Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 5 listopada 2013

Miłość (Szerelem) 1971 reż. Károly Makk

   Na początku zirytował mnie nietypowy montaż. Z głównej bohaterki kamera przeskakiwała na chwilę na zbliżenia wyposażenia pokoju, ale i nie tylko. Ta seria migawek nie miała dla mnie sensu i uznałem, że twórca chciał sobie poeksperymentować. Z biegiem czasu zabieg ten okazał się celowy, w ten pomysłowy sposób twórcy uzupełniali narrację, przekazując widzowi dodatkowe, początkowo okryte tajemnicą fakty.

   Film opowiada historię młodej kobiety Luci, której mąż trafił do więzienia z 10 letnim wyrokiem (polityczny). W tym czasie opiekuje się ona jego starą i schorowaną matką, wmawiając jej, że syn wyjechał robić karierę w Hollywood. Aby zapewnić teściowej odpowiedni komfort życia i uwierzytelnić kłamstwa, wyprzedaje swój dobytek.

szerelem Károly Makk

   Relacja między kobietami zainteresowała mnie już od samego początku. Staruszka jest bardzo zrzędliwa co denerwuje synową, która odpowiada jej w zjadliwy sposób, by po chwili znów być życzliwą i pobłażliwą dla niej. Widać że kobiety łączy wyjątkowa więź, szczególnie zaangażowana jest Luca, która pomimo swojej ciężkiej sytuacji robi wszystko, by starszej pani niczego nie brakło. Powodowane jest to miłością i oddaniem do męża, ale i do samej teściowej.

   To bardzo złożone postacie i z tym większą przyjemnością obserwuje się ich relacje. Nawet do tych irytujących migawek można się przyzwyczaić, bo zawierają wiele wskazówek i objaśnień fabuły, uzupełniając to co mówią (lub czego nie mówią) kobiety. Staruszka zdaje się zdawać sobie sprawę, że synowa ją okłamuje, ale nie mówi tego wprost. Zresztą jako inteligentna i oczytana kobieta, nie mogłaby "kupić" wszystkich bzdur, które Luca wypisuje w spreparowanych listach od syna.

szerelem Károly Makk


   Urzeka wielkie poświęcenie Luci. Na starszą panią jednak trudno się gniewać za jej zrzędliwą postawę, widać że kocha ona synową, a i jej wiek oraz wychowanie usprawiedliwiają zachowanie. Co ciekawe, Luca przy całej tej ciężkiej sytuacji nie traci poczucia humoru i pozostaje dowcipna. Pokazuje to jej hart ducha i chociaż co jakiś czas załamuje się to zaraz się podnosi i dalej działa.

   Uzupełnieniem treści filmu są zdjęcia: ponure krajobrazy, zniszczonych ulic i domów, a także zła pogoda utrzymująca się przez cały czas.

   Poruszający jest obraz Jánosa przemierzającego Budapeszt po wyjściu z więzienia. Widać że wszystko jest dla niego zupełnym zaskoczeniem, zdezorientowany porusza się po mieście tak jakby był w nim pierwszy raz. Najtrudniejszym okazuje się spotkanie z żoną i wiadomość o śmierci matki. Mimo to film kończy się happy endem, bo chociaż bohaterowie stracili niemal wszystko (mieszkanie, majątek, matkę, zdrowie i czas) to widzą przed sobą perspektywę dalszego życia, a ich miłość triumfuje.

   Muszę przy okazji zaznaczyć, że film jest adaptacją noweli więziennej Tibora Déryego pod tym samym tytułem odnoszącej sie do wydarzeń 1956 roku, który Makk zamienił na początek lat 50', by ominąć cenzurę.

szerelem Károly Makk

sobota, 19 października 2013

Świadek (A Tanú) 1969 reż. Péter Bacsó

   Spodziewałem się nudnawego dramatu, a otrzymałem rewelacyjną filmową satyrę obnażającą absurdy systemu komunistycznego, a stalinizmu w szczególności.

   Akcja toczy się w okresie stalinizmu na Węgrzech. Film opowiada historię Józefa Pelikana, strażnika wałów, który pilnuje, by Dunaj nie wylał. Jest człowiekiem spokojnym, spolegliwym i prostodusznym. Jego życie zostaje wywrócone do góry nogami po tym jak pomaga znajomemu dygnitarzowi komunistycznemu i przypadkiem wychodzi na jaw, że nielegalnie ubija świnie. Na skutek tego trafia do więzienia i w łapy służby bezpieczeństwa, która ma wobec niego szczególne plany...



   Twórcy bez pardonu obnażają i wykpiwają wszelkie "wypaczenia" władzy. To nie drobne żarciki z pustych pólek w sklepach, jak u Barei. Péter Bacsó wywleka na światło dzienne dużo gorsze fakty: używanie przemocy przez milicję, kara śmierci za błahe wykroczenia, donosy i werbowanie agentów, łagry, wyroki wydawane jeszcze przed rozprawą, pokazowe rozprawy i wiele więcej. Aż nie chce się wierzyć, że odważył się na to, bo chociaż okres stalinowski został potępiony, ale wiele ofiar zrehabilitowanych, to jednak nie wydawało się bezpiecznym wyciągać wszelkich brudów. Szczęśliwie Bacsó nie spotkał los podobny do swojego bohatera Józefa Pelikana i dalej mógł kręcić filmy. Świadek jednak przez długie lata miał pozostać półkownikiem.

   Humor w tym filmie jest naprawdę niezły. Cały myk polega głównie na konfrontacji prostodusznego Pelikana ze skomplikowaną machiną służb bezpieczeństwa i biurokracji. Jego działania uwidaczniają wszelkie absurdy, wewnętrzne sprzeczności i łajdactwa systemu. Dodatkowego smaczku dodają plansze z ironicznymi komentarzami tekstowymi, co jakiś czas podsumowujące lub wyjaśniające fabułę.

Cytryna, czyli nowa, węgierska pomarańcza. Zagraliśmy na nosie imperialistom!

   Akcja postępuje szybko, fabuła jest ciekawa i zaskakująca, nie sposób przewidzieć czegokolwiek. Absurd goni absurd. Myślę że porównania do Barei, na które natrafiałem są zupełnie chybione, tutaj przedstawione są poważne problemy i historie, a mimo to całość ukazana z humorem. Główny bohater zaś do końca pozostaje beztroski i spokojny, nawet w obliczu największego zagrożenia.

   Szczególnie dwóch aktorów zabłysnęło w tym filmie: Ferenc Kállai grający Pelikana i Lajos Öze grający towarzysza Árpáda Virága. To ich duet i wzajemne oddziaływanie jest budulcem całego obrazu.



   Chciałbym przytoczyć fragment dialogu (niedokładnie, ale z zachowaniem sensu):
Towarzysz A.V: na czym się znacie?
J.Pelikan: na niczym.
T. A.V.: lubicie naszego wielkiego, mądrego wodza?
J.P.: pewno.
T.A.V.: to dacie sobie radę.
I tak Pelikan został dyrektorem pływalni.

Albo jeszcze takie wyjaśnienie dlaczego posadzili biletera:
"matka biletera była kochanką młynarza kułaka".

   Na koniec, z ciekawostek jeszcze powiem: zauważyłem, że w ogródku piwnym mężczyźni wyraźnie stuknęli się kuflami z piwem, co jest wbrew węgierskiemu obyczajowi.

   No i nie byłbym sobą gdybym nie wychwycił naszej Nyski na budapeszteńskiej ulicy. Z tym że jeszcze starego typu:








poniedziałek, 14 października 2013

Białe dłonie (Fehér tenyér) 2006 reż. Szabolcs Hajdu

   To historia młodego węgierskiego gimnastyka Miklósa Dongó, który jedzie do Kanady, by zająć się trenowaniem dzieci i młodzieży. Ostatecznie zostaje mu przydzielony nastoletni buntownik, który choć uzdolniony sprawia ogromne problemy. W końcu jednak Miklósowi udaje się znaleźć z nim wspólny język, a przy tym pokonać własne lęki. To jedna strona filmu, ale pokazywane jest też dzieciństwo Miklósa, kiedy zmuszany był do nadludzkiego wysiłku, przez rodziców przerzucających na niego swoje niezdrowe ambicje i trenera, który maltretował go psychicznie i fizycznie.


   Film jest świetnie zrealizowany i opowiada naprawdę mocną historię, która może poruszyć widza. Problem w tym, że temat jest wtórny. Zapewne po przeczytaniu powyższego krótkiego opisu skojarzyło Wam się kilka znajomych filmów. No właśnie, to jedyny mankament Białe dłonie nie mają czym nas zaskoczyć. Chore ambicje rodziców przenoszone na dzieci? Znamy. Trener sadysta, bezkarnie dręczący dzieciaki? Znamy. Praca z trudną młodzieżą? Znamy. Powrót "na ring" po latach? Znamy. Długo mógłbym wymieniać. Niestety fabuła jest na wskroś przewidywalna.



   Czy powinno nas to zrażać? Niekoniecznie. Jak już napisałem film jest świetnie zrealizowany. Mimo iż nie występują w nim wielkie gwiazdy węgierskiego srebrnego ekranu, to do gry aktorskiej nie można się przyczepić. Całość jest dość surowa, ale taka ma właśnie być. Film ma klimat i nie nudzi. Dodatkowym smaczkiem jest to, że miłośnicy gimnastyki mogą nacieszyć oczy efektownymi wyczynami gimnastyków.

   Mnie do refleksji skłoniło zachowanie chłopaka, który mimo iż otoczenie robiło wszystko by obrzydzić mu gimnastykę, nie zrezygnował z tego i dalej ćwiczył. Często zadowalał w ten sposób rodziców, bądź trenera (który mimo wszystko go cenił), ale w rzeczywistości robił to tylko dla siebie i nawet bez wywieranej presji podnosiłby swoje umiejętności.


niedziela, 13 października 2013

Wróbelek Wili (Vili, a veréb) 1989 reż. József Gémes

   Na YouTube wyczaiłem... nie, nie, kłamię Was. Na Filmwebie wyczaiłem ten tytuł i próbowałem go znaleźć gdzieś po polsku. Bez skutku, chociaż polski plakat do filmu jest, więc i tłumaczenie kiedyś musiało powstać skoro to u nas grali. Nieważne. Zdecydowałem się oglądać w oryginale. I w tym momencie dochodzimy do YT :D

   Jestem pewien że lata temu to widziałem. Tylko gdzie? Na polskiej czy niemieckiej TV?

   Film opowiada historię dziesięcioletniego chłopca imieniem Wili, który marzy o tym by zostać myśliwym. "Przygotowując się" do tego znęca się nad swoim kotem i strzela z wiatrówki do wróbli. Świadkiem tego jest pewna starsza pani, która okazuje się... nazwijmy ją czarodziejką. Aby nauczyć Wiliego szacunku dla zwierząt zamienia go we wróbelka, niestety z braku magicznego proszku nie może dokończyć zaklęcia i wychodzi po nową puszkę specyfiku, zostawiają chłopca pod postacią ptaka samego. W tym momencie do akcji wchodzi mściwa kocica, a Wili musi uciekać, przy czym nie potrafi jeszcze latać. I tak zaczyna się jego budapeszteńska przygoda w czasie której pozna inne wróble, z którymi się zaprzyjaźni, a wśród nauczyciela imieniem Cipur, który nauczy go latać w zamian za naukę czytania.

   Fabuła jest prosta i pouczająca. Przygody Wiliego nie nudzą, można się przy nich zrelaksować i miło spędzić czas. Bo chociaż to przede wszystkim film dla dzieci, to myślę, że i dla dorosłych nie był by najgorszy, w każdym razie nie jedną hollywódzką szmirę bije na głowę.

   Kolejna sprawa to rewelacyjna kreska i kolory, wyglądają bardzo zachęcająco. Byłem pod wrażeniem przypomniawszy sobie naszego Bolka i Lolka czy Reksio (biorę już pod uwagę te późniejsze z końca lat 80'), które zawsze mnie i moich rówieśników odstraszały (nie mówcie, że nie, kiedy byłem mały niemal tylko to na dobranockę leciało, więc wiem co mówię).

   Film ma mocny przekaz moralizatorski i chociaż już dzisiaj wygląda trochę archaicznie, to myślę że dałby radę się obronić w oczach najmłodszych widzów.

   Na koniec wisienka na torcie. Znacie już to moje zboczenie: zawsze zwracam uwagę na polskie samochody w węgierskich filmach. Tym razem również udało mi się dwa złapać, chociaż w życiu nie spodziewałbym się rozpoznawalnie odwzorowanych polskich aut a kreskówce. A jeśli jesteśmy przy szczegółach, to miłośników Budapesztu powinno zainteresować, że akcja filmu toczy się właśnie w tym mieście i rewelacyjnie oddano jego topografię.

   Parę screenów:






piątek, 4 października 2013

Los utracony - Imre Kertész [recenzja książki]

   To moje drugie podejście do tej książki. Za pierwszym razem zrezygnowałem, bo zmęczył mnie styl narracji charakterystyczny dla piętnastolatka. Oczywiście rozumiałem, że to majstersztyk napisać dorosłemu w ten sposób książkę, ale mimo wszystko mnie to zmogło.

   Zaznaczę, że film mam już za sobą (recenzja ukaże się niedługo), czego trochę żałuję, bo nie chciałbym by rzutował on na moją opinię o pierwowzorze. Jeśli zapoznacie się z obiema wersjami to sami zobaczycie, że choć na pozór takie same, w rzeczywistości są różne. I wolałbym, żeby nie zakrzywiało to właściwego obrazu.

   Los utracony to opowieść o nastoletnim, budapeszteńskim Żydzie imieniem Gyurka (zdrobnienie). Pod koniec wojny chłopak trafia rok do obozu koncentracyjnego w Buchenwaldzie. Jako narrator sam opowiada o swoim życiu tam.

   Imre Kertész napisał tę powieść w oparciu o historię własnego życia - w 1944 roku, w wieku piętnastu lat został zesłany do Auschwitz, a następnie Buchenwaldu. Wydarzenia te odcisnęły piętno na całą resztę jego życia i wpłynęły na karierę pisarską, sprawiając że wszystkie siły twórcze poświęcił na pisanie o Holocauście i totalitaryzmach.

   Mi niestety książka nie przypadła do gustu. Nie pierwszy raz stykam się z literaturą obozową, ale pierwszy raz z pisaną w ten sposób. Narracja jest prowadzona w stylu piętnastolatka, początkowo to denerwuje, ale można się przyzwyczaić. Nie mogłem za to pogodzić się z naiwnością, podziwem i zrozumieniem głównego bohatera wobec oprawców, nawet w momentach gdy spotykała go krzywda. Niestety wydaje mi się to zupełnie nierealne, tym bardziej jak na prawie dorosłego chłopaka, który już swój rozum ma. I choć jest to ciekawy zabieg, który urozmaica książkę, mnie raz za razem odrzuca.

   Gdzieś w połowie powieści zaczyna się więcej narzekania, ale jest to nie adekwatne do skali okrucieństwa w około. Końcówka za to, napisana jest trochę niespójnie, musimy sięgać do innych źródeł by dowiedzieć się co się stało, gdyż Gyurka w swej świętej naiwności nie jest w stanie nam tego powiedzieć.

   Dobrze że nie ma patosu, ani nadmiaru martyrologii, ale brak emocji wydaje się być jeszcze gorszy. Raz za razem nasuwa mi się porównanie do Pięciu lat kacetu Grzesiuka. Tam przynajmniej czuło się autentyzm, a autor niejednokrotnie zaskakiwał poczuciem humoru, które nie opuszczało go w tych ciężkich chwilach.

   Zwykle w tym momencie "polecam" książkę, ale nie tym razem. Jeśli ktoś jest zainteresowany tematyką obozów koncentracyjnych znajdzie wiele lepszych dzieł.



wtorek, 1 października 2013

Czkawka (Hukkle) 2002 reż. György Pálfi

   Najchętniej zacząłbym te recenzję od jakiegoś porównania, niestety nic nie przychodzi mi do głowy.

   Czkawka to nietypowy kryminał. Na tle życia codziennego pewnej zapomnianej węgierskiej wsi pokazuje śledztwo prowadzone przez miejscowego policjanta w sprawie śmierci jednego z mieszkańców.

   Podobnie jak u Béli Tarra, fabuła jest tutaj zaszyfrowana, chociaż w inny sposób. György Pálfi przedstawia nam obraz biednej, lecz z pozoru spokojnej wsi, gdzie wszystko idzie swoim tempem, zdając się być niezmienne od lat.



   W zasadzie od początku do końca widzimy codzienne czynności i pracę mieszkańców. Film jest bez dialogów i zbędnych komentarzy, a mimo wszystko fabuła jest zrozumiała i logicznie poprowadzona. Na pierwszy rzut oka ujawniają się drobne łajdactwa i machlojki bohaterów, są to jednak drobne grzeszki na, które można przymknąć oko, ale... na które należy zwracać uwagę.

   Reżyser parokrotnie daje nam do zrozumienia, że nie wszystko musi być takim jakim nam się wydaje (któż by się spodziewał, że w mące prócz zmielonego zboża może być coś ekstra...). Nawet najoczywistsze sprawy mogą mieć drugie dno.

   Najciekawszym wątkiem filmu (i na pozór jedynym istotnym) jest śledztwo w sprawie zabójstwa, które prowadzi miejscowy policjant. Jego tempo w zupełności pokrywa się z tym jakim żyje wieś. Daje to ciekawy efekt - kryminału, ale zupełnie innego od tych które znamy z hollywódzkich produkcji. Może oto chodziło Pálfiemu i z przekory wobec schematu, postanowił dodać ten wątek.



   Istotna jest piosenka na końcu, która wyjaśnia widzowi parę rzeczy, a jednocześnie podpowiada co nieco policjantowi.

   Nie chciałbym zdradzać całej historii, ani zbytnio się zagalopowywać w interpretacjach. Jeśli lubicie spokojne i refleksyjne filmy, to polecam.



   Pokuszę się jednak o pewne porównanie. Podobnie jak przy Dziesięciu tysiącach dni  Ferenca Kósy i tutaj mamy przedstawiony dokładny obraz wsi, można by powiedzieć, że niemal dokumentalny. Czkawka liczy sobie już 11 lat, a według moich obserwacji wiele węgierskich wsi nadal wygląda jak ta przedstawiona w tym filmie.

   Przy okazji dochodzę do wniosku, że nawet filmy potwierdzają to o czym czasem mówią Węgrzy: Węgry to tylko Budapeszt i wsie. Coś jest na rzeczy skoro drugim co do wielkości miastem Węgier jest Debreczyn z... 200 000 mieszkańców (dla porównania Budapeszt - 1,7 mln). I tak też, scenerią węgierskich filmów są na ogół miasto stołeczne lub wsie.



niedziela, 22 września 2013

Papryka, sex i rock’n’roll (Made in Hungária) 2009 reż. Gergely Fonyó

   Z filmem tym wiązałem spore nadzieje. Już sam pomysł zdawał się wnosić sporo świeżości, bo oto i musical z rozmachem. Tego jeszcze nie grali! I chociaż nie lubię tego gatunku, w końcu się przemogłem. Czego to się nie robi dla nauki...

   Fabuła jest z pozoru prosta. Rodzina Fenyö wraca na Węgry w połowie lat 60'. Nastoletni Miklós przywozi ze sobą amerykańskie ubrania, płyty i styl bycia. Nie budzi to zachwytu lokalnych władz, za to czyni bożyszczem wśród rówieśników. W nowym środowisku sposobem na przeżycie staje się dla niego rock'n'roll.

   Tak to wygląda. Ze względu na moją niechęć do wszelkich filmowych pląsów i śpiewów, na obiektywizm musiałem się wysilić, tym bardziej tutaj, gdzie zjawiska te przybrały skalę masową.



   Skupmy się na zaletach (film zrobiony jest w specyficzny sposób, więc ciężko mi go oceniać, a nie chciałbym wydawać negatywnej opinii spowodowanej jedynie moją wewnętrzną niechęcią). Świetne zdjęcia (podobnie jak przy Wolność i miłość), operator Sándor Csukás powinien dostać za nie jakąś nagrodę. Pierwsza scena z samolotem jest urzekająca i taka hollywódzka wręcz. Zadbano o odwzorowanie realiów epoki: stare samochody, ubrania, budynki, szyldy, ludzka mentalność na miarę buraka cukrowego. Wszystko jest jak należy - nie jedna polska produkcja historyczna, nie może się równać z tym musicalem.

   Dalej, obsada. Myślę że nie łatwo jest śpiewać, tańczyć, wygłupiać się, od czasu do czasu przybrać poważną minę, i tak w kółko. A jednak się udało. Gra aktorska według mnie wypadła całkiem przekonująco i naturalnie. Wszystko jest podkolorowane i pokazane na wesoło. Twórcy trzymają się tej konwencji przez prawie cały film. Dopiero przy końcu zaczyna się robić poważnie, co wprowadza trochę zamętu, gdy już przyzwyczailiśmy się do nieustannego pajacowania bohaterów.



   Postacie są przejaskrawione. Partyjniak, tajniak, milicjanci - wyglądają jak żywcem wzięci z dowcipów. Nadaje to pewien klimat i pasuje do obrazu całości (chociaż pod koniec, przesłuchanie na komisariacie wypada dość realistycznie i brutalnie). Momentami jest naprawdę zabawnie i można się pośmiać z osób i sytuacji. Młodzież również wprasowuje się w pewien schemat, mamy popularnego kolesia, badassa, dziewczyny imprezowe, dziewczyny ułożone i z zasadami, frajerów, itd. To daje nam ciekawy przekrój osobowości, które mieszają się w sposób wybuchowy.

   Fabuła prowadzona jest w ciekawy sposób, co jakiś czas zaskakuje - twórcy nie odkrywają od razu wszystkich kart. Nudzić się w każdym razie nie można. To świetna pozycja dla miłośników gatunku i powód do chwały dla węgierskiej kinematografii - Amerykanie nie mają monopolu na tego typu filmy.


sobota, 21 września 2013

A piacere 1976 reż. Zoltán Huszárik

   Nie mogąc się przemóc do obejrzenia Papryka, sex i rock'n'roll, postanowiłem poszperać na YT w poszukiwaniu czegoś ciekawego. Trafiła mi się przypadkiem playlista z węgierskimi krótkometrażówkami, z których jedną chciałbym przedstawić.

A piacere 1976 reż. Zoltán Huszárik

   To krótkometrażowy dokument poświęcony cmentarzom z elementami surrealistycznymi i historycznymi. Nie jest to zwykły film, ma jakiś klimat i pobudza wyobraźnię, ale ciężko go zrozumieć w całości. To jakby zlepek skojarzeń ze śmiercią. Ciekawy, lecz średnio udany eksperyment. Zaznaczam, że momentami jest bardzo drastycznie, szczególnie gdy pojawia się wątek Holocaustu. Przy czym to chyba najbardziej przejmująca i spójna część filmu. Można powiedzieć, że całość to taka wędrówka przez historię razem ze Śmiercią. Czasem łaskawą, a czasem okrutną, ale zawsze nieubłaganą.


   Najbardziej urzekł mnie fragment od 6.00 do 6.45, może ze względu na muzykę, a może przez te śliczne rzeźbione i malowane kapliczki/nagrobki(?). Polecam zatrzymać się przy tym na chwilę.

   Warto zobaczyć choćby dlatego, że Zoltán Huszárik był jednym z założycieli Studia im. Béli Balázsa, w którym węgierscy twórcy mieli względną swobodę tworzenia, nie niepokojeni przez cenzurę i bezpiekę. To właśnie tam podejmowano liczne eksperymenty filmowe, szukając nowych środków wyrazu.



   Przy okazji, A piacere skojarzyło mi się z kilkoma animacjami krótkometrażowymi, które miałem przyjemność już tutaj recenzować. Tam temat przemijania jest jednak pokazany bardziej subtelnie (no może za wyjątkiem Martwego punktu).


   Film zobaczyć można tutaj:
http://www.youtube.com/watch?v=ct-FwdNa9wE

To moje pierwsze zetknięcie z Zoltánem Huszárikiem, do którego Sindbada i Csontváry dopiero się przymierzam.




piątek, 20 września 2013

Córy szczęścia 1999 reż. Márta Mészáros

   To mój pierwszy film Márty Mészáros. Z twórczością tej węgierskiej reżyserki zmierzyć się chciałem już dawno, ale jakoś nie było czasu (a i filmy ciężko dostępne). Wstyd jednak nie znać, gdyż to jedna z ważniejszych postaci madziarskiego kina, dodatkowo blisko związana z Polską.

Krótki opis:
Akcja zaczyna się w Rosji. Natasza, nauczycielka języka angielskiego, postanawia zabrać się ze swoją przyjaciółką Wierą "na handel" do Polski. Jedzie z nimi córka Nataszy - Masza. Początkowo jest sielankowo, kobiety bez problemu docierają do Warszawy i rozpoczynają sprzedaż swoich towarów na stadionie. Wkrótce Wiera zostaje zamordowana w tajemniczych okolicznościach. Na czas policyjnego śledztwa matce i córce zostają zabrane paszporty i zarekwirowany towar. By przeżyć, Natasza decyduje się zostać prostytutką...

   Przyznacie, zaczyna się ciekawie. Mnie film ten przypomniał przy okazji dawne czasy, kilkanaście lat temu, gdy jeszcze Rosjanie i Ormiańcy przyjeżdżali do Polski (nie tylko do Warszawy) "na handel" w większych miastach. Zawsze gdzieś znajdował się bazar, na którym można było kupić niemal wszystko i to po okazyjnej cenie. W sumie nadal gdzieniegdzie tak jest, ale to już jakby nie to samo...

   Dobra, dobra. Ja tu zaczynam sentymentalnie popadać w zachwyty, a zachwycać się nie ma nad czym, przecież historia tragiczna. Wracajmy do tematu.

   Rosyjskie dialogi w mojej wersji nie były tłumaczone (a może innej wersji nie ma?), co trochę uprzykrzało oglądanie, zmuszając do wysiłku. Nie jojczyłbym nad tym, gdyby to były pojedyncze wymiany zdań, ale niestety, pół filmu jest przegadane po rosyjsku.


   Gra aktorska i zachowanie statystów na planie zasługują na pochwałę, całość wyszła naprawdę naturalnie. Najlepsza była odtwórczyni głównej roli - Olga Drozdova, która świetnie wykreowała swoją bohaterkę,  przy tym była jakaś taka urzekająca :) (aż mam ochotę zobaczyć z nią więcej filmów). Jeśli już wymieniam z nazwiska, to jeszcze Olaf Lubaszenko, grający pomniejszego bandziora całkiem nieźle się spisał, wypadając bardzo przekonywająco, chociaż jego wątek można było moim zdaniem rozwinąć. A Nowicki? Ma chyba wrodzony talent do bycia zimnym, wyrachowanym draniem.

   Trochę się zagalopowałem, ale nie szkodzi. Kolejna rzecz, na która chciałbym zwrócić uwagę to nieco zakamuflowana, ale widoczna niechęć Polaków do Rosjan. Widać to w paru scenach, nieraz zaznaczone jedynie kilkoma gestami czy minami. Chociaż nie możemy mierzyć się z Rosją na arenie międzynarodowej, to chociaż na własnym podwórku wolno nam pokazać trochę pogardy i niechęci pojedynczym jej obywatelom. Jasno widać, że chociaż w Polsce jest źle i ciężko, to tam na wschodzie, jest jeszcze gorzej.

   Znakomicie ukazana jest przemiana Nataszy i Maszy. Matka nie godzi się na swoje upodlenie i bardzo je przeżywa, nie dając jednak tego poznać przed alfonsem czy klientami. W pewnym stopniu wynagradzają jej to luksusy, z których może korzystać i szczęście córki. Kiedy już myślimy, że przywyka do tego, okazuje się, że nadal targają ją wewnętrzne sprzeczności. Zaś Maszy podoba się nowy stan rzeczy i nie chce wracać do domu. Dowiedziawszy się o profesji matki, usprawiedliwia ją, a nawet... podziwia. Daje to do myślenia i przypomina o sobie pod koniec filmu.


   Żeby za dużo nie spojlerować, to trochę ponarzekam na formę. Przeciąganie scen łóżkowych trochę mnie znużyło. Gdybym chciał zobaczyć erotyka to bym po niego sięgnął, mimo to dostałem obraz pieprzenia jakby w gratisie. Nie posuwa to akcji do przodu, przypominając raczej sztukę dla sztuki.

   Internauci w dyskusjach pytają: czemu nie znalazła sobie innej pracy, tylko się sprzedawała? Pada na to odpowiedź, bo innej pracy nie było. Cóż, prawda jest gdzieś po środku. W latach 90' czasach szalejącego bezrobocia, Rosjanka bez paszportu, pozwolenia na pracę i znajomości języka nie mogła liczyć na legalną pracę, ale myślę że coś na czarno by się znalazło, jeśli nie od razu to po jakimś czasie. Natasza zaś jakby pogodziła się ze swoją nową profesję. Gdyby znalazła robotę na czarno na zmywaku, za pewne musiałyby przeprowadzić się z luksusowego mieszkania do sutereny i jeść chleb z masłem. Ale tak żyło wielu biednych ludzi w naszym kraju. Dlatego według mnie, nie należy jej usprawiedliwiać, mówiąc że było to jedyne wyjście, nie, Natasza po prostu poszła na łatwiznę.

   I tak właśnie wypadło moje pierwsze i wiem już, że nie ostatnie spotkanie z twórczością pani Mészáros.



niedziela, 1 września 2013

Literatura poświęcona węgierskiej kinematografii.

   Chciałbym Wam przedstawić i zwięźle opisać trzy książki, po które sięgam najczęściej szukając informacji na temat węgierskich filmów.

1. Historia filmu węgierskiego István Nemeskürty
   Książka daje całkiem dobry obraz historii filmu na Węgrzech od końca XIX wieku po lata 70' wieku XX. Niestety autor jest dość stronniczy i wyraźnie faworyzuje filmy powstałe w okresie komunistycznym (Węgierska Republika Rad 1919 i WRL po drugiej wojnie światowej) jednocześnie deprecjonując produkcje okresu międzywojennego w sposób pozornie obiektywny i merytoryczny, lecz z okazywaną przy tym wrogością do prawicowych władz i "burżuazyjnej" tematyki filmów. To pozostawia trochę niesmak i stawia wartość książki pod znakiem zapytania. Czy autor pisał to z przekonania? A może był zmuszony działać pod cenzurę?
   Zalecam podchodzić do tej pozycji ostrożnie i sceptycznie.


2. Film węgierski w Polsce A. Horoszczak, A. M. Rutkowski
   To chyba moja ulubiona książka. Zawiera opisy i komentarze do najważniejszych filmów węgierskich lat 60' i 70'. Pozycja bardzo przydatna dla każdego miłośnika filmu węgierskiego.


3. Złota Era kina węgierskiego pod redakcją Roberta Kardzisa i Jana Topolskiego
   To zbiór esejów poświęconych węgierskim filmom lat 60' i 70'. Dają one dużo świeższe spojrzenie, niż wyżej wymienione książki, jednocześnie nieco bardziej ogólne. Polecam jako literaturę dodatkową i uzupełniającą do Filmu węgierskiego w Polsce.



   W swojej bibliotece mam jeszcze kupioną w czasie urlopu na Węgrzech książkę 303 węgierskie filmy, które powinieneś zobaczyć zanim umrzesz (303 magyar film, amit látnod kell, mielőtt meghalsz) Bori Erzsébet, Turcsányi Sándor. Mój węgierski nie pozwala jeszcze przeczytać tej książki, lecz przypomina ona w formie Film węgierski w Polsce, będąc zbiorem opisów i komentarzy do poszczególnych filmów - tutaj wybranych z całej węgierskiej kinematografii od 1916 po 2005 rok.




piątek, 9 sierpnia 2013

Sęp (Dögkeselyű) 1982 reż. Ferenc András

   Czy film trzeba koniecznie rozumieć, żeby go oglądać? Po raz kolejny przekonałem się, że nie.

   Tym razem szukałem czegoś na chybił trafił, przeglądając Filmweba wśród wielu innych wpadł mi w oko tytuł Sęp. Po pobieżnym zapoznaniu się z recenzją tego filmu sensacyjnego już wiedziałem, że chcę go obejrzeć. I chociaż nigdzie nie było wersji z polskim lektorem lub napisami, albo chociaż samym napisów, zdecydowałem się obejrzeć w oryginale, podobnie jak ostatnio Gwiazdy Egeru. Bez problemu wyszperałem go na YouTube, w całkiem niezłej jakości.

Tutaj macie garść suchych informacji:
KLIK

i fragment, znakomicie oddający klimat całości:
KLIK

   Zawsze lubiłem samochody z bloku demoludów, więc filmy sensacyjne których akcja rozgrywa się w PRL lub sąsiednich krajach socjalistycznych do dziś budzą moje zainteresowanie. Z polskich polecić mogę Prywatne śledztwo z Wilhelmim, czy Zamknąć za sobą drzwi z Fronczewskim (chociaż tu akurat w "rolach głównych" zachodnie wozy).

   Zajmijmy się jednak Sępem. Ogólnie klimat jest niezły. Mamy więc masy typów w stylu macho, których głównym i najmocniejszym atrybutem są ciemne okulary. Akcja rozgrywa się głównie na ulicach, ale co jakiś czas gościmy w spelunach pełnych twardzieli spoglądających spode łba, albo złodziejskich dziuplach, w których spotkać można równie sympatycznych osobników. Jeśli już przenosimy się w inne miejsca, to są to luksusowe mieszkania lub wille. To nie historia o przeciętnych biedakach. Całość okraszona jest całkiem niezłą muzyką, której gatunku nie potrafię scharakteryzować, ważne że pasuje jak ulał. Piękne widoki Budapesztu uzupełniają całość.

   Przechodząc do fabuły: mamy tu obraz faceta, który wobec bezczynności milicji, bierze sprawy w swoje ręce i podejmuje stanowczą i bezkompromisową kampanię przeciwko przestępcom. Przede wszystkim wykorzystuje do tego intelekt, ale z pięści również potrafi zrobić użytek. Jak na taksówkarza przystało całkiem nieźle radzi sobie za kółkiem, co przez długi czas zapewnia mu przewagę nad ścigającymi.

   Jeśli już wspomnieliśmy o scenach pościgu, to w moim odczuciu są całkiem niezłe (patrz link powyżej). Węgrzy udowadniają, że nie tylko Amerykanie mają monopol na tego typu widowiska. Ja przy tej okazji mogłem nacieszyć oczy widokiem maluchów, żuków, nys, warszaw, itd. Fajnie mieć świadomość, że kiedyś polskie produkty szły na eksport i to w znacznych ilościach.

   Z ciekawostek: w Sępie swój debiut w filmie pełnometrażowym miała polska aktorka Maria Gładkowska, grająca tam jedną z głównych ról. I choć nadal jest ona atrakcyjną kobietą, to wtedy... fiu, fiu ;)

   Śmiesznostek jest nieco więcej. W którymś momencie (w czasie rozbieranek przy scenie łóżkowej) zaskoczyło mnie, że bohater miał na sobie trzy (!) podkoszulki, golf i kamizelkę, ja rozumiem, że jesień i w ogóle, ale trzy podkoszulki?! O facetach w stylu macho już wspominałem, kilku z nich jednak zwykłe pozerstwo nie wystarczało: płaszczy i okularów przeciwsłonecznych nie zdejmowali nawet siedząc w domu.
I jeszcze jedna rzecz: znakiem rozpoznawczym głównego bohatera było regularne smarkanie :D (a może dlatego tyle ubrań na sobie nosił)

   Film ten bardzo mi pomógł w nauce języka, niestety przede mną jeszcze miesiące (czyt. lata) pracy, nim będę w stanie oglądać węgierskie filmy w oryginale, nie tracąc nic na rozumieniu.


Dla zainteresowanych:




niedziela, 4 sierpnia 2013

Dziesięć tysięcy dni (Tizezer Nap) 1967 reż. Ferenc Kósa

   Przeglądając internet w poszukiwaniu węgierskich filmów z lektorem lub napisami, trafiłem przypadkiem na Dziesięć tysięcy dni Ferenca Kósa. Świetnie, pomyślałem, nie ma co szukać dalej, obejrzę i zrecenzuję ten, tym bardziej że już nieraz czytałem pochlebne opinie na jego temat. Tak też zrobiłem i prawie się wyłożyłem. Otóż okazał się na tyle złożony, że musiałem sięgnąć po literaturę pomocniczą by zrozumieć pewne wątki czy zabiegi filmowe.

   Najtrudniejszy jest początek. Ze wspomnieniami głównego bohatera Istvána Szélesa odkrywamy obraz węgierskiej wsi i życia jej mieszkańców na przestrzeni tytułowych dziesięciu tysięcy dni, poczynając od lat poprzedzając wybuch drugiej wojny światowej. Poznajemy losy dwóch przyjaciół, charyzmatycznego Fülöpa, który staje się komunistą i zachowawczego Istvána starającego się być zawsze na uboczu i z bezpiecznej odległości obserwować zachodzące zmiany. W tle przedstawione są problemy, nadzieje i radości zwykłych ludzi. Bazując na swojej skromnej wiedzy mogę stwierdzić, że reżyser postarał się o zachowanie maksymalnego obiektywizmu, nie unikając krytyki wobec niesprawiedliwych i krzywdzących poczynań władzy komunistycznej

   Film jest trudny w odbiorze, szczególnie początek. Często zmienia się miejsce akcji, a bohaterowie migają nam przed oczami, nim zdążymy się do nich przyzwyczaić. Ja miałem dodatkowo utrudnione zadanie ze względu na kiepską jakość obrazu i polskiego lektora. Tłumaczenie zagłuszało mi oryginalne dialogi i nie wiedziałem, kto akurat mówi, bo albo postać ta znajdowała się poza kadrem, albo obraz był rozmazany i nie pozwalał dostrzec osoby wypowiadającej swoją kwestię.

   Przez pierwsze pół godziny filmu parę razy cofałem się do obejrzanych już scen. Po kilku takich powtórkach wszystkie elementy wskoczyły na właściwe miejsce i całość nabrała sensu. Pomijając już jakość pliku video, która rzutuje na komfort oglądania i niełatwą formę jaką wybrał reżyser, trzeba jeszcze dysponować przynajmniej podstawową wiedzą historyczną dotyczącą przedstawionego okresu, by zrozumieć całość.

   Można odnieść wrażenie, że mamy tu przerost formy nad treścią, a część scen i dialogów jest niepotrzebna i nie ma wpływu na odbiór głównego wątku. Należy na to jednak spojrzeć inaczej. Reżyser prócz losów Fülöpa i Istvána, chciał również pokazać jak najwierniejszy (niemal dokumentalny) obraz węgierskiej wsi tamtych lat. Pozwolę tu sobie zacytować fragment wypowiedzi jego z "Filmu węgierskiego w Polsce"*:
(...) przemierzaliśmy dziesiątki miasteczek i wsi przeprowadzając wywiady z setkami chłopów, rejestrując ich wypowiedzi, twarze, gesty. Poznaliśmy wielu ludzi, którzy cichym wieczorem siedząc z nami, opowiadali historię swojego życia (...) Nasiąkaliśmy prawdą. Zbierał się w nas materiał, doświadczenia, przeżycia, które starczyłyby na 10 filmów. Jeśli zaś chodzi o estetykę - szukaliśmy jednolitości, samowyrazu społeczeństwa  ethosu wiejskiej kultury, obyczaju tradycji. Próbowaliśmy grać na wszystkich instrumentach naraz.
Film ten jest efektem wieloletniej pracy dokumentacyjnej, stając się jednocześnie kroniką historyczną tamtego okresu jak i studium etnograficznym poświęconym węgierskiej wsi w ostatnich latach przed całkowitą jej mechanizacją.

   To prawdziwe arcydzieło, do którego należy się odpowiednio przygotować, by zrozumieć i wychwycić wszystkie zawarte w nim informacje.

   Film można ściągnąć z Chomika z lektorem.





* Film węgierski w Polsce. A. Horoszczak, A. M. Rutkowski.

sobota, 3 sierpnia 2013

Tylko seks i nic więcej (Csak szex és más semmi) 2005 reż. Krisztina Goda

   Nie przepadam za komediami romantycznymi, ale dla tego filmu postanowiłem zrobić wyjątek. Po pierwsze uwielbiam Sándora Csányi, a po drugie byłem ciekaw jak reżyserka Krisztina Goda poradziła sobie z tym gatunkiem, biorąc pod uwagę, że zrealizowana rok później wojenna Wolność i miłość okazała się prawdziwym hitem.

   Tylko seks i nic więcej to najbardziej typowa komedia romantyczna w amerykańskim stylu jaką można sobie wyobrazić. W skrócie. On pewny siebie i zadziorny Casanova, Ona zagubiona i zakręcona karierowiczka. Poznają się w niezręcznej i komicznej sytuacji, w której On ratuje Ją z opresji. Wkrótce potem zawierają bliższą znajomość, gdyż okazuje się, że pracują razem w teatrze. Nie przypadają sobie do gustu, ale widać, że coś, gdzieś tam iskrzy. Dalej robi się jeszcze weselej i wedle schematu: On ją chce, ale Ona go nie, zaraz potem jest na odwrót, ale i tak koniec końcu wiążą się i jest wielki happy end. Zapomniałbym dodać, że główna bohaterka ma swoją najlepszą psiapsiółę i drugiego adoratora, co tylko komplikuje sytuację. Prawdziwy, amerykański sposób na film.

   Nie żałuję jednak, że go obejrzałem. To ciekawe doświadczenie zobaczyć taką historię w europejskich realiach. Gra aktorska również była całkiem niezła, utwierdziłem się w wysokiej ocenie Sándora Csányi i mogłem wyrobić sobie opinię na temat Katy Dobó, która jest całkiem dobrą aktorką. Co tu więcej napisać? Da się obejrzeć, jak już pisałem, film jest przewidywalny, więc fabuła za bardzo nie wciąga. Czasami można się uśmiechnąć przy niektórych scenach, chociaż jak na komedię to trochę za mało.

   Jeśli nie macie ochoty gimnastykować umysłu, to na zabicie czasu w nudny wieczór, film ten jest w sam raz.


   Plakat jest nieco mylący.


poniedziałek, 20 maja 2013

Mucha (A légy) 1980 reż. Rofusz Ferenc

   Kolejny ciekawy krótkometrażowiec, tym razem jednak wyjątkowy, bo zdobywca Oscara w 1981 roku.
   Film jest animowany, rysunkowy. Ukazuje dwie i pół minuty z życia muchy, widziane jej oczyma. Pomysł prosty i może dzięki temu ciekawy, myślę że warto rzucić okiem. Zauważmy też, że jak na 1980 rok, to był kawał roboty, gdyż trzeba to było wszystko po kolei narysować i sfilmować (kamerą do zdjęć poklatkowych).

   Film można zobaczyć w całości tutaj:


sobota, 18 maja 2013

Dzielnica! (Nyócker!) 2004 reż. Áron Gauder

   Dzielnica! to film animowany dla dorosłych (obecne są: wulgarny język, seks i przemoc). Mamy w nim sporo odniesień do polityki, zarówno lokalnej węgierskiej jak i globalnej, przy czym należy pamiętać że powstał w 2004 roku (na Węgrzech rządzili postkomuniści rozgrabiający to co jeszcze zostało; kraj wszedł do UE; Amerykanie szaleli w Iraku; Bin Laden nadal żył i się ukrywał).  Do tego dochodzi próba ukazania napięć społecznych w wielonarodowym i wielokulturowym Budapeszcie. Na pierwszy rzut oka widać, że twórcy czerpali inspirację z South Parku i Romeo i Julii, efekt takiej mieszanki musiał być wybuchowy .

   Długo zabierałem się za obejrzenie tego filmu, po części dlatego że nie przepadam za produkcjami ukazującymi oblicze patologii społecznych. Wolę pozostawać w błogiej nieświadomości, niż wiedzieć jakie męty żyją na tym świecie. W końcu jednak się zdecydowałem i przyznam, że ten blog był do tego dodatkową motywacją.

   Od razu trzeba zaznaczyć, że to nietypowy film jak na węgierską kinematografię. Po pierwsze, ze względu na podjęcie tak trudnej tematyki, a po drugie ze względu na zrealizowanie go techniką animowaną. Nieodłącznym elementem całej historii jest węgierski hip-hop, który możemy usłyszeć w tle bądź z ust bohaterów. Moim zdaniem, pomysł znakomicie dopasowany do tematyki filmu, gdyż jest to muzyka marginesu społecznego. Fabuła chociaż dziecinna i naiwna, nie nudzi. Znajdziemy tu parę mądrości życiowych rodem z filmów Pasikowskiego. Czasem nawet można się uśmiechnąć z jakiegoś dowcipu. Postacie głównych bohaterów są wyraziste i wzbudzają sympatię, mimo iż w rzeczywistości omijalibyśmy takie elementy szerokim łukiem.

   Po obejrzeniu całości, zastanawiam się czy twórcy Włatców Móch nie skopiowali co nieco z Dzielnicy! Tępi policjanci, naiwne dzieciaki i ich cudowne recepty na życie oraz kiczowata i toporna animacja - wszystko to wydaje się takie znajome.

   Podsumowując, twórcy chcieli stworzyć satyrę na polityczno-społeczną rzeczywistość. Wykorzystali do tego kilka wyświechtanych schematów i zaeksperymentowali z animacją. W skali światowej nie jest to nic nadzwyczajnego, ale jak na węgierskie podwórko, film wydaje się znaczący. Oceniam go dość wysoko właśnie dlatego, że jest swego rodzaju ciekawostką.


   Film niestety już niedostępny na YT, ale z pewnością da się go ściągnąć z internetu.



piątek, 17 maja 2013

Mama 2009 reż. Géza M. Tóth

   Film twórcy Maestro. Bohaterką jest młoda mama, która wychodzi na dach by rozwiesić pranie. Przez kilka minut obserwujemy jak oddaje się tej prozaicznej czynności. Początkowo zastanawiać może: na co cała ta komputerowa otoczka? Czyżby reżyser chciał się pochwalić swoim kunsztem artystycznym? No cóż, wrażenia te efekty nie robią, gdyż pozostają tylko tłem. Mimo iż cała historyjka jest dość nudna, ogląda się to z zainteresowaniem. Chwilami można odnieść wrażenie, że kobieta niemal tańczy przy dźwiękach ulicy, miasta.

   Komputerowe tło znajduje w końcu zastosowanie: zaczynając się przesuwać i huśtać wraz ze sznurkiem. Trick ten pojawia się w znakomitym momencie - gdy widz traci powoli zainteresowanie całą historią. Tym samym uwaga zostaje przykuta na nowo, a jednocześnie rodzi się pytanie: a kiedy już kobieta powiesi pranie, czy znowu zostaniemy zaskoczeni?

   Różowy śpioszek (w przeciwieństwie do białych i kremowych koszul wprowadzających monotonię) który wiesza na końcu, nie jest może wielką niespodzianką, ale za to miłą odmianą i uwieńczeniem całej pracy. Paradoksalnie może zadziwić właśnie nie zadziwiając.

   Tak na marginesie: doceniam fakt, że reżyser nie zapomniał o tym by aktorka sapała wieszając pranie. Niby drobiazg, ale dla większości z nas ta czynność jest jednak męcząca i wymaga niezłej gimnastyki.


środa, 15 maja 2013

Maestro 2005 reż. Géza M. Tóth


   To krótkometrażowy film animowany wykonany techniką komputerową. Ukazuje nam przygotowania ptasiego śpiewaka przed występem. Przyznam szczerze, że nie wiedziałem czego się po nim spodziewać i nawet nie próbowałem zgadywać. Zdecydowałem się jednak obejrzeć, do czego zachęcił mnie krótki czas, a także chęć porównania z animacjami Tomasza Bagińskiego, których jestem fanem.

   Moim amatorskim okiem, stwierdzam że technicznie Maestro stoi na wysokim poziomie i reżyser nie ma się czego wstydzić. Równie ważna jest też fabuła, trzeba przyznać zaskakująca, jak to czasami bywa w przypadku takich dzieł. Mnie film od początku, no właśnie, najpierw zdziwił, a potem zaciekawił. Końcówka pozwala się uśmiechnąć, ale i skłania nas do refleksji. Zobaczcie sami:


wtorek, 30 kwietnia 2013

Ja, Twój Syn (Apa) 1966 reż. István Szabó

   DVD z tym filmem otrzymałem od koleżanki z pracy, około roku temu. Sam się sobie dziwię, że tak długo zwlekałem z jego obejrzeniem. Przyznam ze wstydem, że nadal mam jakieś podświadome opory przed starymi produkcjami, tym bardziej czarno-białymi. Jednak kolejne odhaczane na liście pozycje, skutecznie i regularnie przełamują tę barierę.

[uwaga: spojler]

   Ja, Twój Syn przerósł trochę moje oczekiwania. Nakręcony w 1966 roku, do dziś niewiele stracił na aktualności. Opowiada historię chłopca, którego ojciec zmarł w 1945 roku, nie pozostawiając po sobie wielu wspomnień. Syn próbujący znaleźć własną tożsamość i miejsce w świecie, podpiera się przez lata historiami o ojcu, pozostając właściwie w jego cieniu. Zależnie od środowiska, w którym się obraca i bieżących wydarzeń, zmienia biografię swojego rodziciela, tak by była najbardziej odpowiednia w danej chwili. Będąc na studiach sam zaczyna gubić się w swoich kłamstwach i postanawia poznać prawdę. Przeprowadziwszy śledztwo i odkrywszy prawdę musi zdemityzować w końcu historię ojca i pogodzić się z nią. Ukoronowaniem tego wydarzenia staje się próba przepłynięcia Dunaju wszerz - jego pierwsze, własne osiągnięcie, pozwalające wyjść z cienia i odnaleźć własną drogę.

[fin]

   Widziałem wcześniej kilka dzieł Szabó, m.in.: Mefisto i Kropla Słońca. Podejmowały one ważne i ciekawe tematy z historią w tle lecz miały jeden wielki mankament - strasznie się dłużyły, moim zdaniem niepotrzebnie nudząc i zniechęcając widza. Ja, Twój Syn jest inne, może dlatego że to jeden z pierwszych filmów Szabó, a może z powodu lżejszej tematyki - to uniwersalny film o poszukiwaniu swojej drogi w życiu. Historia Węgier jest tylko tłem, a bohaterowie nie przeżywają żadnych poważnych tragedii, ani nie znajdują się w ekstremalnych sytuacjach.

   Akcja toczy się nieustannie, a wiele ujęć jest bardzo dynamicznych, to duży plus, dzięki temu widz nie traci zainteresowania. Reżyser chętnie i często sięga po panoramy i to akurat nie jest już najlepszy pomysł, ponieważ zabiegi te bardziej męczą wzrok i rozpraszają uwagę niż służą przekazaniu jakiegoś zamysłu.

   Urzekła mnie scena z wrakiem tramwaju, na którą warto zwrócić szczególną uwagę. Może wydawać się ona trochę bezsensowna lecz należy wziąć poprawkę, iż to fantazja chłopca. Widzimy wtedy jak ludzie pomimo tragedii, którą przeżyli potrafią odnaleźć radość we wspólnym działaniu, przywracając pozory dawnego, normalnego życia.

   Po obejrzeniu całego filmu, a nawet w jego trakcie nasuwa się pytanie: czemu chłopiec to wszystko sobie wymyślał? Nie był przecież jakoś szczególnie pokrzywdzony przez los, wielu jego rówieśników również straciło ojców na wojnie. Niektórzy zostali "wrogami klasowymi" z racji pochodzenia. W którymś momencie spotykamy nawet Żydówkę. Wszyscy oni albo godzą się ze swym pochodzeniem, albo się go wstydzą i ukrywają. Żadne z nich jednak nie zmienia swojej historii tak często jak główny bohater.

   Na koniec jeszcze chciałbym pochwalić grę aktorską, gdyż była całkiem niezła i bohaterowie pozwalali nam uwierzyć w snute historie. Całości dopełnia znakomita muzyka, dobrze dopasowana do poszczególnych scen.

   Z czystym sercem mogę polecić ten film każdemu. Szczególnie miłośnikom kina węgierskiego i twórczości pana Szabó.



sobota, 27 kwietnia 2013

Słowem wstępu.

   Zakładam tego bloga w celu usystematyzowania wiedzy na temat węgierskiego kina, którym się interesuję. Jeśli dla kogoś okaże się on przydatny, to tylko dodatkowo mnie ucieszy. Prócz filmów nowych, ewentualnie względnie nowych (lata 90'), będę starał się opisywać również te starsze, trochę już zapomniane.
   Pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że nie stracę w międzyczasie zapału do pisania :)