To zbiór esejów, listów i zapisów z wykładów. Łączą je przemyślenia autora na temat emigracji, tożsamości, Holocaustu i totalitarnych dyktatur rządzących jeszcze nie tak dawno Europą. To całkiem ciekawe połączenie, a wątki te przeplatają się w wzajemnie w zamieszczonych tekstach.
Największy nacisk, Kertész swoim zwyczajem kładzie na Holocaust. Stawia ciekawą tezę, iż Holocaust nie miał nic wspólnego z antysemityzmem, dopatrując się czynnika sprawczego w upadku cywilizacji. Szuka tego przyczyn, zastanawiając się czy wpłynęło to na zmianę ludzkiej natury, czy może ta zmiana nastąpiła wcześniej i skutkiem tego doszło do tej tragedii. W osobnych rozważaniach próbuje nakreślić obraz Europy i świata po Auschwitz, a także jego wpływ na literaturę.
Całkiem słusznie stwierdza, że obozy koncentracyjne znane są współczesnym ludziom z książek i filmów, które przedstawiają to w różny sposób. Po wojnie temat był przemilczany w bloku wschodnim (ze względu na podobieństwo do Gułagu), by po 89 roku stać się towarem medialnym. To zjawisko sprawia, że nikt nie stara się zastanowić głębiej nad tematem i spróbować wczuć w sytuację ofiar. Przechodzimy nad tym do porządku dziennego. Podobnie jak nad tymi, którzy przeżyli.
I tak, obraz niemieckich obozów koncentracyjnych już się wykrystalizował w zbiorowej świadomości, a przynajmniej przybrał pewne ogólne wyobrażenie, różniące się szczegółami w zależności od książki czy filmu, który go podejmuje. Na obraz Gułagu zaś, trzeba jeszcze poczekać (tak autor pisał ponad dwadzieścia lat temu, ale myślę, że słowa te są nadal aktualne).
Sporo miejsca poświęca jest socjalizmowi, życiu w nim i piętnie jakie wywarł na wszystkich obywatelach. Kertész pisze głównie na własnym przykładzie, ale i my, Polacy którzy mamy podobne doświadczenia historyczne, możemy się identyfikować z tymi poglądami.
Zwraca szczególną uwagę na inteligencję i te jednostki spośród niej, które pomagały budować totalitarny ustrój (a część z tych osób lata później pomagała go burzyć). Zastanawia się nad spolegliwością wobec władzy, postawami opozycyjnymi, a także tymi poszukującymi kompromisu.
Wiele pisze o swojej tożsamości. Nie czuje się Węgrem, gdyż jest Żydem i doznał wielu krzywd ze strony swojej ojczyzny (państwo węgierskie szykanowało go latami i w końcu wysłało jako młodzieńca na śmierć), jednocześnie nie jest religijny, nie zna hebrajskiego i ma nikłe pojęcie na temat kultury i obyczajów żydowskich. Tym samym swojego miejsca nie upatruje w żadnym konkretnym kraju, ani wśród żadnego narodu, stawiając siebie "obok".
Podsumowując. To naprawdę świetna książka skłaniająca do wielu przemyśleń. Można się z autorem zgadzać lub nie, ale nie da się pozostać obojętnym na jego słowa. Napisana w sposób niezwykle wciągający i lekki, mimo niełatwych tematów. I chociaż teksty pochodzą sprzed 10-20 lat, to nadal nie straciły na aktualności.
To już drugi film Béli Tarra, który obejrzałem. Pierwszym było Potępienie (Kárhozat) z 1988 roku i oczarowało mnie ono zupełnie. W związku z tym po kolejne dzieło tego reżysera sięgnąłem ze szczerą chęcią.
Ciężko mi pisać tę recenzję nie spojlerując, i nie mam tu na myśli zdradzania pojedynczych wątków czy zarysów, a interpretację filmu minuta po minucie. Obejrzałem całość dokładnie, analizując poszczególne sceny, ujęcia, gesty aktorów, dialogi i postępowanie. Na każdym kroku natykamy się na jakąś alegorię lub symbol i każdy z nich (przynajmniej te które wykryłem) mógłbym i chciałbym przedstawić i zinterpretować. Wiem jednak, że w przypadku wpisu na bloga nie ma to sensu, więc postaram się ograniczyć do paru moim zdaniem najważniejszych elementów.
Do rzeczy! Film przedstawia wzajemne zależności między: społeczeństwem, władzami, inteligencją i ideologią totalitarną, w czasach gdy ta ostatnia wchodzi na scenę polityczną. Jak pisałem całość zawiera mnóstwo alegorii i symboli, których znaczenie (oglądając za pierwszym razem i bez ściągi) możemy odkryć dopiero w połowie filmu, kojarząc pewne fakty.
Na przykładzie małego miasteczka i jego mieszkańców, widzimy mechanizmy zachodzące w społeczeństwie w czasie zawirowań dziejowych, bądź kryzysu, gdy do władzy dochodzi dyktatura totalitarna.
W filmie miejscowość jest alegorią państwa pogrążonego w kryzysie (większość scen jest mroczna, panuje wyczuwalny marazm, widać biedę i pustkę, z rozmów bohaterów dowiadujemy się o coraz to nowych problemach). Przyjeżdża do niego cyrk z wielorybem (to system totalitarny) i Księciem (charyzmatyczny przywódca, dyktator), rozświetla on na chwilę ciemność i daje wrażenie czegoś świeżego i atrakcyjnego. Pobudza to ciekawość ludzi i powoli przyciąga ich. Nawet główny bohater Valuska, jest początkowo zafascynowany nowościami, a utożsamić można z nim inteligencję (jako jeden z niewielu w miasteczku, sprawia wrażenie wykształconego, reszta to "szary tłum").
W dużej mierze śledzimy tu poczynania przedstawicieli inteligencji w czasie narodzin totalitarnej dyktatury. Część jest nią zafascynowana, część nie chce się angażować, a są i tacy, którzy stają z nią do walki.
[Przy okazji: ten sam problem poruszony był w jednym z esejów Imre Kertésza, których zbiór zrecenzowałem w następnym wpisie.]
Jak na dłoni widzimy zmiany nastrojów społecznych. Początkowo szanowany Valuska, proszony był o objaśnianie pozostałym pewnych rzeczy (taniec Układu Słonecznego) i dostarczał informacje (roznosił gazety), by potem być przez tłum traktowany podejrzliwie, z pogardą, a nawet wrogo.
Jednocześnie z przybyciem cyrku, zaczęły się chuligańskie wybryki, między innymi wybijanie sklepowych szyb (tu skojarzenie z Nocą kryształową). Z biegiem czasu, tłum zaczął robić się agresywny. Valuska przestał być mile widziany, gdy kręcił się po placu i obserwował sytuację, zbierając informacje.
Zostawiwszy na chwilę tłum, mamy tu obraz skłóconej inteligencji, która dzieli się na dwa obozy: zwolenników (Valuska) i przeciwników cyrku (ciocia Tünde i komendant policji). Są jeszcze tacy, którzy wolą stać na uboczu (pan Eszter, w końcu jednak szantażem zmuszony do działania). Ten stan również przyczynia się do sukcesu Księcia, który zyskuje wśród tłumu coraz większą popularność, podczas gdy dawne elity nie są w stanie podjąć wspólnego działania. Jednocześnie w miasteczku jest coraz gorzej, brakuje węgla, nie wiadomo czy będzie prąd (czytaj: kryzys gospodarczy), szkoła i ratusz zostają zamknięte (czytaj: problemy administracyjne), pojawiają się kłopoty z transportem, słowem wszystko zaczyna się sypać. W takim momencie do władzy dochodzi Książe.
Policja nie jest w stanie utrzymać porządku (scena z pijanym komendantem w sypialni cioci Tünde). Przeciwnicy cyrku starają się za to zdobyć jakieś informacje o tłumie, który ciągle zbiera się w pobliżu wieloryba i Księcia, ale nie udaje się to (Valuska jest wzgardzony przez resztę - społeczeństwo ma już wyprane mózgi i nie chce słuchać nikogo poza przywódcą).
Kiedy napięcie sięga zenitu, na rozkaz Księcia tłum rusza niszczyć miasto. Szaleństwu dają się porwać niemal wszyscy. Opamiętanie przychodzi niespodziewanie, gdy zdemolowawszy szpital i pobiwszy większość pacjentów, napastnicy trafiają na bezbronnego staruszka w łazience i sumienie nie pozwala im go skrzywdzić. To bardzo optymistyczny akcent, można wnioskować, że reżyser wierzy jednak w drzemiące gdzieś w naturze człowieka dobro i resztki przyzwoitości (a może tak było w książce i nie chciał odchodzić od oryginału? nie wiem).
Po tym zdarzeniu, tłum zaczyna się rozchodzić i ze spuszczonymi głowami wraca do domu. Z ukrycia obserwuje ich Valuska, przerażony tym co zaszło, a czym przecież sam był zafascynowany.
Na drugi dzień w miasteczku pojawia się wojsko. Jest z nim ciocia Tünde, która okazuje się zwyciężczynią, gdyż na całej awanturze zyskała, odzyskując dawną pozycję (wraca do domu i zmusza do przeprowadzki pana Eszter, który wcześniej pozbył się jej). Valuska zaś musi uciekać, gdyż staje się wrogiem publicznym. Ta końcowa sekwencja znakomicie obrazuje efekty rewolucji i decyzji przed którymi stawia ona ludzi, czy tego chcą czy nie.
To tylko kilka faktów i interpretacji, a jak zaznaczyłem na początku, film aż roi się od ukrytych znaczeń i całość posiada drugie dno. Nie sposób jednak wyliczyć, a i po co? Niech każdy ma trochę radości.
Podobnie jak w Potępieniu i tu mamy nastrojową muzykę Mihálya Víga, która idealnie dopełnia obraz.
Zapraszam do dyskusji w komentarzach wszystkich, którzy widzieli ten film i chcieliby na coś zwrócić uwagę, bądź nie zgadzają się z moimi opiniami.
Otwarcie odbyło się parę minut po godzinie 17. Liczbę gości można oszacować na trzydzieści osób, co jak na nasze warunki można określić dobrym wynikiem.
Wernisaż otwierała pani Dyrektor Barbara Kurowska i kurator Mariusz Jarząbek. Niestety z powodu problemów technicznych nie udało mi się zarejestrować przemowy, którą wygłosili na początek, ale z pamięci mogę przytoczyć, że odnosiła się ona do obecnej sytuacji węgierskiej kinematografii, która jest już nieco zapomniana i nie ma siły przebicia przez zalewające nas produkcje z Hollywood.
Całość zrobiona dużym nakładem sił i na sporej powierzchni wystawienniczej. Wśród zbiorów można było ujrzeć prawdziwe perełki, jak np. polski plakat do Ciszy i krzyku, czy czeski do Ożywczych wiatrów. Towarzyszy jej przegląd filmów Jancsó i Szabó w muzealnym kinie Kinematograf.
Tutaj parę zdjęć, robionych już na spokojnie, gdy tłum przeszedł. Przepraszam za marną jakość, ale fotografem nie jestem.
Z urlopu na Węgrzech wróciłem co prawda już miesiąc temu, ale dopiero teraz zebrałem się na napisanie tego tekstu. Jak blog o kulturze, to o gotowaniu czasem musi być :) Mój krótki pobyt w sercu Węgier, dostarczył mi kolejnych "wrażeń" i zachwytów nad węgierską kuchnią.
O wszechobecnej papryce wiedzą wszyscy, więc ten wątek sobie odpuszczę.
Szczególnie zaskoczyła mnie kawa. Wiedziałem że Węgrzy piją ją w malutkich kubeczkach/filiżaneczkach (50-100 ml) i że jest mocna, ale zetknięcie się z tym jednak trochę mnie zdziwiło. Ja nie mogłem zrozumieć jak Węgrzy mogą się zadowolić, takim jednym łykiem (powiedziałem im, że u nas, z naczyń takiej pojemności to się wódkę pije), a oni nie mogli pojąć dlaczego po wypiciu już trzeciej "kawy" idę po następną. Druga rzecz, że niektórzy tam dużo słodzą i gdy piszę "dużo" to mam na myśli np. kawę z cukrem w proporcji 50/50.
Z herbatą za to na odwrót. Wrzucają jedną torebkę na cały dzbanek, a do tego dużo cytryny. Wychodzi napój herbatopodobny.
O kolejne zdziwienie przyprawiła mnie zupa pomidorowa, którą dostałem w restauracji. Była tak niesamowicie słodka, że zażartowałem do kolegi, czy aby cukru do niej nie sypią. Na co on, zupełne naturalnie odpowiedział, że i owszem, parę łyżek (!) na garnek, a tak w ogóle to co mnie w tym śmieszy...
Potem było jeszcze ciekawiej, widziałem między innymi jak się je arbuza z chlebem. Do teraz jednak nie wiem, czy to zjawisko masowe, czy byłem jedynie świadkiem pewnej anomalii :D
To co my w Polsce nazywamy gulaszem tam jest pörköltem, a gulasz (gulyás) zaś to zupa. Jeśli jesteśmy przy ich zupach, to wiele z nich bazuje na podobnej zasadzie: papryka, mięso (wołowe, nie jak u nas wieprzowe) i ziemniaki. Zależnie od wykorzystanych innych składników, można uzyskać odmienne dania.
Do zup często wciskają paprykę z tubki lub inne "pasty smakowe", których mają od groma (czosnkowa, do gulaszu, z czerwonej cebuli...). Wszystkie te przyprawy dodają daniu mocy. Podobnie jak wkrajanie ostrej papryki, która momentalnie traci w zupie moc, ale sprawia że całość staje się pikantniejsza.
Bardzo polubiłem węgierskie kiełbasy. Szczególnie suchą, zaprawianą papryką, która ma w środku piękny czerwony kolorek i niesamowity smak. Niestety zapomniałem nazwy.
Kończąc chciałbym jeszcze ponarzekać na piwo. No cóż, mówiąc bez ogródek: szczyny. Węgrzy mają ledwie kilka browarów, które wypuszczają na rynek zaledwie parę sikaczy, porównywalnych do naszych koncerniaków. Resztę piwa ściągają z Austrii i Niemiec. Nie jest ono u nich zbyt popularne i chyba przez jakiś czas nie będzie. Ja w czasie swojego pobytu starałem się każdorazowo pić coś innego i niestety ani jedno piwo nie przypadło mi do gustu (austriackie i niemieckie tez smakowały jak jakieś siurki).
Wbrew temu co mówią niektórzy dzisiejsi turyści dawniej jeżdżący na Węgry, handel arbuzami przy drogach nie zniknął - trzeba tylko pojechać na głęboką wieś, gdzie czas się zatrzymał ;)
Jako że blog poświęcony jest węgierskiej kulturze, to i warto napisać coś o bieżących wydarzeniach.
12 września (czwartek) w Muzeum Kinematografii w Łodzi, odbędzie się otwarcie wystawy "Węgierskie spojrzenie", poświęconej twórczości Miklósa Jancsó i Istvána Szabó. Towarzyszyć jej będzie zaczynający się już 10 września przegląd ich filmów.
Bohaterem tej książki jest... zmarły. To B., urodzony w Aushwitz pisarz, który popełnił samobójstwo jeszcze przed rozpoczęciem się akcji powieści. To z kolei stało się impulsem dla jego przyjaciela, redaktora Keserű, do podjęcia poszukiwań napisanej przed śmiercią ostatniej "wielkiej" powieści B. Wraz z postępami w swoim prywatnym śledztwie, Keserű odkrywa mroczne tajemnice przeszłości.
Likwidacja to książka wyjątkowa. Łączy w sobie elementy kryminału i powieści psychologicznej. Napisana jest w sposób przemyślany i złożony. Wraz z biegiem akcji i kolejnymi odkryciami Keserű (który ma obsesję na punkcie twórczości B.) powoli odkrywamy coraz to nowe fakty z życia B. Jednocześnie mnożą się zagadki i niejasności, na których rozwiązanie musimy czekać.
Sam pomysł na fabułę nie jest porywający, ale Kertész przedstawił ją w taki sposób, że wciąga i nie pozwala się oderwać od czytania. Intryga jest skonstruowana tak, że cały czas trzyma czytelnika w niepewności i nasuwa kolejne pytania.
Całość skłania do refleksji nad sensem życia. Można jak Keserű żyć obsesją na punkcie innego człowieka, czy też jak B., spełnienie widzieć jedynie w autodestrukcji, ale jest jeszcze droga, którą wybrała między innymi Judit - odnaleźć szczęście.
To obraz tego jak ludzie sami się wykańczają, tak jak B., który urodził się w Auschwitz i czuł jego piętno przez resztę życia, poświęcając wszystkie siły w poszukiwaniu odpowiedzi napytanie: czemu do tego doszło. Stało się to jego obsesją, nie pozwalając mu normalnie żyć i odnaleźć szczęścia, a właściwie to on sam sobie na to nie pozwolił. W moim odczuciu ten wątek został poprowadzony po mistrzowsku. Za to temat Auschwitz był już podejmowany w literaturze tyle razy, że niczym nas tu Kertész nie zaskakuje, stwierdzając, że nie ma na to wyjaśnienia i odpowiedzi.
Chciałbym Wam przedstawić i zwięźle opisać trzy książki, po które sięgam najczęściej szukając informacji na temat węgierskich filmów.
1. Historia filmu węgierskiego István Nemeskürty
Książka daje całkiem dobry obraz historii filmu na Węgrzech od końca XIX wieku po lata 70' wieku XX. Niestety autor jest dość stronniczy i wyraźnie faworyzuje filmy powstałe w okresie komunistycznym (Węgierska Republika Rad 1919 i WRL po drugiej wojnie światowej) jednocześnie deprecjonując produkcje okresu międzywojennego w sposób pozornie obiektywny i merytoryczny, lecz z okazywaną przy tym wrogością do prawicowych władz i "burżuazyjnej" tematyki filmów. To pozostawia trochę niesmak i stawia wartość książki pod znakiem zapytania. Czy autor pisał to z przekonania? A może był zmuszony działać pod cenzurę?
Zalecam podchodzić do tej pozycji ostrożnie i sceptycznie.
2. Film węgierski w PolsceA. Horoszczak, A. M. Rutkowski
To chyba moja ulubiona książka. Zawiera opisy i komentarze do najważniejszych filmów węgierskich lat 60' i 70'. Pozycja bardzo przydatna dla każdego miłośnika filmu węgierskiego.
3. Złota Era kina węgierskiegopod redakcjąRoberta Kardzisa i Jana Topolskiego
To zbiór esejów poświęconych węgierskim filmom lat 60' i 70'. Dają one dużo świeższe spojrzenie, niż wyżej wymienione książki, jednocześnie nieco bardziej ogólne. Polecam jako literaturę dodatkową i uzupełniającą do Filmu węgierskiego w Polsce.
W swojej bibliotece mam jeszcze kupioną w czasie urlopu na Węgrzech książkę 303 węgierskie filmy, które powinieneś zobaczyć zanim umrzesz (303 magyar film, amit látnod kell, mielőtt meghalsz)Bori Erzsébet, Turcsányi Sándor. Mój węgierski nie pozwala jeszcze przeczytać tej książki, lecz przypomina ona w formie Film węgierski w Polsce, będąc zbiorem opisów i komentarzy do poszczególnych filmów - tutaj wybranych z całej węgierskiej kinematografii od 1916 po 2005 rok.