Tym razem zarówno książka jak i film będą polskie, ale związane tematycznie z Węgrami.
Po C. K. Dezerterów Kazimierza Sejdy sięgnąłem w bibliotece przypadkiem i uznałem, że faktycznie mam ochotę na coś lżejszego. Od razu też zaplanowałem sobie, że po książce zobaczę adaptację filmową.
Podobnie jak w Szwejku i tutaj możemy z bliska przyjrzeć się Monarchii Austro-Węgierskiej i jej siłom zbrojnym. Dezerterzy jednak są napisani w o wiele ciekawszy sposób, a bohaterowie zdają się być ludźmi z krwi i kości, a nie jak u Haska z papieru. I chociaż to cienka książka to przepełniona jest samą treścią, bez lania wody i niepotrzebnych opisów.
Otrzymujemy obraz ciemnej strony sił zbrojnych Austro-Węgier, wojska w dużej mierze zdemoralizowanego, dowodzonego przez tępych lub twardogłowych dowódców i wymęczonego po latach wojny. To też świetny przekrój przez wielonarodowość państwa Habsburgów.
Historia przedstawiona jest z humorem, bazując na najciekawszych przypadkach z życia autora. Całość zgrabnie zebrana do kupy czyta się lekko, łatwo i przyjemnie. I chociaż komiczne sytuacje są opowiedziane z jajem to w sposób nieordynarny.
Film zawiódł mnie kompletnie, to zlepek luźnych scenek z książki. Twórcy mnóstwo wątków wycięli, w innych poczynili zmiany, a całość sklecili w sposób sztuczny. Dobrze że byłem świeżo po lekturze, bo pomogło mi to zrozumieć wiele wątków, a inne w nieświadomy sposób sobie dopowiedzieć. I mimo iż całość trwa trzy godziny, to nijak się ma do swojego pierwowzoru, wytraciwszy połowę komicznych scen i nie zachowawszy specyficznego klimatu powieści. To taka nudna i przydługa historia poprzetykana od czasu do czasu jakimiś śmiesznymi tekstami lub sytuacjami.
Co do obsady również kiepściutko. Kondrat widać, że się starał ale średnio mu to w moim odczuciu wyszło, Zborowski już lepiej, ale to nie ten Haber, którego poznałem z papierowych stronic. A pozostali... jakoś tak mdławo wypadli.
Podsumowując książkę polecam obowiązkowo, bo to kawał dobrej, lekkiej, ale i wartościowej literatury. Co do filmu zaś... szkoda gadać.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Książki.. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Książki.. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 19 maja 2014
piątek, 1 listopada 2013
Budapeszteńska wiosna - Ferenc Karinthy [recenzja książki]
Książka ta bardzo mnie zawiodła. Pokrótce streszczę fabułę: dwóch węgierskich szeregowców dezerteruje ze swego oddziału w Győr pod koniec grudnia 1944 roku korzystając ze sfałszowanych przepustek. Docierają do Budapesztu, gdzie mieszka rodzina jednego z nich, ale miasto zostaje zamknięte w sowieckim pierścieniu. Dwaj przyjaciele próbują przeżyć przyczaiwszy się w mieszkaniu krewnych i próbując unikać żandarmerii. Nawiązują też nić sympatii z również ukrywającymi się komunistycznymi wywrotowcami.
Niestety książka ta to typowa propagandówka. Zgodzę się z zamieszczoną w niej krytyką pod adresem Niemców, strzałokrzyżowców i Szalasiego. Jednak komuchy nie byłyby sobą, gdyby nie zaatakowały i Horthyego z jego rządem. Ale czego tu chcieć od powieści z 1953 roku... Pochwały pod adresem węgierskich komunistów i Armii Czerwonej zakrawają na prawdziwą kpinę, po zajęciu stolicy Węgier Sowieci grabili co się dało i gwałcili kogo się dało, ale w książce są oni "wyzwolicielami".
Obiektywnie patrząc nie przedstawia ona sobą żadnej wartości. Fabuła się wlecze i jest nudna, a bohaterowie tak papierowi, że na skupie makulatury dostał bym za nich przynajmniej na jabola. Jest dużo niepotrzebnych opisów i dialogów, chyba dla uzyskania większej objętości.
Ciężko mi powiedzieć jaką wartość mają opisy okrążonego przez Sowietów Budapesztu, myślę że tę część autor odtworzył w miarę wiernie, skupiając się zarówno na wyglądzie otoczenia jak i życiu mieszkańców czy też uchodźców. Jeśli jednak ktoś jest zainteresowany tym wycinkiem historii lepiej niech sięgnie po inne źródła.
Niestety książka ta to typowa propagandówka. Zgodzę się z zamieszczoną w niej krytyką pod adresem Niemców, strzałokrzyżowców i Szalasiego. Jednak komuchy nie byłyby sobą, gdyby nie zaatakowały i Horthyego z jego rządem. Ale czego tu chcieć od powieści z 1953 roku... Pochwały pod adresem węgierskich komunistów i Armii Czerwonej zakrawają na prawdziwą kpinę, po zajęciu stolicy Węgier Sowieci grabili co się dało i gwałcili kogo się dało, ale w książce są oni "wyzwolicielami".
Obiektywnie patrząc nie przedstawia ona sobą żadnej wartości. Fabuła się wlecze i jest nudna, a bohaterowie tak papierowi, że na skupie makulatury dostał bym za nich przynajmniej na jabola. Jest dużo niepotrzebnych opisów i dialogów, chyba dla uzyskania większej objętości.
Ciężko mi powiedzieć jaką wartość mają opisy okrążonego przez Sowietów Budapesztu, myślę że tę część autor odtworzył w miarę wiernie, skupiając się zarówno na wyglądzie otoczenia jak i życiu mieszkańców czy też uchodźców. Jeśli jednak ktoś jest zainteresowany tym wycinkiem historii lepiej niech sięgnie po inne źródła.
Etykiety:
1944,
armia czerwona,
budapesti tavasz,
Budapeszt,
budapeszteńska wiosna,
dezerterzy,
ferenc,
Győr,
karinthy,
komuniści,
Książki.,
oblężenie,
propaganda,
sowieci,
strzałokrzyżowcy,
szalasi
piątek, 4 października 2013
Los utracony - Imre Kertész [recenzja książki]
To moje drugie podejście do tej książki. Za pierwszym razem zrezygnowałem, bo zmęczył mnie styl narracji charakterystyczny dla piętnastolatka. Oczywiście rozumiałem, że to majstersztyk napisać dorosłemu w ten sposób książkę, ale mimo wszystko mnie to zmogło.
Zaznaczę, że film mam już za sobą (recenzja ukaże się niedługo), czego trochę żałuję, bo nie chciałbym by rzutował on na moją opinię o pierwowzorze. Jeśli zapoznacie się z obiema wersjami to sami zobaczycie, że choć na pozór takie same, w rzeczywistości są różne. I wolałbym, żeby nie zakrzywiało to właściwego obrazu.
Los utracony to opowieść o nastoletnim, budapeszteńskim Żydzie imieniem Gyurka (zdrobnienie). Pod koniec wojny chłopak trafia rok do obozu koncentracyjnego w Buchenwaldzie. Jako narrator sam opowiada o swoim życiu tam.
Imre Kertész napisał tę powieść w oparciu o historię własnego życia - w 1944 roku, w wieku piętnastu lat został zesłany do Auschwitz, a następnie Buchenwaldu. Wydarzenia te odcisnęły piętno na całą resztę jego życia i wpłynęły na karierę pisarską, sprawiając że wszystkie siły twórcze poświęcił na pisanie o Holocauście i totalitaryzmach.
Mi niestety książka nie przypadła do gustu. Nie pierwszy raz stykam się z literaturą obozową, ale pierwszy raz z pisaną w ten sposób. Narracja jest prowadzona w stylu piętnastolatka, początkowo to denerwuje, ale można się przyzwyczaić. Nie mogłem za to pogodzić się z naiwnością, podziwem i zrozumieniem głównego bohatera wobec oprawców, nawet w momentach gdy spotykała go krzywda. Niestety wydaje mi się to zupełnie nierealne, tym bardziej jak na prawie dorosłego chłopaka, który już swój rozum ma. I choć jest to ciekawy zabieg, który urozmaica książkę, mnie raz za razem odrzuca.
Gdzieś w połowie powieści zaczyna się więcej narzekania, ale jest to nie adekwatne do skali okrucieństwa w około. Końcówka za to, napisana jest trochę niespójnie, musimy sięgać do innych źródeł by dowiedzieć się co się stało, gdyż Gyurka w swej świętej naiwności nie jest w stanie nam tego powiedzieć.
Dobrze że nie ma patosu, ani nadmiaru martyrologii, ale brak emocji wydaje się być jeszcze gorszy. Raz za razem nasuwa mi się porównanie do Pięciu lat kacetu Grzesiuka. Tam przynajmniej czuło się autentyzm, a autor niejednokrotnie zaskakiwał poczuciem humoru, które nie opuszczało go w tych ciężkich chwilach.
Zwykle w tym momencie "polecam" książkę, ale nie tym razem. Jeśli ktoś jest zainteresowany tematyką obozów koncentracyjnych znajdzie wiele lepszych dzieł.
Zaznaczę, że film mam już za sobą (recenzja ukaże się niedługo), czego trochę żałuję, bo nie chciałbym by rzutował on na moją opinię o pierwowzorze. Jeśli zapoznacie się z obiema wersjami to sami zobaczycie, że choć na pozór takie same, w rzeczywistości są różne. I wolałbym, żeby nie zakrzywiało to właściwego obrazu.
Los utracony to opowieść o nastoletnim, budapeszteńskim Żydzie imieniem Gyurka (zdrobnienie). Pod koniec wojny chłopak trafia rok do obozu koncentracyjnego w Buchenwaldzie. Jako narrator sam opowiada o swoim życiu tam.
Imre Kertész napisał tę powieść w oparciu o historię własnego życia - w 1944 roku, w wieku piętnastu lat został zesłany do Auschwitz, a następnie Buchenwaldu. Wydarzenia te odcisnęły piętno na całą resztę jego życia i wpłynęły na karierę pisarską, sprawiając że wszystkie siły twórcze poświęcił na pisanie o Holocauście i totalitaryzmach.
Mi niestety książka nie przypadła do gustu. Nie pierwszy raz stykam się z literaturą obozową, ale pierwszy raz z pisaną w ten sposób. Narracja jest prowadzona w stylu piętnastolatka, początkowo to denerwuje, ale można się przyzwyczaić. Nie mogłem za to pogodzić się z naiwnością, podziwem i zrozumieniem głównego bohatera wobec oprawców, nawet w momentach gdy spotykała go krzywda. Niestety wydaje mi się to zupełnie nierealne, tym bardziej jak na prawie dorosłego chłopaka, który już swój rozum ma. I choć jest to ciekawy zabieg, który urozmaica książkę, mnie raz za razem odrzuca.
Gdzieś w połowie powieści zaczyna się więcej narzekania, ale jest to nie adekwatne do skali okrucieństwa w około. Końcówka za to, napisana jest trochę niespójnie, musimy sięgać do innych źródeł by dowiedzieć się co się stało, gdyż Gyurka w swej świętej naiwności nie jest w stanie nam tego powiedzieć.
Dobrze że nie ma patosu, ani nadmiaru martyrologii, ale brak emocji wydaje się być jeszcze gorszy. Raz za razem nasuwa mi się porównanie do Pięciu lat kacetu Grzesiuka. Tam przynajmniej czuło się autentyzm, a autor niejednokrotnie zaskakiwał poczuciem humoru, które nie opuszczało go w tych ciężkich chwilach.
Zwykle w tym momencie "polecam" książkę, ale nie tym razem. Jeśli ktoś jest zainteresowany tematyką obozów koncentracyjnych znajdzie wiele lepszych dzieł.
Etykiety:
Auschwitz,
buchenwald,
film,
holocaust,
Imre Kertész,
książka,
Książki.,
los utracony,
obozy koncentracyjne,
totalitaryzm,
węgierscy,
Węgrzy,
Żydzi
sobota, 28 września 2013
Ja, inny. Kronika przemiany - Imre Kertész [recenzja książki]
Poprzednie książki Kertésza, które czytałem (Język na wygnaniu i Likwidacja) zrobiły na mnie duże wrażenie i oceniam je pozytywnie. Może z tego powodu nastawiłem się również dobrze do Ja, inny. i niestety się zawiodłem.
To zbiór luźnych przemyśleń autora, które w sposób bardziej obszerny możemy poznać w innych jego dziełach (czy to późniejszych czy wcześniejszych). Tutaj przeskakuje z tematu na temat, co moim zdaniem jest niesamowicie męczące. Chwilami można nawet odnieść wrażenie, że kończy rozpoczętą myśl w pół zdania.
To ciekawy "pokaz slajdów" z paru lat jego życia (lata 90') - jego pracy i podróży. Jeśli zebrać to jednak w całość, to wyłania się obraz człowieka, który nie ma własnej tożsamości, nie czuje się ani Węgrem, ani Żydem, choć tego ostatniego by chciał.
I choć tytuł mówi nam "Kronika przemiany", to ja żadnej przemiany nie widzę. Kertész zdaje się cały czas stać w miejscu, nie mogąc znaleźć dla siebie innej roli w życiu.
To zbiór luźnych przemyśleń autora, które w sposób bardziej obszerny możemy poznać w innych jego dziełach (czy to późniejszych czy wcześniejszych). Tutaj przeskakuje z tematu na temat, co moim zdaniem jest niesamowicie męczące. Chwilami można nawet odnieść wrażenie, że kończy rozpoczętą myśl w pół zdania.
To ciekawy "pokaz slajdów" z paru lat jego życia (lata 90') - jego pracy i podróży. Jeśli zebrać to jednak w całość, to wyłania się obraz człowieka, który nie ma własnej tożsamości, nie czuje się ani Węgrem, ani Żydem, choć tego ostatniego by chciał.
I choć tytuł mówi nam "Kronika przemiany", to ja żadnej przemiany nie widzę. Kertész zdaje się cały czas stać w miejscu, nie mogąc znaleźć dla siebie innej roli w życiu.
Etykiety:
Aushwitz,
holocaust,
Imre Kertész,
Ja inny,
kronika przemiany,
Książki.,
lata 90',
przemiany ustrojowe,
węgierski,
Węgry,
Żyd,
Żydzi
wtorek, 17 września 2013
Język na wygnaniu - Imre Kertész [recenzja książki]
To zbiór esejów, listów i zapisów z wykładów. Łączą je przemyślenia autora na temat emigracji, tożsamości, Holocaustu i totalitarnych dyktatur rządzących jeszcze nie tak dawno Europą. To całkiem ciekawe połączenie, a wątki te przeplatają się w wzajemnie w zamieszczonych tekstach.
Największy nacisk, Kertész swoim zwyczajem kładzie na Holocaust. Stawia ciekawą tezę, iż Holocaust nie miał nic wspólnego z antysemityzmem, dopatrując się czynnika sprawczego w upadku cywilizacji. Szuka tego przyczyn, zastanawiając się czy wpłynęło to na zmianę ludzkiej natury, czy może ta zmiana nastąpiła wcześniej i skutkiem tego doszło do tej tragedii. W osobnych rozważaniach próbuje nakreślić obraz Europy i świata po Auschwitz, a także jego wpływ na literaturę.
Całkiem słusznie stwierdza, że obozy koncentracyjne znane są współczesnym ludziom z książek i filmów, które przedstawiają to w różny sposób. Po wojnie temat był przemilczany w bloku wschodnim (ze względu na podobieństwo do Gułagu), by po 89 roku stać się towarem medialnym. To zjawisko sprawia, że nikt nie stara się zastanowić głębiej nad tematem i spróbować wczuć w sytuację ofiar. Przechodzimy nad tym do porządku dziennego. Podobnie jak nad tymi, którzy przeżyli.
I tak, obraz niemieckich obozów koncentracyjnych już się wykrystalizował w zbiorowej świadomości, a przynajmniej przybrał pewne ogólne wyobrażenie, różniące się szczegółami w zależności od książki czy filmu, który go podejmuje. Na obraz Gułagu zaś, trzeba jeszcze poczekać (tak autor pisał ponad dwadzieścia lat temu, ale myślę, że słowa te są nadal aktualne).
Sporo miejsca poświęca jest socjalizmowi, życiu w nim i piętnie jakie wywarł na wszystkich obywatelach. Kertész pisze głównie na własnym przykładzie, ale i my, Polacy którzy mamy podobne doświadczenia historyczne, możemy się identyfikować z tymi poglądami.
Zwraca szczególną uwagę na inteligencję i te jednostki spośród niej, które pomagały budować totalitarny ustrój (a część z tych osób lata później pomagała go burzyć). Zastanawia się nad spolegliwością wobec władzy, postawami opozycyjnymi, a także tymi poszukującymi kompromisu.
Wiele pisze o swojej tożsamości. Nie czuje się Węgrem, gdyż jest Żydem i doznał wielu krzywd ze strony swojej ojczyzny (państwo węgierskie szykanowało go latami i w końcu wysłało jako młodzieńca na śmierć), jednocześnie nie jest religijny, nie zna hebrajskiego i ma nikłe pojęcie na temat kultury i obyczajów żydowskich. Tym samym swojego miejsca nie upatruje w żadnym konkretnym kraju, ani wśród żadnego narodu, stawiając siebie "obok".
Podsumowując. To naprawdę świetna książka skłaniająca do wielu przemyśleń. Można się z autorem zgadzać lub nie, ale nie da się pozostać obojętnym na jego słowa. Napisana w sposób niezwykle wciągający i lekki, mimo niełatwych tematów. I chociaż teksty pochodzą sprzed 10-20 lat, to nadal nie straciły na aktualności.
Największy nacisk, Kertész swoim zwyczajem kładzie na Holocaust. Stawia ciekawą tezę, iż Holocaust nie miał nic wspólnego z antysemityzmem, dopatrując się czynnika sprawczego w upadku cywilizacji. Szuka tego przyczyn, zastanawiając się czy wpłynęło to na zmianę ludzkiej natury, czy może ta zmiana nastąpiła wcześniej i skutkiem tego doszło do tej tragedii. W osobnych rozważaniach próbuje nakreślić obraz Europy i świata po Auschwitz, a także jego wpływ na literaturę.
Całkiem słusznie stwierdza, że obozy koncentracyjne znane są współczesnym ludziom z książek i filmów, które przedstawiają to w różny sposób. Po wojnie temat był przemilczany w bloku wschodnim (ze względu na podobieństwo do Gułagu), by po 89 roku stać się towarem medialnym. To zjawisko sprawia, że nikt nie stara się zastanowić głębiej nad tematem i spróbować wczuć w sytuację ofiar. Przechodzimy nad tym do porządku dziennego. Podobnie jak nad tymi, którzy przeżyli.
I tak, obraz niemieckich obozów koncentracyjnych już się wykrystalizował w zbiorowej świadomości, a przynajmniej przybrał pewne ogólne wyobrażenie, różniące się szczegółami w zależności od książki czy filmu, który go podejmuje. Na obraz Gułagu zaś, trzeba jeszcze poczekać (tak autor pisał ponad dwadzieścia lat temu, ale myślę, że słowa te są nadal aktualne).
Sporo miejsca poświęca jest socjalizmowi, życiu w nim i piętnie jakie wywarł na wszystkich obywatelach. Kertész pisze głównie na własnym przykładzie, ale i my, Polacy którzy mamy podobne doświadczenia historyczne, możemy się identyfikować z tymi poglądami.
Zwraca szczególną uwagę na inteligencję i te jednostki spośród niej, które pomagały budować totalitarny ustrój (a część z tych osób lata później pomagała go burzyć). Zastanawia się nad spolegliwością wobec władzy, postawami opozycyjnymi, a także tymi poszukującymi kompromisu.
Wiele pisze o swojej tożsamości. Nie czuje się Węgrem, gdyż jest Żydem i doznał wielu krzywd ze strony swojej ojczyzny (państwo węgierskie szykanowało go latami i w końcu wysłało jako młodzieńca na śmierć), jednocześnie nie jest religijny, nie zna hebrajskiego i ma nikłe pojęcie na temat kultury i obyczajów żydowskich. Tym samym swojego miejsca nie upatruje w żadnym konkretnym kraju, ani wśród żadnego narodu, stawiając siebie "obok".
Podsumowując. To naprawdę świetna książka skłaniająca do wielu przemyśleń. Można się z autorem zgadzać lub nie, ale nie da się pozostać obojętnym na jego słowa. Napisana w sposób niezwykle wciągający i lekki, mimo niełatwych tematów. I chociaż teksty pochodzą sprzed 10-20 lat, to nadal nie straciły na aktualności.
Etykiety:
Auschwitz,
emigracja,
eseje,
Gułag,
holocaust,
Imre Kertész,
język na wygnaniu,
kertesz,
komunizm,
Książki.,
listy,
mowy,
nazizm,
totalitaryzm,
węgierska,
węgierski,
Żyd,
Żydzi
niedziela, 8 września 2013
Likwidacja - Imre Kertész [recenzja książki]
Bohaterem tej książki jest... zmarły. To B., urodzony w Aushwitz pisarz, który popełnił samobójstwo jeszcze przed rozpoczęciem się akcji powieści. To z kolei stało się impulsem dla jego przyjaciela, redaktora Keserű, do podjęcia poszukiwań napisanej przed śmiercią ostatniej "wielkiej" powieści B. Wraz z postępami w swoim prywatnym śledztwie, Keserű odkrywa mroczne tajemnice przeszłości.
Likwidacja to książka wyjątkowa. Łączy w sobie elementy kryminału i powieści psychologicznej. Napisana jest w sposób przemyślany i złożony. Wraz z biegiem akcji i kolejnymi odkryciami Keserű (który ma obsesję na punkcie twórczości B.) powoli odkrywamy coraz to nowe fakty z życia B. Jednocześnie mnożą się zagadki i niejasności, na których rozwiązanie musimy czekać.
Sam pomysł na fabułę nie jest porywający, ale Kertész przedstawił ją w taki sposób, że wciąga i nie pozwala się oderwać od czytania. Intryga jest skonstruowana tak, że cały czas trzyma czytelnika w niepewności i nasuwa kolejne pytania.
Całość skłania do refleksji nad sensem życia. Można jak Keserű żyć obsesją na punkcie innego człowieka, czy też jak B., spełnienie widzieć jedynie w autodestrukcji, ale jest jeszcze droga, którą wybrała między innymi Judit - odnaleźć szczęście.
To obraz tego jak ludzie sami się wykańczają, tak jak B., który urodził się w Auschwitz i czuł jego piętno przez resztę życia, poświęcając wszystkie siły w poszukiwaniu odpowiedzi napytanie: czemu do tego doszło. Stało się to jego obsesją, nie pozwalając mu normalnie żyć i odnaleźć szczęścia, a właściwie to on sam sobie na to nie pozwolił. W moim odczuciu ten wątek został poprowadzony po mistrzowsku. Za to temat Auschwitz był już podejmowany w literaturze tyle razy, że niczym nas tu Kertész nie zaskakuje, stwierdzając, że nie ma na to wyjaśnienia i odpowiedzi.
Likwidacja to książka wyjątkowa. Łączy w sobie elementy kryminału i powieści psychologicznej. Napisana jest w sposób przemyślany i złożony. Wraz z biegiem akcji i kolejnymi odkryciami Keserű (który ma obsesję na punkcie twórczości B.) powoli odkrywamy coraz to nowe fakty z życia B. Jednocześnie mnożą się zagadki i niejasności, na których rozwiązanie musimy czekać.
Sam pomysł na fabułę nie jest porywający, ale Kertész przedstawił ją w taki sposób, że wciąga i nie pozwala się oderwać od czytania. Intryga jest skonstruowana tak, że cały czas trzyma czytelnika w niepewności i nasuwa kolejne pytania.
Całość skłania do refleksji nad sensem życia. Można jak Keserű żyć obsesją na punkcie innego człowieka, czy też jak B., spełnienie widzieć jedynie w autodestrukcji, ale jest jeszcze droga, którą wybrała między innymi Judit - odnaleźć szczęście.
To obraz tego jak ludzie sami się wykańczają, tak jak B., który urodził się w Auschwitz i czuł jego piętno przez resztę życia, poświęcając wszystkie siły w poszukiwaniu odpowiedzi napytanie: czemu do tego doszło. Stało się to jego obsesją, nie pozwalając mu normalnie żyć i odnaleźć szczęścia, a właściwie to on sam sobie na to nie pozwolił. W moim odczuciu ten wątek został poprowadzony po mistrzowsku. Za to temat Auschwitz był już podejmowany w literaturze tyle razy, że niczym nas tu Kertész nie zaskakuje, stwierdzając, że nie ma na to wyjaśnienia i odpowiedzi.
Etykiety:
Auschwitz,
B.,
Imre Kertész,
Keserű,
kryminał,
Książki.,
Likwidacja,
obsesja,
pisarz,
psychologiczny,
redaktor,
sens życia,
węgierska,
Węgry,
Żyd
niedziela, 1 września 2013
Literatura poświęcona węgierskiej kinematografii.
Chciałbym Wam przedstawić i zwięźle opisać trzy książki, po które sięgam najczęściej szukając informacji na temat węgierskich filmów.
1. Historia filmu węgierskiego István Nemeskürty
Książka daje całkiem dobry obraz historii filmu na Węgrzech od końca XIX wieku po lata 70' wieku XX. Niestety autor jest dość stronniczy i wyraźnie faworyzuje filmy powstałe w okresie komunistycznym (Węgierska Republika Rad 1919 i WRL po drugiej wojnie światowej) jednocześnie deprecjonując produkcje okresu międzywojennego w sposób pozornie obiektywny i merytoryczny, lecz z okazywaną przy tym wrogością do prawicowych władz i "burżuazyjnej" tematyki filmów. To pozostawia trochę niesmak i stawia wartość książki pod znakiem zapytania. Czy autor pisał to z przekonania? A może był zmuszony działać pod cenzurę?
Zalecam podchodzić do tej pozycji ostrożnie i sceptycznie.
2. Film węgierski w Polsce A. Horoszczak, A. M. Rutkowski
To chyba moja ulubiona książka. Zawiera opisy i komentarze do najważniejszych filmów węgierskich lat 60' i 70'. Pozycja bardzo przydatna dla każdego miłośnika filmu węgierskiego.
3. Złota Era kina węgierskiego pod redakcją Roberta Kardzisa i Jana Topolskiego
To zbiór esejów poświęconych węgierskim filmom lat 60' i 70'. Dają one dużo świeższe spojrzenie, niż wyżej wymienione książki, jednocześnie nieco bardziej ogólne. Polecam jako literaturę dodatkową i uzupełniającą do Filmu węgierskiego w Polsce.
W swojej bibliotece mam jeszcze kupioną w czasie urlopu na Węgrzech książkę 303 węgierskie filmy, które powinieneś zobaczyć zanim umrzesz (303 magyar film, amit látnod kell, mielőtt meghalsz) Bori Erzsébet, Turcsányi Sándor. Mój węgierski nie pozwala jeszcze przeczytać tej książki, lecz przypomina ona w formie Film węgierski w Polsce, będąc zbiorem opisów i komentarzy do poszczególnych filmów - tutaj wybranych z całej węgierskiej kinematografii od 1916 po 2005 rok.
1. Historia filmu węgierskiego István Nemeskürty
Książka daje całkiem dobry obraz historii filmu na Węgrzech od końca XIX wieku po lata 70' wieku XX. Niestety autor jest dość stronniczy i wyraźnie faworyzuje filmy powstałe w okresie komunistycznym (Węgierska Republika Rad 1919 i WRL po drugiej wojnie światowej) jednocześnie deprecjonując produkcje okresu międzywojennego w sposób pozornie obiektywny i merytoryczny, lecz z okazywaną przy tym wrogością do prawicowych władz i "burżuazyjnej" tematyki filmów. To pozostawia trochę niesmak i stawia wartość książki pod znakiem zapytania. Czy autor pisał to z przekonania? A może był zmuszony działać pod cenzurę?
Zalecam podchodzić do tej pozycji ostrożnie i sceptycznie.
2. Film węgierski w Polsce A. Horoszczak, A. M. Rutkowski
To chyba moja ulubiona książka. Zawiera opisy i komentarze do najważniejszych filmów węgierskich lat 60' i 70'. Pozycja bardzo przydatna dla każdego miłośnika filmu węgierskiego.
3. Złota Era kina węgierskiego pod redakcją Roberta Kardzisa i Jana Topolskiego
To zbiór esejów poświęconych węgierskim filmom lat 60' i 70'. Dają one dużo świeższe spojrzenie, niż wyżej wymienione książki, jednocześnie nieco bardziej ogólne. Polecam jako literaturę dodatkową i uzupełniającą do Filmu węgierskiego w Polsce.
W swojej bibliotece mam jeszcze kupioną w czasie urlopu na Węgrzech książkę 303 węgierskie filmy, które powinieneś zobaczyć zanim umrzesz (303 magyar film, amit látnod kell, mielőtt meghalsz) Bori Erzsébet, Turcsányi Sándor. Mój węgierski nie pozwala jeszcze przeczytać tej książki, lecz przypomina ona w formie Film węgierski w Polsce, będąc zbiorem opisów i komentarzy do poszczególnych filmów - tutaj wybranych z całej węgierskiej kinematografii od 1916 po 2005 rok.
Etykiety:
film,
historia,
Horoszczak,
Jancsó,
kinematografia,
komunizm,
Kósa,
książki,
Książki.,
literatura,
Mészáros,
Nemeskurty,
Nemeskürty,
PRL,
Szabó,
węgierska,
węgierski,
WRL
środa, 7 sierpnia 2013
Trzecia granica tom 2 - Adam Bahdaj [recenzja książki]
Trzecia granica to kolejna już książka pochodząca z pamiętnej wyprzedaży w antykwariacie (a ciągle mam jeszcze dwie w zanadrzu). Tytuł ten od razu rzucił mi się w oczy, bo spotkałem się z nim już wcześniej, a mianowicie słyszałem o filmowej adaptacji tego cyklu powieściowego - to jest serialu telewizyjnym z 1975 roku. Swoją drogą muszę kiedyś znaleźć czas by go obejrzeć.
To historia kurierów tatrzańskich, którzy podczas II wojny światowej kursowali z tajnymi informacjami na trasie Zakopane - Budapeszt. Warto dodać, że autor był jednym z nich.
Do czytania zabrałem się chętnie, chociaż bez specjalnego entuzjazmu, gdyż wszelkie okupacyjne / konspiracyjne / partyzanckie historie nieszczególnie mnie pociągają. Przyznam że zainteresowałem się tą książką tylko ze względu na węgierski wątek.
Mi trafił się akurat tom II, ale myślę że daje on wyobrażenie o całej serii. Przechodząc od razu do rzeczy powiem, że to nie jest zła powieść, ale i nie porywa. Autor zamieścił sporo dialogów, uprzyjemniających odbiór i posuwających fabułę do przodu. Opisy krajobrazów i drogi za to, nużyły mnie niesamowicie. Z bohaterami nie lepiej, niestety muszę ich określić mianem papierowych, chociaż widać że w zamierzeniu mieli być "morowymi chłopakami", których każdy polubi. Może nie znieśli próby czasu, a może to ze mną coś jest nie tak... Skoro już o tym mówię, to muszę przyznać, że więcej sympatii i współczucia miałem dla paru nieszczęsnych Niemców, którym przyszło zmierzyć się z krzepkimi, polskimi chłopakami. Z Polaków polubiłem postać kolejarza Błaszczaka, który jako jedyny nie był irytujący.
Podsumowując nie jest źle, to świetna lektura do poduszki. Jeśli ktoś interesuje się okresem okupacji to polecam szczególnie, w moim odczuciu całkiem nieźle oddaje klimat tamtych lat. By lepiej zrozumieć powieść, wcześniej polecam też zapoznać się z informacjami na temat autora i tła historycznego. W moim przypadku miało to ogromne znaczenie dla właściwego, bardziej pełnego zrozumienia treści. Zupełnie jak przy Dziesięciu tysiącach dni, które oceniłbym nie najlepiej bez zapoznania się z informacjami na temat filmu i reżysera.
To historia kurierów tatrzańskich, którzy podczas II wojny światowej kursowali z tajnymi informacjami na trasie Zakopane - Budapeszt. Warto dodać, że autor był jednym z nich.
Do czytania zabrałem się chętnie, chociaż bez specjalnego entuzjazmu, gdyż wszelkie okupacyjne / konspiracyjne / partyzanckie historie nieszczególnie mnie pociągają. Przyznam że zainteresowałem się tą książką tylko ze względu na węgierski wątek.
Mi trafił się akurat tom II, ale myślę że daje on wyobrażenie o całej serii. Przechodząc od razu do rzeczy powiem, że to nie jest zła powieść, ale i nie porywa. Autor zamieścił sporo dialogów, uprzyjemniających odbiór i posuwających fabułę do przodu. Opisy krajobrazów i drogi za to, nużyły mnie niesamowicie. Z bohaterami nie lepiej, niestety muszę ich określić mianem papierowych, chociaż widać że w zamierzeniu mieli być "morowymi chłopakami", których każdy polubi. Może nie znieśli próby czasu, a może to ze mną coś jest nie tak... Skoro już o tym mówię, to muszę przyznać, że więcej sympatii i współczucia miałem dla paru nieszczęsnych Niemców, którym przyszło zmierzyć się z krzepkimi, polskimi chłopakami. Z Polaków polubiłem postać kolejarza Błaszczaka, który jako jedyny nie był irytujący.
Podsumowując nie jest źle, to świetna lektura do poduszki. Jeśli ktoś interesuje się okresem okupacji to polecam szczególnie, w moim odczuciu całkiem nieźle oddaje klimat tamtych lat. By lepiej zrozumieć powieść, wcześniej polecam też zapoznać się z informacjami na temat autora i tła historycznego. W moim przypadku miało to ogromne znaczenie dla właściwego, bardziej pełnego zrozumienia treści. Zupełnie jak przy Dziesięciu tysiącach dni, które oceniłbym nie najlepiej bez zapoznania się z informacjami na temat filmu i reżysera.
Etykiety:
Adam Bahdaj,
Budapeszt,
cykl powieściowy,
kolejarz,
książka,
Książki.,
kurierzy tatrzańscy,
Niemcy,
okupacja,
powieść,
serial,
Słowacja,
Tatry,
tom II,
trzecia granica,
Węgry,
Zakopane
środa, 31 lipca 2013
Dóra nadaje... - Sándor Radó [recenzja książki]
Tym razem niełatwy wpis. Książkę tę zakupiłem razem z poprzednią na wyprzedaży w antykwariacie. Nie zniechęcił mnie zamieszczony na okładce opis informujący, że oto mam w rękach pamiętnik węgierskiego komunisty, wręcz przeciwnie, z zaciekawieniem wziąłem się za lekturę. Oczywiście spodziewałem się kłamstw i przemilczeń niewygodnych kwestii, ale ich faktycznych rozmiar wręcz zwalił mnie z nóg.
Wspomnienia autora wręcz ociekają skrajnym fanatyzmem. Niczym samozwańczy propagandysta wychwala on (w tym przypadku nie pod niebiosa) wszystko co związane z ruchem robotniczym, partią i Związkiem Radzieckim w ogóle. Jest to zrozumiałe ze względu na jego poglądy, ale już wyolbrzymianie rozmiarów i znaczenia tych organizacji zakrawa na śmieszność. I tak przy bezkrytycznym podejściu do lektury można by odnieść wrażenie, że na Węgrzech i w Niemczech po I wojnie światowej byli - za wyjątkiem oczywiście tych złych: policjantów i rządu - niemal sami komuniści. Ci dzielni, żądni sprawiedliwości społecznej ludzie aż rwali się pod czerwone sztandary. Szczególnie rozbawił mnie opis Węgierskiej Republiki Rad, efemerycznego tworu państwowego, który na sto dni zagościł na ziemiach węgierskich. Ze wspomnień autora wynika, że był to wręcz raj na ziemi. Nie ma ani słowa o krwawym czerwonym terrorze, który rządzący zgotowali obywatelom, a wymordowano wtedy tysiące ludzi za samo to, że przed przewrotem służyli w armii austro-węgierskiej, byli urzędnikami czy po prostu inteligentami (zdarzało się, że zabijali za noszenie okularów, bądź zadbane - czyli niespracowane - dłonie), a zdarzało się i za nic - bo ktoś komuś kiedyś podpadł i nadarzała się okazja do zemsty. To wszystko zostało przemilczane, nie omieszkał zaś autor wznieść lamentu nad białym terrorem, który po obaleniu Béli Kuna rozpoczął admirał Horthy. Jednostki "Białej Gwardii" oskarżone zostały o morderstwa, rozboje, gwałty i wszelkie łajdactwa jakie można było jeszcze wymyślić. Prawda jest taka, że Horthy faktycznie wziął się za robienie porządków, ale ofiarami egzekucji padali głównie komuniści, którzy dopiero co sami siali śmierć i zniszczenie. Biały terror rzeczywiście wymknął się w pewnym momencie spod kontroli i pochłonął pewną ilość niewinnych ofiar, ale nie było to zamierzeniem, nowych, legalnych władz, a efektem chaosu, który nastał.
W tym momencie miałem ochotę pierdolnąć książkę do śmieci i znaleźć sobie jakieś ciekawe zajęcie. Przemogłem się jednak i czytałem dalej.
Opisując ZSRR w różnych okresach, Radó po raz kolejny popada w euforię. Raz jeszcze trafiamy do prawdziwego raju na Ziemi, gdzie ludzie są szczęśliwi, uczciwi i pracowici (prawdziwi homo sovieticus), a wokół panuje dobrobyt. I co z tego, że naprawdę wszędzie tam była bieda, głód (w Moskwie lat dwudziestych dochodziło do kanibalizmu) i szalał aparat terroru. Tego autor nie zauważył. W którymś momencie istotnie napomyka o pewnych "przejściowych trudnościach", ale zaraz obarcza za nie winą jakiś bliżej niezidentyfikowanych obcych - światową burżuazję. Beszta ich, obwiniając za całe zło tego świata.
Prócz skłonności do kłamstw, wyolbrzymiania spraw nieznaczących i przemilczania niewygodnych faktów, Radó ma jeszcze jedną cechę charakteru - narcyzm, jak wszystko inne u niego - rozbuchany niczym lokomotywa. Rozumiem że to jego wspomnienia i jest ich głównych bohaterem, ale ciągłe wspominanie o swoich znajomościach przyprawia o wymioty. Można dojść do wniosku, że był on zaprzyjaźniony z połową Komitetu Centralnego w Moskwie i przywódcami wszystkich szajek komunistów w Europie. Aż dziw, że nie trafił do podręczników historii! Znajomości to jednak nie wszystko, nie uwierzylibyście jakimi osiągnięciami mógł się poszczycić, był kartografem i osiągnął na tym polu tak znaczące sukcesy, że chyba tylko z winy światowej burżuazji nie dostał nagrody Nobla (wiem, wiem, w tej dziedzinie nie przyznaje się nagród).
Nie doczytałem do końca, po prostu nie dałem radę. Ja naprawdę chętnie przeczytałbym wspomnienia jakiegoś komunisty, ale nie fanatyka mogącego iść w szranki z najbardziej bezwstydnymi propagandystami.
Podsumowując, Sándor Radó był kanalią. W czasie istnienia Węgierskiej Republiki Rad zdradził swój kraj wspierając morderców i bandytów. Później w okresie międzywojennym szpiegował dla Sowietów snujących agresywne plany wobec Zachodu. Te działania kontynuował w czasie wojny przyczyniając się do zwycięstwa Armii Czerwonej nad Niemcami, a tym samym zajęcia i wyniszczenia przez następne pół wieku Europy Środkowo-Wschodniej.
Wspomnienia autora wręcz ociekają skrajnym fanatyzmem. Niczym samozwańczy propagandysta wychwala on (w tym przypadku nie pod niebiosa) wszystko co związane z ruchem robotniczym, partią i Związkiem Radzieckim w ogóle. Jest to zrozumiałe ze względu na jego poglądy, ale już wyolbrzymianie rozmiarów i znaczenia tych organizacji zakrawa na śmieszność. I tak przy bezkrytycznym podejściu do lektury można by odnieść wrażenie, że na Węgrzech i w Niemczech po I wojnie światowej byli - za wyjątkiem oczywiście tych złych: policjantów i rządu - niemal sami komuniści. Ci dzielni, żądni sprawiedliwości społecznej ludzie aż rwali się pod czerwone sztandary. Szczególnie rozbawił mnie opis Węgierskiej Republiki Rad, efemerycznego tworu państwowego, który na sto dni zagościł na ziemiach węgierskich. Ze wspomnień autora wynika, że był to wręcz raj na ziemi. Nie ma ani słowa o krwawym czerwonym terrorze, który rządzący zgotowali obywatelom, a wymordowano wtedy tysiące ludzi za samo to, że przed przewrotem służyli w armii austro-węgierskiej, byli urzędnikami czy po prostu inteligentami (zdarzało się, że zabijali za noszenie okularów, bądź zadbane - czyli niespracowane - dłonie), a zdarzało się i za nic - bo ktoś komuś kiedyś podpadł i nadarzała się okazja do zemsty. To wszystko zostało przemilczane, nie omieszkał zaś autor wznieść lamentu nad białym terrorem, który po obaleniu Béli Kuna rozpoczął admirał Horthy. Jednostki "Białej Gwardii" oskarżone zostały o morderstwa, rozboje, gwałty i wszelkie łajdactwa jakie można było jeszcze wymyślić. Prawda jest taka, że Horthy faktycznie wziął się za robienie porządków, ale ofiarami egzekucji padali głównie komuniści, którzy dopiero co sami siali śmierć i zniszczenie. Biały terror rzeczywiście wymknął się w pewnym momencie spod kontroli i pochłonął pewną ilość niewinnych ofiar, ale nie było to zamierzeniem, nowych, legalnych władz, a efektem chaosu, który nastał.
W tym momencie miałem ochotę pierdolnąć książkę do śmieci i znaleźć sobie jakieś ciekawe zajęcie. Przemogłem się jednak i czytałem dalej.
Opisując ZSRR w różnych okresach, Radó po raz kolejny popada w euforię. Raz jeszcze trafiamy do prawdziwego raju na Ziemi, gdzie ludzie są szczęśliwi, uczciwi i pracowici (prawdziwi homo sovieticus), a wokół panuje dobrobyt. I co z tego, że naprawdę wszędzie tam była bieda, głód (w Moskwie lat dwudziestych dochodziło do kanibalizmu) i szalał aparat terroru. Tego autor nie zauważył. W którymś momencie istotnie napomyka o pewnych "przejściowych trudnościach", ale zaraz obarcza za nie winą jakiś bliżej niezidentyfikowanych obcych - światową burżuazję. Beszta ich, obwiniając za całe zło tego świata.
Prócz skłonności do kłamstw, wyolbrzymiania spraw nieznaczących i przemilczania niewygodnych faktów, Radó ma jeszcze jedną cechę charakteru - narcyzm, jak wszystko inne u niego - rozbuchany niczym lokomotywa. Rozumiem że to jego wspomnienia i jest ich głównych bohaterem, ale ciągłe wspominanie o swoich znajomościach przyprawia o wymioty. Można dojść do wniosku, że był on zaprzyjaźniony z połową Komitetu Centralnego w Moskwie i przywódcami wszystkich szajek komunistów w Europie. Aż dziw, że nie trafił do podręczników historii! Znajomości to jednak nie wszystko, nie uwierzylibyście jakimi osiągnięciami mógł się poszczycić, był kartografem i osiągnął na tym polu tak znaczące sukcesy, że chyba tylko z winy światowej burżuazji nie dostał nagrody Nobla (wiem, wiem, w tej dziedzinie nie przyznaje się nagród).
Nie doczytałem do końca, po prostu nie dałem radę. Ja naprawdę chętnie przeczytałbym wspomnienia jakiegoś komunisty, ale nie fanatyka mogącego iść w szranki z najbardziej bezwstydnymi propagandystami.
Podsumowując, Sándor Radó był kanalią. W czasie istnienia Węgierskiej Republiki Rad zdradził swój kraj wspierając morderców i bandytów. Później w okresie międzywojennym szpiegował dla Sowietów snujących agresywne plany wobec Zachodu. Te działania kontynuował w czasie wojny przyczyniając się do zwycięstwa Armii Czerwonej nad Niemcami, a tym samym zajęcia i wyniszczenia przez następne pół wieku Europy Środkowo-Wschodniej.
Etykiety:
Bela Kun,
dora nadaje,
geograf,
Horthy,
kartograf,
komunista,
Książki.,
pamietnik,
rado,
sandor,
Sándor Radó,
szpieg,
Węgierska Republika Rad,
węgierski,
Węgry,
wspomnienia,
ZSRR
piątek, 26 lipca 2013
Zimne dni - Tibor Cseres [recenzja książki]
Tak jak obiecałem, zaczynamy zmiany na blogu :)
Rzadko wpadają mi w ręce węgierskie książki. Jeśli już się tak stanie to mają one na ogół ponad trzydzieści lat. Tak było i tym razem, gdy odwiedziłem antykwariat na wyprzedaży trafiła mi się powieść Tibora Cseresa - Zimne dni. Na Węgrzech została ona wydana w 1964 roku, a pierwsze polskie wydanie pojawiło się w 1968. Znalazłem ją przypadkiem, gdy wśród sterty rzuciła mi się w oczy charakterystyczna okładka Kolekcji Literatury Węgierskiej, serii która ukazywała się Polsce Ludowej.
Książka jest próbą rozliczenia się z tragicznym epizodem węgierskiej historii jakim jest masakra ludności serbskiej i żydowskiej, której dokonały węgierskie wojska i żandarmeria w styczniu 1942 roku w Nowym Sadzie i okolicach. Przebieg tych zdarzeń jest opowiedziany przez czterech ich uczestników, wojskowych osadzonych w jednej celi, którzy wspomnieniami wracają do tamtych dni. Ich świadectwa uzupełniają się na wzajem i ukazują sprawę z różnych perspektyw - zarówno z punktu widzenia oficerów jak i zwykłych szeregowych. Autor stara się przedstawić mechanizmy ludobójstwa i indywidualnej, bądź zbiorowej odpowiedzialności, a także poczucia winy oprawców. Musze przyznać, że to znakomite studium psychologiczne zbrodniarzy, albo jak to się mówi w takich sytuacjach - "ludzi którzy wykonywali tylko rozkazy".
Styl pisania nie porywa, może to wina tłumaczenia, nie wiem. Fabuła momentami jest przedstawiona w sposób dość nudny i chaotyczny (zabieg zdaje się celowy, lecz nieudolnie przeprowadzony). Z upływem stron dałem jednak radę się wciągnąć. Na pocieszenie dodam, że na końcu wszystkie elementy układanki wpadają na właściwe miejsca, tworząc przejrzysty obraz całości.
Nie żałuję, że przeczytałem te książkę. Poznałem historię tej tragicznej karty węgierskiej historii, w sposób o wiele bardziej obrazowy niż suche fakty, które zapewnić mogą podręczniki czy encyklopedie. Powieść zmusiła mnie też do zastanowienia się jaką odpowiedzialność za zbrodnie ponosi szeregowy żołnierz czy oficer, który jedynie wykonuje rozkazy i jaki wpływ ma to na ich psychikę i dalsze funkcjonowanie.
Polecam osobom zainteresowanym tematem. Nie jest to lektura pod poduszkę.
Rzadko wpadają mi w ręce węgierskie książki. Jeśli już się tak stanie to mają one na ogół ponad trzydzieści lat. Tak było i tym razem, gdy odwiedziłem antykwariat na wyprzedaży trafiła mi się powieść Tibora Cseresa - Zimne dni. Na Węgrzech została ona wydana w 1964 roku, a pierwsze polskie wydanie pojawiło się w 1968. Znalazłem ją przypadkiem, gdy wśród sterty rzuciła mi się w oczy charakterystyczna okładka Kolekcji Literatury Węgierskiej, serii która ukazywała się Polsce Ludowej.
Książka jest próbą rozliczenia się z tragicznym epizodem węgierskiej historii jakim jest masakra ludności serbskiej i żydowskiej, której dokonały węgierskie wojska i żandarmeria w styczniu 1942 roku w Nowym Sadzie i okolicach. Przebieg tych zdarzeń jest opowiedziany przez czterech ich uczestników, wojskowych osadzonych w jednej celi, którzy wspomnieniami wracają do tamtych dni. Ich świadectwa uzupełniają się na wzajem i ukazują sprawę z różnych perspektyw - zarówno z punktu widzenia oficerów jak i zwykłych szeregowych. Autor stara się przedstawić mechanizmy ludobójstwa i indywidualnej, bądź zbiorowej odpowiedzialności, a także poczucia winy oprawców. Musze przyznać, że to znakomite studium psychologiczne zbrodniarzy, albo jak to się mówi w takich sytuacjach - "ludzi którzy wykonywali tylko rozkazy".
Styl pisania nie porywa, może to wina tłumaczenia, nie wiem. Fabuła momentami jest przedstawiona w sposób dość nudny i chaotyczny (zabieg zdaje się celowy, lecz nieudolnie przeprowadzony). Z upływem stron dałem jednak radę się wciągnąć. Na pocieszenie dodam, że na końcu wszystkie elementy układanki wpadają na właściwe miejsca, tworząc przejrzysty obraz całości.
Nie żałuję, że przeczytałem te książkę. Poznałem historię tej tragicznej karty węgierskiej historii, w sposób o wiele bardziej obrazowy niż suche fakty, które zapewnić mogą podręczniki czy encyklopedie. Powieść zmusiła mnie też do zastanowienia się jaką odpowiedzialność za zbrodnie ponosi szeregowy żołnierz czy oficer, który jedynie wykonuje rozkazy i jaki wpływ ma to na ich psychikę i dalsze funkcjonowanie.
Polecam osobom zainteresowanym tematem. Nie jest to lektura pod poduszkę.
Etykiety:
1942,
Kolekcja Literatury Węgierskiej,
książka,
Książki.,
ludobójstwo,
masakra,
Nowy Sad,
powieść,
Serbowie,
Tibor Cseres,
Újvidék,
węgierska,
Węgry,
Węgrzy,
zbrodnia,
Zimne dni,
Żydzi
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)












