzdur, które Luca wypisuje w spreparowanych listach od syna.

szerelem Károly Makk


   Urzeka wielkie poświęcenie Luci. Na starszą panią jednak trudno się gniewać za jej zrzędliwą postawę, widać że kocha ona synową, a i jej wiek oraz wychowanie usprawiedliwiają zachowanie. Co ciekawe, Luca przy całej tej ciężkiej sytuacji nie traci poczucia humoru i pozostaje dowcipna. Pokazuje to jej hart ducha i chociaż co jakiś czas załamuje się to zaraz się podnosi i dalej działa.

   Uzupełnieniem treści filmu są zdjęcia: ponure krajobrazy, zniszczonych ulic i domów, a także zła pogoda utrzymująca się przez cały czas.

   Poruszający jest obraz Jánosa przemierzającego Budapeszt po wyjściu z więzienia. Widać że wszystko jest dla niego zupełnym zaskoczeniem, zdezorientowany porusza się po mieście tak jakby był w nim pierwszy raz. Najtrudniejszym okazuje się spotkanie z żoną i wiadomość o śmierci matki. Mimo to film kończy się happy endem, bo chociaż bohaterowie stracili niemal wszystko (mieszkanie, majątek, matkę, zdrowie i czas) to widzą przed sobą perspektywę dalszego życia, a ich miłość triumfuje.

   Muszę przy okazji zaznaczyć, że film jest adaptacją noweli więziennej Tibora Déryego pod tym samym tytułem odnoszącej sie do wydarzeń 1956 roku, który Makk zamienił na początek lat 50', by ominąć cenzurę.

szerelem Károly Makk

poniedziałek, 4 listopada 2013

Inne spojrzenie (Egymásra nézve) 1982 reż. Károly Makk, János Xantus

   Huh, już dawno miałem to obejrzeć, a w sumie nawet oglądałem, ale przyszedł czas by odświeżyć :)

   Będą niekontrolowane spojlery, strzeżcie się.

   To historia miłości między dwoma kobietami pracującymi w gazecie. Pierwsza z nich, Eva, walczy o prawdę, nie chcąc godzić się na kompromisy z władzą. Wie czego chce i dąży do tego z całych sił. Jest taka zarówno w pracy, jak i w życiu prywatnym, dlatego ulokowawszy swoje uczucia w Livii wykazuje wręcz niezdrową fascynację. Livia jest jednak osobą niezdecydowaną i zdezorientowaną, nie potrafi się odnaleźć w nowej sytuacji i chociaż odwzajemnia uczucia wobec Evy, to raz za razem się z nich wycofuje. Dodatkową przeszkodą jest dla niej jeszcze mąż...



   Obie role są rewelacyjne i uzupełniają się nawzajem. Obsadzenie Polek w węgierskim filmie może się wydawać szalonym pomysłem, ale z tego co czytałem rodzime aktorki nie chciały wziąć udziału w tym przedsięwzięciu i dlatego stanęło na bardziej odważnych naszych krajankach. Jak się okazuje z korzyścią dla Węgrów, bo panujący wtedy ustrój nie pozwolił Szapołowskiej i Cieślakowej rozpocząć międzynarodowej kariery po tak wielkim sukcesie.



   Prócz wątku miłosnego, możemy zaobserwować w filmie jeszcze kilka ciekawych rzeczy. Poraża obraz biedy lat 50' i skomplikowanej sytuacji politycznej. Ukazana jest prawda o komunistycznym ustroju w tych najgorszych dla Węgier latach. Poruszająca jest historia chłopów, których zmuszono siłą do przyłączenia się do spółdzielni. Postać jej przewodniczącego jest szczególnie ciekawa, to weteran który walczył nad Donem, potem został jeńcem, następnie zasmakował trochę wolności, by zaraz przyłączyć się do powstania 56', co skończyło się dla niego odsiadką. Ostatecznie zgodził się na kompromis z władzą i został przewodniczącym spółdzielni, odkładając na bok dawne ideały. Mimo to popiwszy sobie, ujawnia prawdziwą naturę, intonując w pewnym momencie Hymn Szeklerów, patriotyczną pieśń węgierską.

   Twórcy zadbali o odwzorowanie epoki, ale parę wpadek jest. A tak! Wasz niestrudzony łowca polskich samochodów na węgierskich drogach jest w dobrej formie. Tym razem udało mi się wyhaczyć Warszawę. Problem w tym, że to sedan, a ta wersja weszła do produkcji w 1964 roku, podczas gdy akcja filmu toczy się w 1958... To samo z Nyską sanitarką. Produkcja Nys ruszyła w 1958, więc wątpliwe by pierwsze serie trafiły na eksport, zresztą wersja dla pogotowia ratunkowego powstała dopiero w 1959...




   Smutne, że w końcu Eva skapitulowała na chwilę w walce o uczucie Livii (zdecydowała się propozycję kelnerki), mimo to pozostała nieustępliwa wobec zakłamanego systemu. Kiedy ponownie straciła ukochaną zdecydowała się na ostateczny krok, w pewien sposób honorowo kończąc swą batalię.



niedziela, 3 listopada 2013

Los utracony (Sorstalanság) 2005 reż. Lajos Koltai

   Ekranizacja nie może się mierzyć z książką, gdyż dominująca rola przypada w niej narracji. Chociaż zadbano o nią w filmie, to z oczywistych względów (ograniczenia czasowe) paść mogły tylko najważniejsze kwestie. Mówi się, że jedno zdjęcia zastępuje tysiąc słów, myślę jednak że opisy bohatera w książce lepiej, a w każdym razie inaczej przedstawiały obozową rzeczywistość. Bardzo zadbano o szczegóły, w sumie nic dziwnego skoro sam Imre Kertész napisał scenariusz.



   Zaskakuje rozmach z jakim nakręcono ten film. Dziesiątki jak nie setki statystów, świetne kostiumy, rekwizyty i scenografie pasujące do epoki. Przywykłem już do tego w węgierskich produkcjach, ale zawsze lubię głośno to wspomnieć (w przeciwieństwie do polskich gniotów, które robi się "na odwal się"). Można odnieść wrażenie, że obraz jest czarno-biały, ale to tylko wrażenie i dzięki temu spotęgowany jest ponury nastrój.

   Filmowy Gyurka zdaje się nie być taki naiwny jak pierwowzór, ale to tylko dla tego, że nie jesteśmy w stanie usłyszeć wszystkich jego myśli. Bez ciągłej narracji z jego strony trudno uzyskać ten sam efekt co w książce. Całość jest dokładnie odwzorowana, z tym że spłycona i pozbawiona wielu wątków czy też przemyśleń bohatera. Rozumiem jednak, ze inaczej się nie dało - film i tak ma ponad dwie godziny.



   Swoją drogą, najpierw warto przeczytać powieść, a zaraz po niej wziąć się za film, można wtedy wyłapać wiele drobnych elementów, na które nie zwrócilibyśmy uwagi w innym wypadku. W którymś momencie odniosłem wrażenie, że twórcy postawili bardziej na robienie nastroju, niż faktyczne przedstawianie problemów. I tak, w czasie transportu koleją mamy bardzo malownicze zdjęcia (Koltai to operator z czterdziestoletnim stażem), ale ludzie wyglądają na wypoczętych i zdrowych, zamiast wycieńczonych. Potem, już w obozie, się to zmienia.



   Przechodzimy do sprawy najbardziej kontrowersyjnej. W książce Kertész wyjątkowo oczernił Węgrów, zapominając przy tym oskarżać Niemców. Tu Węgrzy pokazani są zarówno w złym (żandarm który chce wyłudzić kosztowności na granicy) jak i dobrym świetle (policjant, który skinieniem nakłania Gyurkę do ucieczki, majster z fabryki, który upomina się o chłopców).

   Podsumowując, książka bardziej szokuje. Film jest wierną kopią, ale bardzo okrojoną. Dużym plusem jest scenariusz - fabuła est przedstawiona w sposób bardziej przystępny i składny (w powieści momentami zalatywało bełkotem).



sobota, 19 października 2013

Świadek (A Tanú) 1969 reż. Péter Bacsó

   Spodziewałem się nudnawego dramatu, a otrzymałem rewelacyjną filmową satyrę obnażającą absurdy systemu komunistycznego, a stalinizmu w szczególności.

   Akcja toczy się w okresie stalinizmu na Węgrzech. Film opowiada historię Józefa Pelikana, strażnika wałów, który pilnuje, by Dunaj nie wylał. Jest człowiekiem spokojnym, spolegliwym i prostodusznym. Jego życie zostaje wywrócone do góry nogami po tym jak pomaga znajomemu dygnitarzowi komunistycznemu i przypadkiem wychodzi na jaw, że nielegalnie ubija świnie. Na skutek tego trafia do więzienia i w łapy służby bezpieczeństwa, która ma wobec niego szczególne plany...



   Twórcy bez pardonu obnażają i wykpiwają wszelkie "wypaczenia" władzy. To nie drobne żarciki z pustych pólek w sklepach, jak u Barei. Péter Bacsó wywleka na światło dzienne dużo gorsze fakty: używanie przemocy przez milicję, kara śmierci za błahe wykroczenia, donosy i werbowanie agentów, łagry, wyroki wydawane jeszcze przed rozprawą, pokazowe rozprawy i wiele więcej. Aż nie chce się wierzyć, że odważył się na to, bo chociaż okres stalinowski został potępiony, ale wiele ofiar zrehabilitowanych, to jednak nie wydawało się bezpiecznym wyciągać wszelkich brudów. Szczęśliwie Bacsó nie spotkał los podobny do swojego bohatera Józefa Pelikana i dalej mógł kręcić filmy. Świadek jednak przez długie lata miał pozostać półkownikiem.

   Humor w tym filmie jest naprawdę niezły. Cały myk polega głównie na konfrontacji prostodusznego Pelikana ze skomplikowaną machiną służb bezpieczeństwa i biurokracji. Jego działania uwidaczniają wszelkie absurdy, wewnętrzne sprzeczności i łajdactwa systemu. Dodatkowego smaczku dodają plansze z ironicznymi komentarzami tekstowymi, co jakiś czas podsumowujące lub wyjaśniające fabułę.

Cytryna, czyli nowa, węgierska pomarańcza. Zagraliśmy na nosie imperialistom!

   Akcja postępuje szybko, fabuła jest ciekawa i zaskakująca, nie sposób przewidzieć czegokolwiek. Absurd goni absurd. Myślę że porównania do Barei, na które natrafiałem są zupełnie chybione, tutaj przedstawione są poważne problemy i historie, a mimo to całość ukazana z humorem. Główny bohater zaś do końca pozostaje beztroski i spokojny, nawet w obliczu największego zagrożenia.

   Szczególnie dwóch aktorów zabłysnęło w tym filmie: Ferenc Kállai grający Pelikana i Lajos Öze grający towarzysza Árpáda Virága. To ich duet i wzajemne oddziaływanie jest budulcem całego obrazu.



   Chciałbym przytoczyć fragment dialogu (niedokładnie, ale z zachowaniem sensu):
Towarzysz A.V: na czym się znacie?
J.Pelikan: na niczym.
T. A.V.: lubicie naszego wielkiego, mądrego wodza?
J.P.: pewno.
T.A.V.: to dacie sobie radę.
I tak Pelikan został dyrektorem pływalni.

Albo jeszcze takie wyjaśnienie dlaczego posadzili biletera:
"matka biletera była kochanką młynarza kułaka".

   Na koniec, z ciekawostek jeszcze powiem: zauważyłem, że w ogródku piwnym mężczyźni wyraźnie stuknęli się kuflami z piwem, co jest wbrew węgierskiemu obyczajowi.

   No i nie byłbym sobą gdybym nie wychwycił naszej Nyski na budapeszteńskiej ulicy. Z tym że jeszcze starego typu:








poniedziałek, 14 października 2013

Białe dłonie (Fehér tenyér) 2006 reż. Szabolcs Hajdu

   To historia młodego węgierskiego gimnastyka Miklósa Dongó, który jedzie do Kanady, by zająć się trenowaniem dzieci i młodzieży. Ostatecznie zostaje mu przydzielony nastoletni buntownik, który choć uzdolniony sprawia ogromne problemy. W końcu jednak Miklósowi udaje się znaleźć z nim wspólny język, a przy tym pokonać własne lęki. To jedna strona filmu, ale pokazywane jest też dzieciństwo Miklósa, kiedy zmuszany był do nadludzkiego wysiłku, przez rodziców przerzucających na niego swoje niezdrowe ambicje i trenera, który maltretował go psychicznie i fizycznie.


   Film jest świetnie zrealizowany i opowiada naprawdę mocną historię, która może poruszyć widza. Problem w tym, że temat jest wtórny. Zapewne po przeczytaniu powyższego krótkiego opisu skojarzyło Wam się kilka znajomych filmów. No właśnie, to jedyny mankament Białe dłonie nie mają czym nas zaskoczyć. Chore ambicje rodziców przenoszone na dzieci? Znamy. Trener sadysta, bezkarnie dręczący dzieciaki? Znamy. Praca z trudną młodzieżą? Znamy. Powrót "na ring" po latach? Znamy. Długo mógłbym wymieniać. Niestety fabuła jest na wskroś przewidywalna.



   Czy powinno nas to zrażać? Niekoniecznie. Jak już napisałem film jest świetnie zrealizowany. Mimo iż nie występują w nim wielkie gwiazdy węgierskiego srebrnego ekranu, to do gry aktorskiej nie można się przyczepić. Całość jest dość surowa, ale taka ma właśnie być. Film ma klimat i nie nudzi. Dodatkowym smaczkiem jest to, że miłośnicy gimnastyki mogą nacieszyć oczy efektownymi wyczynami gimnastyków.

   Mnie do refleksji skłoniło zachowanie chłopaka, który mimo iż otoczenie robiło wszystko by obrzydzić mu gimnastykę, nie zrezygnował z tego i dalej ćwiczył. Często zadowalał w ten sposób rodziców, bądź trenera (który mimo wszystko go cenił), ale w rzeczywistości robił to tylko dla siebie i nawet bez wywieranej presji podnosiłby swoje umiejętności.


wtorek, 1 października 2013

Czkawka (Hukkle) 2002 reż. György Pálfi

   Najchętniej zacząłbym te recenzję od jakiegoś porównania, niestety nic nie przychodzi mi do głowy.

   Czkawka to nietypowy kryminał. Na tle życia codziennego pewnej zapomnianej węgierskiej wsi pokazuje śledztwo prowadzone przez miejscowego policjanta w sprawie śmierci jednego z mieszkańców.

   Podobnie jak u Béli Tarra, fabuła jest tutaj zaszyfrowana, chociaż w inny sposób. György Pálfi przedstawia nam obraz biednej, lecz z pozoru spokojnej wsi, gdzie wszystko idzie swoim tempem, zdając się być niezmienne od lat.



   W zasadzie od początku do końca widzimy codzienne czynności i pracę mieszkańców. Film jest bez dialogów i zbędnych komentarzy, a mimo wszystko fabuła jest zrozumiała i logicznie poprowadzona. Na pierwszy rzut oka ujawniają się drobne łajdactwa i machlojki bohaterów, są to jednak drobne grzeszki na, które można przymknąć oko, ale... na które należy zwracać uwagę.

   Reżyser parokrotnie daje nam do zrozumienia, że nie wszystko musi być takim jakim nam się wydaje (któż by się spodziewał, że w mące prócz zmielonego zboża może być coś ekstra...). Nawet najoczywistsze sprawy mogą mieć drugie dno.

   Najciekawszym wątkiem filmu (i na pozór jedynym istotnym) jest śledztwo w sprawie zabójstwa, które prowadzi miejscowy policjant. Jego tempo w zupełności pokrywa się z tym jakim żyje wieś. Daje to ciekawy efekt - kryminału, ale zupełnie innego od tych które znamy z hollywódzkich produkcji. Może oto chodziło Pálfiemu i z przekory wobec schematu, postanowił dodać ten wątek.



   Istotna jest piosenka na końcu, która wyjaśnia widzowi parę rzeczy, a jednocześnie podpowiada co nieco policjantowi.

   Nie chciałbym zdradzać całej historii, ani zbytnio się zagalopowywać w interpretacjach. Jeśli lubicie spokojne i refleksyjne filmy, to polecam.



   Pokuszę się jednak o pewne porównanie. Podobnie jak przy Dziesięciu tysiącach dni  Ferenca Kósy i tutaj mamy przedstawiony dokładny obraz wsi, można by powiedzieć, że niemal dokumentalny. Czkawka liczy sobie już 11 lat, a według moich obserwacji wiele węgierskich wsi nadal wygląda jak ta przedstawiona w tym filmie.

   Przy okazji dochodzę do wniosku, że nawet filmy potwierdzają to o czym czasem mówią Węgrzy: Węgry to tylko Budapeszt i wsie. Coś jest na rzeczy skoro drugim co do wielkości miastem Węgier jest Debreczyn z... 200 000 mieszkańców (dla porównania Budapeszt - 1,7 mln). I tak też, scenerią węgierskich filmów są na ogół miasto stołeczne lub wsie.



wtorek, 24 września 2013

Adopcja (Örökbefogadás) 1975 reż. Márta Mészáros

   Kolejny znakomity film udowadniający, że węgierskie kino stało kiedyś na bardzo wysokim poziomie.

   Główną bohaterką jest mieszkająca w niewielkiej wsi wdowa Kata Csontosné, robotnica fabryczna szukająca szczęścia w romansie ze ślusarzem Jóską. Bardzo chciałaby mieć z nim dziecko i stara się go do tego przekonać, gotowa nawet wychowywać je samotnie. Partner jest jednak nieugięty i odmawia. Kiedy pewnego dnia w jej domu pojawia się szukająca schronienia nastolatka z pobliskiego ośrodka wychowawczego, Kata daje jej dach nad głową. Między kobietami zaczyna rodzić się więź.



   Trochę naciągane wydaje mi się, że dojrzała, samotna kobieta tak łatwo godzi się na ukrywanie u siebie zupełnie obcej osoby, o niezbyt dobrej opinii. Pomijając jednak ten problem, byłem pod ogromnym wrażeniem filmu. Oto spotkały się dwie nieszczęśliwe kobiety, jedna pozbawiona nadziei na dziecko, druga odrzucona przez rodziców. Jak łatwo przewidzieć, zaczynają powoli uzupełniać sobie te braki.

   Znakomicie spisała się Katalin Berek (Kata), bardzo przekonująco odgrywając swoją rolę. Reszta obsady i ich praca również zachwycają, nadając obrazowi autentyzmu.



   Ten dramat psychologiczny znakomicie podejmuje tematykę społeczną. Pokazuje trudną sytuację kobiet ma Węgrzech (będących zawsze krajem patrialchalnym), które starają się zawalczyć o swoje szczęście często w świetle prawa, ale na przeciw obyczajom. W takich momentach szczególnie żałuję swojej ignorancji w temacie polskiego filmu, bo chętnie dokonałbym jakiegoś porównania. Ale jak to mówią: tak mało czasu, a tak dużo książek i filmów...