Trochę tu ostatnio zaniedbałem Kociołek, bo było dużo pracy, wódy i innych zajęć. Żeby przerwać ten marazm podzielę się garścią wrażeń po ostatnim seansie Domu pod czerwoną latarnią.
Jak już mówiłem, miałem ostatnio sporo pracy, m.in. mam na myśli naukę węgierskiego. (Taaa, znowu zacząłem). Dla praktyki odpaliłem sobie właśnie Dom pod czerwoną latarnią Károlya Makka (wcześniej z jego filmów oglądałem Miłość i Inne spojrzenie) w oryginale. Nieskromnie powiem, że udało mi się zrozumieć większość dialogów, aczkolwiek z braku całkowitej pewności nie podejmę się zrecenzowania fabuły, by nie wyjść przypadkiem na głąba :D
Cserhalmi jak zawsze świetny. Wykreował postać ciekawą i z fantazją, bo i w sumie który facet by nie chciał mieszkać z dziwkami w burdelu, a resztę czasu spędzać na piciu i grze w karty :D :D
Scenografie, rekwizyty i kostiumy są całkiem niezłe i pozwalają na chwilę przenieść się do XIX wieku, choć trochę to wszystko upiorne, sam nie wiem, może za sprawą pracy operatora. Obraz w każdym razie jest dość ciemny i przytłumiony, a potęgują to tylko kolory otoczenia.
O fabule powiem tylko, że jest w stanie zainteresować, choć sporo tu dłużyzn. Jest i trochę humoru i trochę dramatu. W ogóle pomysł na szacowną matronę, która nieświadomie przesiaduje w burdelu z prostytutkami i dziwkarzami wydaje się całkiem zabawny :D Przy okazji polskie tłumaczenie tytułu jest może i ładne, ale bardziej trafny wydaje oryginalny: Moralna noc.
Kto zna węgierski temu polecam Dom pod czerwoną latarnią:
Potępienie to pierwszy film Béli Tarra, po który sięgnąłem za namową kolegi Węgra. Opowiada historię mężczyzny w średnim wieku, Karrera, alkoholika i człowieka bez większych ambicji. Sens jego życiu nadaje jedynie beznadziejna miłość do zamężnej piosenkarki, z którą ma romans. Kobieta pewnego dnia postanawia położyć kres dalszym spotkaniom, lecz bohater nie odpuszcza. Korzystając z propozycji znajomego barmana, poleca jej męża do przewiezienia nielegalnego towaru i tym samym pozbywa się go na kilka dni. W tym czasie odzyskuje względy swojej kochanki. By definitywnie usunąć konkurenta, po jego powrocie denuncjuje go na policji.
Tyle można zobaczyć na pierwszy rzut oka nie zagłębiając się w symbole i metafory, którymi film jest przepełniony. A to właśnie one nadają mu prawdziwą wartość i ukazują głębszy sens przedstawionej historii.
Zacznijmy od tego, że reżyser bardzo przeciąga długość ujęć, prócz przekazania niezbędnej informacji dając widzowi czas na refleksje. Plenery mają za zadanie ukazać nam stan ducha bohaterów i symbolizować ich aktualną sytuację. Przez większość czasu pada deszcz, jest ponuro, a pustymi ulicami na tle ruder lub po rozmiękłych polach biegają jedynie dzikie psy. Mamy klasyczny obraz nędzy i rozpaczy ja z łotewskiego dowcipu. Przywodzi to na myśl obraz czyśćca.
Najbardziej urzekła mnie ta scena, wracałem do niej chyba z dziesięć razy:
Nie bez znaczenia jest nazwa baru "Titanik", ma tutaj miejsce wiele kluczowych wydarzeń, a jego bywalcy niczym pasażerowie sławnego statku też idą powoli na dno, w większości bez możliwości ratunku. Kiedy piosenkarka śpiewa o bolesnym rozstaniu i utraconej wierze w miłość, odnosi się to zarówno do jej romansu z Karrerem, ale i do ich położenia. Ona, chociaż chciałaby znaleźć się w lepszym świecie nie ma ku temu perspektyw, on zaś otrzymuje taką szansę, chociaż uporczywie nie chce z niej skorzystać. Jego romans z piosenkarką jest prostą drogą do potępienia, ale wybiera to świadomie. Na nic zdają się starania szatniarki, pojawiającej się kilka razy w całym filmie i dającej mu dobre rady, nie udaje jej się zawrócić go ze złej drogi.
Symboliczna jest scena, gdy Karrer czai się pod domem swojej kochanki, czekając aż jej mąż odjedzie. Pojawia się wtedy szatniarka, która przestrzega go przed popełnieniem zamierzonej niegodziwości, symbolicznie zasłaniając parasolem jej dom. To jednak go nie powstrzymuje. Daje temu dodatkowy wyraz w czasie rozmowy z ukochaną, gdy mówi: popełniłbym każda niegodziwość, żebyś to mnie wybrała. Zaraz potem postanawia wprawić te słowa w czyn, lecz rezygnuje (o czym dowiadujemy się pod koniec, gdy poznajemy miejsce, które odwiedził).
Wracając do męża piosenkarki, jest on z pozoru dobrym człowiekiem, lecz ciężko nam go w pełni ocenić z braku większej liczby informacji. Nie przechodzi jednak próby, którą było dostarczenie tajemniczego pakunku - kradnie część zawartości. Żona natomiast zaraz zdradza go (i jednocześnie Karrera) z barmanem. Na tę postać należy zwrócić szczególną uwagę. Stojący na uboczu, spokojny i lepiej sytuowany od pozostałych mężczyzna, pełni w całej historii wyjątkową rolę: poddaje bohaterów próbom, udziela im rad i ocenia. W przeciwieństwie do szatniarki, która jest pozytywnym bohaterem, on prezentuje raczej neutralne stanowisko.
Jak już pisałem na początku, w streszczeniu, główny bohater nie rezygnuje z piosenkarki i by pozbyć się jej męża, składa na niego donos w sprawie przewiezionej paczki. Tym samym marnuje swoją szansę i staje się potępiony. Taki wniosek możemy wysnuć w końcowej scenie, gdy w ulewie znajduje się on na zabłoconym gruzowisku, zniżając się do poziomu psa, z którym przychodzi mu się spotkać.
Kupa gnoju ukazana na sam koniec przed ściemnieniem, znakomicie podsumowuje stan moralny bohaterów i ocenę ich czynów.
Jak dla mnie film wbija w fotel i jest świadectwem wielkiego talentu Tarra. 10/10.
Czy film trzeba koniecznie rozumieć, żeby go oglądać? Po raz kolejny przekonałem się, że nie.
Tym razem szukałem czegoś na chybił trafił, przeglądając Filmweba wśród wielu innych wpadł mi w oko tytuł Sęp. Po pobieżnym zapoznaniu się z recenzją tego filmu sensacyjnego już wiedziałem, że chcę go obejrzeć. I chociaż nigdzie nie było wersji z polskim lektorem lub napisami, albo chociaż samym napisów, zdecydowałem się obejrzeć w oryginale, podobnie jak ostatnio Gwiazdy Egeru. Bez problemu wyszperałem go na YouTube, w całkiem niezłej jakości.
i fragment, znakomicie oddający klimat całości: KLIK
Zawsze lubiłem samochody z bloku demoludów, więc filmy sensacyjne których akcja rozgrywa się w PRL lub sąsiednich krajach socjalistycznych do dziś budzą moje zainteresowanie. Z polskich polecić mogę Prywatne śledztwo z Wilhelmim, czy Zamknąć za sobą drzwi z Fronczewskim (chociaż tu akurat w "rolach głównych" zachodnie wozy).
Zajmijmy się jednak Sępem. Ogólnie klimat jest niezły. Mamy więc masy typów w stylu macho, których głównym i najmocniejszym atrybutem są ciemne okulary. Akcja rozgrywa się głównie na ulicach, ale co jakiś czas gościmy w spelunach pełnych twardzieli spoglądających spode łba, albo złodziejskich dziuplach, w których spotkać można równie sympatycznych osobników. Jeśli już przenosimy się w inne miejsca, to są to luksusowe mieszkania lub wille. To nie historia o przeciętnych biedakach. Całość okraszona jest całkiem niezłą muzyką, której gatunku nie potrafię scharakteryzować, ważne że pasuje jak ulał. Piękne widoki Budapesztu uzupełniają całość.
Przechodząc do fabuły: mamy tu obraz faceta, który wobec bezczynności milicji, bierze sprawy w swoje ręce i podejmuje stanowczą i bezkompromisową kampanię przeciwko przestępcom. Przede wszystkim wykorzystuje do tego intelekt, ale z pięści również potrafi zrobić użytek. Jak na taksówkarza przystało całkiem nieźle radzi sobie za kółkiem, co przez długi czas zapewnia mu przewagę nad ścigającymi.
Jeśli już wspomnieliśmy o scenach pościgu, to w moim odczuciu są całkiem niezłe (patrz link powyżej). Węgrzy udowadniają, że nie tylko Amerykanie mają monopol na tego typu widowiska. Ja przy tej okazji mogłem nacieszyć oczy widokiem maluchów, żuków, nys, warszaw, itd. Fajnie mieć świadomość, że kiedyś polskie produkty szły na eksport i to w znacznych ilościach.
Z ciekawostek: w Sępie swój debiut w filmie pełnometrażowym miała polska aktorka Maria Gładkowska, grająca tam jedną z głównych ról. I choć nadal jest ona atrakcyjną kobietą, to wtedy... fiu, fiu ;)
Śmiesznostek jest nieco więcej. W którymś momencie (w czasie rozbieranek przy scenie łóżkowej) zaskoczyło mnie, że bohater miał na sobie trzy (!) podkoszulki, golf i kamizelkę, ja rozumiem, że jesień i w ogóle, ale trzy podkoszulki?! O facetach w stylu macho już wspominałem, kilku z nich jednak zwykłe pozerstwo nie wystarczało: płaszczy i okularów przeciwsłonecznych nie zdejmowali nawet siedząc w domu.
I jeszcze jedna rzecz: znakiem rozpoznawczym głównego bohatera było regularne smarkanie :D (a może dlatego tyle ubrań na sobie nosił)
Film ten bardzo mi pomógł w nauce języka, niestety przede mną jeszcze miesiące (czyt. lata) pracy, nim będę w stanie oglądać węgierskie filmy w oryginale, nie tracąc nic na rozumieniu.