Pokazywanie postów oznaczonych etykietą patologia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą patologia. Pokaż wszystkie posty

środa, 30 lipca 2014

Szatańskie tango (Sátántangó) 1994 reż. Béla Tarr

   Siedmiogodzinny film, huh... na raty musiałem oglądać, zresztą tak jak sobie to zaplanował Bela Tarr. To będzie kolejna z tych ciężkich recenzji, że aż chyba ograniczę się do garści luźnych przemyśleń. Będą spojlery.

OPIS:

   Biedna węgierska wioska, jest miejscem z którego próbuje się wyrwać grupa wykolejeńców z kradzionymi pieniędzmi. Czekając na podział łupu oddają się pijaństwu i drobnym niegodziwościom. Jednocześnie czekają na nadejście Mesjasza, tajemniczego Irimiasa, przed którym czują respekt, a który ma zapewnić im lepsze życie.


   Dawno żaden film mnie tak nie zasmucił i przygnębił. Akcja rozgrywa się głównie w biednej wsi, gdzie nikt nie ma pracy, domy się sypią, a zamiast dróg wszędzie jest błoto. By jeszcze pogłębić ten przygnębiający widok cały czas pada deszcz. Jest zimno, mokro, brzydko i śmierdząco i niemal czuć to wszystko oglądając ten film.


   Bohaterami jest zgraja degeneratów, bez ambicji i wielkich potrzeb. Ludzi niemal zdziczałych, którzy potrzebują się nachlać, przelecieć żonę sąsiada i zapchać kichę paprikas krumpli. Przyznać trzeba, że pasują znakomicie do swojego środowiska.


   Tutaj nie ma zmiłuj, zepsucie dotyka wszystkich. Nawet mała dziewczynka, na pozór niewinna, okazuje się sadystką, co budzi jednocześnie przerażenie, ale i żal jak takie małe dziecko mogło zostać spaczone przez patologiczne otoczenie.

   Długie ujęcia pozwalają wczuć się w aktualną sytuację bohaterów, więc gdy idą drogą w deszczu to my idziemy razem z nimi i tak długimi minutami, czasem w milczeniu. Innym razem poznajemy codzienne życie bohaterów, siedzących na stołku w kuchni i gapiących się w ścianę, od czasu do czasu rzuciwszy jakąś miałką uwagę, albo i nawet nie. Ten czas marazmu daje też możliwość głębszego przemyślenia ukazanych przez twórcę problemów.


   Główny punkt ciężkości tego filmu to poukrywane metafory, alegorie i symbole, niestety tym razem jest to ponad moje siły. Tarr pokazuje straszne zepsucie, nie dają przy tym nadziei, że może być lepiej.

A tak poza tym jak zawsze jest czarno-biało i naprawdę ciężko przechwalić niesamowite zdjęcia, a to robota Gábora Medvigy'ego.  A do tego muzyka, którą jak to u Tarra skomponował Mihály Vig, świetnie pasuje do tego przygnębiającego klimatu.


   To chyba film jedyny w swoim rodzaju, przy okazji mocno naznaczony piętnem Tarra, więc jeśli ktoś lubi jego filmu, to Szatańskie tango na pewno mu się spodoba, aczkolwiek jest to dość ciężki film.


poniedziałek, 19 maja 2014

C.K. Dezerterzy [książka + film]

   Tym razem zarówno książka jak i film będą polskie, ale związane tematycznie z Węgrami.

   Po C. K. Dezerterów Kazimierza Sejdy sięgnąłem w bibliotece przypadkiem i uznałem, że faktycznie mam ochotę na coś lżejszego. Od razu też zaplanowałem sobie, że po książce zobaczę adaptację filmową.


   Podobnie jak w Szwejku i tutaj możemy z bliska przyjrzeć się Monarchii Austro-Węgierskiej i jej siłom zbrojnym. Dezerterzy jednak są napisani w o wiele ciekawszy sposób, a bohaterowie zdają się być ludźmi z krwi i kości, a nie jak u Haska z papieru. I chociaż to cienka książka to przepełniona jest samą treścią, bez lania wody i niepotrzebnych opisów.

   Otrzymujemy obraz ciemnej strony sił zbrojnych Austro-Węgier, wojska w dużej mierze zdemoralizowanego, dowodzonego przez tępych lub twardogłowych dowódców i wymęczonego po latach wojny. To też świetny przekrój przez wielonarodowość państwa Habsburgów.

   Historia przedstawiona jest z humorem, bazując na najciekawszych przypadkach z życia autora. Całość zgrabnie zebrana do kupy czyta się lekko, łatwo i przyjemnie. I chociaż komiczne sytuacje są opowiedziane z jajem to w sposób nieordynarny.



   Film zawiódł mnie kompletnie, to zlepek luźnych scenek z książki. Twórcy mnóstwo wątków wycięli, w innych poczynili zmiany, a całość sklecili w sposób sztuczny. Dobrze że byłem świeżo po lekturze, bo pomogło mi to zrozumieć wiele wątków, a inne w nieświadomy sposób sobie dopowiedzieć. I mimo iż całość trwa trzy godziny, to nijak się ma do swojego pierwowzoru, wytraciwszy połowę komicznych scen i nie zachowawszy specyficznego klimatu powieści. To taka nudna i przydługa historia poprzetykana od czasu do czasu jakimiś śmiesznymi tekstami lub sytuacjami.


   Co do obsady również kiepściutko. Kondrat widać, że się starał ale średnio mu to w moim odczuciu wyszło, Zborowski już lepiej, ale to nie ten Haber, którego poznałem z papierowych stronic. A pozostali... jakoś tak mdławo wypadli.


   Podsumowując książkę polecam obowiązkowo, bo to kawał dobrej, lekkiej, ale i wartościowej literatury. Co do filmu zaś... szkoda gadać.