Palfiego poznałem przypadkiem przy okazji Czkawki, która przypadła mi do gustu. Już wtedy wiedziałem, że mam ochotę dalej poznawać twórczość tego pana, a Taxidermia jako głośny tytuł wydawała się naturalnym wyborem. Trochę trwało nim się do niej dobrałem.
OPIS:
Historia trzech pokoleń mężczyzn. Żołnierza maniaka seksualnego, jego syna miłośnika wielkich kotów i jedzenia, a także wnuka preparatora zwierząt, marzącego o nieśmiertelności.
Świry, penisy, zboczeńcy, flaki, rzygi, gówno, obrzydliwości. Mniej więcej tak można streścić ten film. Ja dałem radę obejrzeć pierwsze trzydzieści minut i uznałem, że wystarczy. I choćby nie wiem jakie wspaniałe walory miał ten film, to nie będę sobie rył psychiki.
Po pół godzinie nie powinienem zasadniczo się wypowiadać, ale coś tam widziałem, więc mogę pochwalić zdjęcia. Są naprawdę niezłe, ciekawe, nawet powiedziałbym innowacyjne. Tak jak w przypadku wspomnianej wyżej Czkawki widać, że Palfi wnosi do kina węgierskiego świeżość. Tym razem mnie obrzydził, ale spróbuję jeszcze innych jego filmów, bo potencjał facet ma spory.
Taxidermia, przynajmniej jej początek, ma też unikatowy klimat. Ponure otoczenie bohatera, bieda, wszechogarniające zepsucie, dobrze uzupełniają to zdjęcia, szare i ciemne, a także posępna muzyka. Wszystko to daje przygnębiający obraz i świadczy o sporych umiejętnościach reżysera i jego współpracowników.
To nie jest film dla każdego.
sobota, 27 września 2014
Krótkie info. In memoriam Miklós Jancsó - przegląd kina węgierskiego
Dla miłośników twórczości Jancsó podaję informację o przeglądzie jego filmów w łódzkim kinie Charlie w dniach 3-5 X b.r. Tutaj więcej info:
In memoriam Miklós Jancsó - przegląd kina węgierskiego
In memoriam Miklós Jancsó - przegląd kina węgierskiego
sobota, 6 września 2014
Dom pod czerwoną latarnią (Egy Erkölcsös éjszaka) 1977 reż. Károly Makk
Trochę tu ostatnio zaniedbałem Kociołek, bo było dużo pracy, wódy i innych zajęć. Żeby przerwać ten marazm podzielę się garścią wrażeń po ostatnim seansie Domu pod czerwoną latarnią.
Jak już mówiłem, miałem ostatnio sporo pracy, m.in. mam na myśli naukę węgierskiego. (Taaa, znowu zacząłem). Dla praktyki odpaliłem sobie właśnie Dom pod czerwoną latarnią Károlya Makka (wcześniej z jego filmów oglądałem Miłość i Inne spojrzenie) w oryginale. Nieskromnie powiem, że udało mi się zrozumieć większość dialogów, aczkolwiek z braku całkowitej pewności nie podejmę się zrecenzowania fabuły, by nie wyjść przypadkiem na głąba :D
Cserhalmi jak zawsze świetny. Wykreował postać ciekawą i z fantazją, bo i w sumie który facet by nie chciał mieszkać z dziwkami w burdelu, a resztę czasu spędzać na piciu i grze w karty :D :D
Scenografie, rekwizyty i kostiumy są całkiem niezłe i pozwalają na chwilę przenieść się do XIX wieku, choć trochę to wszystko upiorne, sam nie wiem, może za sprawą pracy operatora. Obraz w każdym razie jest dość ciemny i przytłumiony, a potęgują to tylko kolory otoczenia.
O fabule powiem tylko, że jest w stanie zainteresować, choć sporo tu dłużyzn. Jest i trochę humoru i trochę dramatu. W ogóle pomysł na szacowną matronę, która nieświadomie przesiaduje w burdelu z prostytutkami i dziwkarzami wydaje się całkiem zabawny :D Przy okazji polskie tłumaczenie tytułu jest może i ładne, ale bardziej trafny wydaje oryginalny: Moralna noc.
Kto zna węgierski temu polecam Dom pod czerwoną latarnią:
Jak już mówiłem, miałem ostatnio sporo pracy, m.in. mam na myśli naukę węgierskiego. (Taaa, znowu zacząłem). Dla praktyki odpaliłem sobie właśnie Dom pod czerwoną latarnią Károlya Makka (wcześniej z jego filmów oglądałem Miłość i Inne spojrzenie) w oryginale. Nieskromnie powiem, że udało mi się zrozumieć większość dialogów, aczkolwiek z braku całkowitej pewności nie podejmę się zrecenzowania fabuły, by nie wyjść przypadkiem na głąba :D
Cserhalmi jak zawsze świetny. Wykreował postać ciekawą i z fantazją, bo i w sumie który facet by nie chciał mieszkać z dziwkami w burdelu, a resztę czasu spędzać na piciu i grze w karty :D :D
Scenografie, rekwizyty i kostiumy są całkiem niezłe i pozwalają na chwilę przenieść się do XIX wieku, choć trochę to wszystko upiorne, sam nie wiem, może za sprawą pracy operatora. Obraz w każdym razie jest dość ciemny i przytłumiony, a potęgują to tylko kolory otoczenia.
O fabule powiem tylko, że jest w stanie zainteresować, choć sporo tu dłużyzn. Jest i trochę humoru i trochę dramatu. W ogóle pomysł na szacowną matronę, która nieświadomie przesiaduje w burdelu z prostytutkami i dziwkarzami wydaje się całkiem zabawny :D Przy okazji polskie tłumaczenie tytułu jest może i ładne, ale bardziej trafny wydaje oryginalny: Moralna noc.
Kto zna węgierski temu polecam Dom pod czerwoną latarnią:
środa, 30 lipca 2014
Szatańskie tango (Sátántangó) 1994 reż. Béla Tarr
Siedmiogodzinny film, huh... na raty musiałem oglądać, zresztą tak jak sobie to zaplanował Bela Tarr. To będzie kolejna z tych ciężkich recenzji, że aż chyba ograniczę się do garści luźnych przemyśleń. Będą spojlery.
OPIS:
Biedna węgierska wioska, jest miejscem z którego próbuje się wyrwać grupa wykolejeńców z kradzionymi pieniędzmi. Czekając na podział łupu oddają się pijaństwu i drobnym niegodziwościom. Jednocześnie czekają na nadejście Mesjasza, tajemniczego Irimiasa, przed którym czują respekt, a który ma zapewnić im lepsze życie.
Dawno żaden film mnie tak nie zasmucił i przygnębił. Akcja rozgrywa się głównie w biednej wsi, gdzie nikt nie ma pracy, domy się sypią, a zamiast dróg wszędzie jest błoto. By jeszcze pogłębić ten przygnębiający widok cały czas pada deszcz. Jest zimno, mokro, brzydko i śmierdząco i niemal czuć to wszystko oglądając ten film.
Bohaterami jest zgraja degeneratów, bez ambicji i wielkich potrzeb. Ludzi niemal zdziczałych, którzy potrzebują się nachlać, przelecieć żonę sąsiada i zapchać kichę paprikas krumpli. Przyznać trzeba, że pasują znakomicie do swojego środowiska.
Tutaj nie ma zmiłuj, zepsucie dotyka wszystkich. Nawet mała dziewczynka, na pozór niewinna, okazuje się sadystką, co budzi jednocześnie przerażenie, ale i żal jak takie małe dziecko mogło zostać spaczone przez patologiczne otoczenie.
Długie ujęcia pozwalają wczuć się w aktualną sytuację bohaterów, więc gdy idą drogą w deszczu to my idziemy razem z nimi i tak długimi minutami, czasem w milczeniu. Innym razem poznajemy codzienne życie bohaterów, siedzących na stołku w kuchni i gapiących się w ścianę, od czasu do czasu rzuciwszy jakąś miałką uwagę, albo i nawet nie. Ten czas marazmu daje też możliwość głębszego przemyślenia ukazanych przez twórcę problemów.
Główny punkt ciężkości tego filmu to poukrywane metafory, alegorie i symbole, niestety tym razem jest to ponad moje siły. Tarr pokazuje straszne zepsucie, nie dają przy tym nadziei, że może być lepiej.
A tak poza tym jak zawsze jest czarno-biało i naprawdę ciężko przechwalić niesamowite zdjęcia, a to robota Gábora Medvigy'ego. A do tego muzyka, którą jak to u Tarra skomponował Mihály Vig, świetnie pasuje do tego przygnębiającego klimatu.
To chyba film jedyny w swoim rodzaju, przy okazji mocno naznaczony piętnem Tarra, więc jeśli ktoś lubi jego filmu, to Szatańskie tango na pewno mu się spodoba, aczkolwiek jest to dość ciężki film.
OPIS:
Biedna węgierska wioska, jest miejscem z którego próbuje się wyrwać grupa wykolejeńców z kradzionymi pieniędzmi. Czekając na podział łupu oddają się pijaństwu i drobnym niegodziwościom. Jednocześnie czekają na nadejście Mesjasza, tajemniczego Irimiasa, przed którym czują respekt, a który ma zapewnić im lepsze życie.
Dawno żaden film mnie tak nie zasmucił i przygnębił. Akcja rozgrywa się głównie w biednej wsi, gdzie nikt nie ma pracy, domy się sypią, a zamiast dróg wszędzie jest błoto. By jeszcze pogłębić ten przygnębiający widok cały czas pada deszcz. Jest zimno, mokro, brzydko i śmierdząco i niemal czuć to wszystko oglądając ten film.
Bohaterami jest zgraja degeneratów, bez ambicji i wielkich potrzeb. Ludzi niemal zdziczałych, którzy potrzebują się nachlać, przelecieć żonę sąsiada i zapchać kichę paprikas krumpli. Przyznać trzeba, że pasują znakomicie do swojego środowiska.
Tutaj nie ma zmiłuj, zepsucie dotyka wszystkich. Nawet mała dziewczynka, na pozór niewinna, okazuje się sadystką, co budzi jednocześnie przerażenie, ale i żal jak takie małe dziecko mogło zostać spaczone przez patologiczne otoczenie.
Długie ujęcia pozwalają wczuć się w aktualną sytuację bohaterów, więc gdy idą drogą w deszczu to my idziemy razem z nimi i tak długimi minutami, czasem w milczeniu. Innym razem poznajemy codzienne życie bohaterów, siedzących na stołku w kuchni i gapiących się w ścianę, od czasu do czasu rzuciwszy jakąś miałką uwagę, albo i nawet nie. Ten czas marazmu daje też możliwość głębszego przemyślenia ukazanych przez twórcę problemów.
Główny punkt ciężkości tego filmu to poukrywane metafory, alegorie i symbole, niestety tym razem jest to ponad moje siły. Tarr pokazuje straszne zepsucie, nie dają przy tym nadziei, że może być lepiej.
A tak poza tym jak zawsze jest czarno-biało i naprawdę ciężko przechwalić niesamowite zdjęcia, a to robota Gábora Medvigy'ego. A do tego muzyka, którą jak to u Tarra skomponował Mihály Vig, świetnie pasuje do tego przygnębiającego klimatu.
To chyba film jedyny w swoim rodzaju, przy okazji mocno naznaczony piętnem Tarra, więc jeśli ktoś lubi jego filmu, to Szatańskie tango na pewno mu się spodoba, aczkolwiek jest to dość ciężki film.
Etykiety:
1994,
Béla Tarr,
bieda,
degeneracja,
Filmy.,
László Krasznahorkai,
mihaly vig,
najdłuższy film,
patologia,
recenzja,
Sátántangó,
siedem godzin,
szatańskie tango,
węgierski,
zepsucie
niedziela, 25 maja 2014
Cisza i krzyk (Csend és kiáltás) 1967 reż. Miklós Jancsó
Oglądałem z angielskimi napisami, więc pewnie nie wszystko wyłapałem/zrozumiałem.
OPIS:
Rok 1919. Po obaleniu Węgierskiej Republiki Rad nowe władze rozprawiają się z ludźmi komunistycznego reżimu. Na gospodarstwie pośród węgierskiej puszty przebywa dwóch byłych żołnierzy armii rewolucyjnej. Istvan ukrywa się za wiedzą dowódcy żandarmerii, Karoly zaś jest przez niego maltretowany psychicznie, dodatkowo otruwa go żona chcąc pozbyć się niewygodnego ciężaru.
Podobnie jak w Desperatach i Gwiazdach na czapkach Jancsó po raz kolejny umieszcza akcję w trakcie zawirowań dziejowych związanych z rewolucją. Tym razem jednak bohater nie jest zbiorowy, a są to jednostki, z którymi dużo lepiej się zapoznajemy. Nie widać też walk ani buntu, dalej obserwujemy okrucieństwo władz, ale już nikt nie stawia oporu, ofiary poddają się.
Oglądamy obraz zupełnego zepsucia. Przedstawiciele władzy pastwią się nad przegranymi. Kobiety oddają się żandarmom, by ratować swego krewnego, a jednocześnie są na tyle fałszywe, że podtruwają jego i matkę, by jak najszybciej pozbyć się kłopotu. Okoliczni chłopi odmawiają ofiarom pomocy, bo chcą mieć spokój. Całość tworzy naprawdę straszny obraz.
Klimatu fabuły dopełniają surowe plenery i zdjęcia. Wszechogarniająca pustka i przestrzeń, na której znikąd widzieć ratunku, ani nie ma szans uciekać. Do tego jak zawsze liczne dalekie plany dodatkowo pokazujące jak nikła jest jednostka wobec otoczenia.
Raz jeszcze mamy naprawdę świetne aktorstwo, szczególnie biorąc pod uwagę tak niełatwe role. Pojawia się cała plejada znanych już nam gwiazd: Zoltán Latinovits, András Kozák, Mari Törõcsik, János Koltai i József Madaras.
I chociaż ofiarami są żołnierze komunistyczni, którzy nie powinni zasługiwać na litość, to można na nich spojrzeć łaskawszym okiem, jako na tych, którzy chcieli dobrze, nie wiedząc do czego doprowadzą rządy czerwonych na Węgrzech.
Ciszę i krzyk serdecznie polecam.
I jeszcze jedna rzecz, której nie mogło zabraknąć w przypadku Jancsó:
![]() |
| Są i cycki :D |
poniedziałek, 19 maja 2014
C.K. Dezerterzy [książka + film]
Tym razem zarówno książka jak i film będą polskie, ale związane tematycznie z Węgrami.
Po C. K. Dezerterów Kazimierza Sejdy sięgnąłem w bibliotece przypadkiem i uznałem, że faktycznie mam ochotę na coś lżejszego. Od razu też zaplanowałem sobie, że po książce zobaczę adaptację filmową.
Podobnie jak w Szwejku i tutaj możemy z bliska przyjrzeć się Monarchii Austro-Węgierskiej i jej siłom zbrojnym. Dezerterzy jednak są napisani w o wiele ciekawszy sposób, a bohaterowie zdają się być ludźmi z krwi i kości, a nie jak u Haska z papieru. I chociaż to cienka książka to przepełniona jest samą treścią, bez lania wody i niepotrzebnych opisów.
Otrzymujemy obraz ciemnej strony sił zbrojnych Austro-Węgier, wojska w dużej mierze zdemoralizowanego, dowodzonego przez tępych lub twardogłowych dowódców i wymęczonego po latach wojny. To też świetny przekrój przez wielonarodowość państwa Habsburgów.
Historia przedstawiona jest z humorem, bazując na najciekawszych przypadkach z życia autora. Całość zgrabnie zebrana do kupy czyta się lekko, łatwo i przyjemnie. I chociaż komiczne sytuacje są opowiedziane z jajem to w sposób nieordynarny.
Film zawiódł mnie kompletnie, to zlepek luźnych scenek z książki. Twórcy mnóstwo wątków wycięli, w innych poczynili zmiany, a całość sklecili w sposób sztuczny. Dobrze że byłem świeżo po lekturze, bo pomogło mi to zrozumieć wiele wątków, a inne w nieświadomy sposób sobie dopowiedzieć. I mimo iż całość trwa trzy godziny, to nijak się ma do swojego pierwowzoru, wytraciwszy połowę komicznych scen i nie zachowawszy specyficznego klimatu powieści. To taka nudna i przydługa historia poprzetykana od czasu do czasu jakimiś śmiesznymi tekstami lub sytuacjami.
Co do obsady również kiepściutko. Kondrat widać, że się starał ale średnio mu to w moim odczuciu wyszło, Zborowski już lepiej, ale to nie ten Haber, którego poznałem z papierowych stronic. A pozostali... jakoś tak mdławo wypadli.
Podsumowując książkę polecam obowiązkowo, bo to kawał dobrej, lekkiej, ale i wartościowej literatury. Co do filmu zaś... szkoda gadać.
Po C. K. Dezerterów Kazimierza Sejdy sięgnąłem w bibliotece przypadkiem i uznałem, że faktycznie mam ochotę na coś lżejszego. Od razu też zaplanowałem sobie, że po książce zobaczę adaptację filmową.
Podobnie jak w Szwejku i tutaj możemy z bliska przyjrzeć się Monarchii Austro-Węgierskiej i jej siłom zbrojnym. Dezerterzy jednak są napisani w o wiele ciekawszy sposób, a bohaterowie zdają się być ludźmi z krwi i kości, a nie jak u Haska z papieru. I chociaż to cienka książka to przepełniona jest samą treścią, bez lania wody i niepotrzebnych opisów.
Otrzymujemy obraz ciemnej strony sił zbrojnych Austro-Węgier, wojska w dużej mierze zdemoralizowanego, dowodzonego przez tępych lub twardogłowych dowódców i wymęczonego po latach wojny. To też świetny przekrój przez wielonarodowość państwa Habsburgów.
Historia przedstawiona jest z humorem, bazując na najciekawszych przypadkach z życia autora. Całość zgrabnie zebrana do kupy czyta się lekko, łatwo i przyjemnie. I chociaż komiczne sytuacje są opowiedziane z jajem to w sposób nieordynarny.
Film zawiódł mnie kompletnie, to zlepek luźnych scenek z książki. Twórcy mnóstwo wątków wycięli, w innych poczynili zmiany, a całość sklecili w sposób sztuczny. Dobrze że byłem świeżo po lekturze, bo pomogło mi to zrozumieć wiele wątków, a inne w nieświadomy sposób sobie dopowiedzieć. I mimo iż całość trwa trzy godziny, to nijak się ma do swojego pierwowzoru, wytraciwszy połowę komicznych scen i nie zachowawszy specyficznego klimatu powieści. To taka nudna i przydługa historia poprzetykana od czasu do czasu jakimiś śmiesznymi tekstami lub sytuacjami.
Co do obsady również kiepściutko. Kondrat widać, że się starał ale średnio mu to w moim odczuciu wyszło, Zborowski już lepiej, ale to nie ten Haber, którego poznałem z papierowych stronic. A pozostali... jakoś tak mdławo wypadli.
Podsumowując książkę polecam obowiązkowo, bo to kawał dobrej, lekkiej, ale i wartościowej literatury. Co do filmu zaś... szkoda gadać.
Etykiety:
1985,
1986,
armia,
Austro-Węgry,
C.K. Dezerterzy,
dezerterzy,
Filmy.,
I wojna światowa,
Janusz Majewski,
Kazimierz Sejda,
Książki.,
łazik,
patologia,
pijaństwo,
recenzja,
ucieczka,
wojsko
wtorek, 29 kwietnia 2014
Hanussen 1988 reż. István Szabó
Długo czekałem, aż będzie gdzieś dostępny Hanussen z tłumaczeniem, ale w końcu się doczekałem :) Film ten należy, obok Mefista i Pułkownika Redla, do trylogii europejskiej Szabó. Raz jeszcze spotykamy znanego nam już Brandauera, a przy nim plejadę polskich gwiazd, m.in.: Bajor, Szapołowska, Kownacka, czy Błaszczyk.
OPIS:
I wojna światowa. Plutonowy Schneider zostaje ranny w czasie walk i trafia do szpitala. Tam pewien psycholog odkrywa jego talent hipnotyzerski i umiejętność czytania ludziom w myślach, wkrótce dochodzi do tego dar jasnowidzenia. Już po wojnie, Schneider z pomocą swojego byłego dowódcy kapitana Nowotnego rozpoczyna karierę sceniczną. Przybiera też pseudonim Hanussen.
Fabuła nie jest porywająca, a wręcz przeciwnie - wlecze się niczym flaki z olejem. Ogląda się przyjemnie i z zainteresowaniem, w dużej mierze dlatego, że brak dynamiki rekompensuje ciekawy obraz Europy tamtych lat. Te plenery, scenografie, kostiumy, jest na czym oko zawiesić, jeśli ktoś interesuje się okresem międzywojennym.
Losy tytułowego Hanussena toczą się w podobny sposób niemal przez cały film. Zaskakuje on coraz to szersze grona ludzi, trafiając na coraz bardziej wymagającą publiczność i wysoko postawione persony. Ciągle też pojawiają się te same dylematy i problemy. Hanussen nie przerwanie robi swoje, co momentami przynosi mu korzyści, a momentami kłopoty. Dopiero widmo nazistów na horyzoncie zwiastuje ostateczną katastrofę.
Jeśli ktoś jest zainteresowany w temacie hipnozy, czytania w myślach, iluzji czy jasnowidzenia, to myślę, że spodoba mu się ten film.
Podobnie jak w Mefisto i tutaj oglądamy jak główny bohater zaczyna powoli zaplątywać się w sieci nazistów. Bo chociaż on sam nie jest zainteresowany polityką, to jednak politycy są bardzo zainteresowani nim i póki działa na ich korzyść może zakosztować lepszego życia i sławy. Przy okazji tego wątku widzimy dojście Hitlera do władzy i obraz niemieckiego społeczeństwa w tamtych burzliwych latach.
Polecam zobaczyć, bo film ma w sobie pewien klimat. Tak jak wspominałem przy okazji Medium, dzisiaj już filmowcy nie potrafią pokazać przedwojnia w ten sposób.
OPIS:
I wojna światowa. Plutonowy Schneider zostaje ranny w czasie walk i trafia do szpitala. Tam pewien psycholog odkrywa jego talent hipnotyzerski i umiejętność czytania ludziom w myślach, wkrótce dochodzi do tego dar jasnowidzenia. Już po wojnie, Schneider z pomocą swojego byłego dowódcy kapitana Nowotnego rozpoczyna karierę sceniczną. Przybiera też pseudonim Hanussen.
Fabuła nie jest porywająca, a wręcz przeciwnie - wlecze się niczym flaki z olejem. Ogląda się przyjemnie i z zainteresowaniem, w dużej mierze dlatego, że brak dynamiki rekompensuje ciekawy obraz Europy tamtych lat. Te plenery, scenografie, kostiumy, jest na czym oko zawiesić, jeśli ktoś interesuje się okresem międzywojennym.
Losy tytułowego Hanussena toczą się w podobny sposób niemal przez cały film. Zaskakuje on coraz to szersze grona ludzi, trafiając na coraz bardziej wymagającą publiczność i wysoko postawione persony. Ciągle też pojawiają się te same dylematy i problemy. Hanussen nie przerwanie robi swoje, co momentami przynosi mu korzyści, a momentami kłopoty. Dopiero widmo nazistów na horyzoncie zwiastuje ostateczną katastrofę.
Jeśli ktoś jest zainteresowany w temacie hipnozy, czytania w myślach, iluzji czy jasnowidzenia, to myślę, że spodoba mu się ten film.
Podobnie jak w Mefisto i tutaj oglądamy jak główny bohater zaczyna powoli zaplątywać się w sieci nazistów. Bo chociaż on sam nie jest zainteresowany polityką, to jednak politycy są bardzo zainteresowani nim i póki działa na ich korzyść może zakosztować lepszego życia i sławy. Przy okazji tego wątku widzimy dojście Hitlera do władzy i obraz niemieckiego społeczeństwa w tamtych burzliwych latach.
Polecam zobaczyć, bo film ma w sobie pewien klimat. Tak jak wspominałem przy okazji Medium, dzisiaj już filmowcy nie potrafią pokazać przedwojnia w ten sposób.
Etykiety:
1988,
bajor,
biedrzyńska,
błaszczyk,
Filmy.,
Hanussen,
hipnoza,
hitler,
István Szabó,
jasnowidz,
kownacka,
naziści,
recenzja,
szapołowska,
telepatia,
trylogia środkowoeuropejska,
węgierski,
wróżbita
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)





















