Pokazywanie postów oznaczonych etykietą węgierska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą węgierska. Pokaż wszystkie posty

środa, 13 listopada 2013

Przywiezione z Węgier.

   Jakiś czas po urlopie rozwodziłem się nad kuchnią węgierską. Postanowiłem teraz pociągnąć wątek i pochwalić się moimi skarbami, które przywiozłem z bratniego kraju.

A przy okazji (czyli tak naprawdę, bo jestem istotą z natury próżną i żadną poklasku) to chciałem zareklamować swojego bloga kulinarnego - Pan Szyszek gotuje.

   Przyprawy, głównie pasty w tubkach, to u nas egzotyka, podczas gdy na Węgrzech znajdziemy je w każdym sklepie. Przyjaciel Węgier tłumaczył mi, które są do kanapek, a które do zup, ale już zupełnie mi się to pokręciło i stosuję wszystko do wszystkiego i żyję :D

   Mamy więc krem gulaszowy, pastę czosnkową w tubce (mocna), pastę z czerwonej cebuli (koloru żółtego, o intensywnym zapachu), majonez chrzanowy, przeciery z ostrej papryki, krem do spaghetti, czy kostki bulionowe do gulaszu i zupy rybnej. Wszystkie mają intensywny i charakterystyczny smak. 

   Ciężko uświadczyć cokolwiek z tego, w Polsce - jedynie w sklepach z węgierską żywnością. Podczas gdy w hipermarketach bez problemu znajdziemy przyprawy i składniki do dań kuchni indyjskiej, japońskiej, chińskiej, tajlandzkiej i diabli wiedzą jakiej jeszcze. Najwidoczniej na węgierską przyjdzie nam jeszcze poczekać parę lat.


   Ach, zapomniałbym, w tej małej buteleczce na zdjęciu jest aromat do ciasta o smaku palinki :D

wtorek, 1 października 2013

Czkawka (Hukkle) 2002 reż. György Pálfi

   Najchętniej zacząłbym te recenzję od jakiegoś porównania, niestety nic nie przychodzi mi do głowy.

   Czkawka to nietypowy kryminał. Na tle życia codziennego pewnej zapomnianej węgierskiej wsi pokazuje śledztwo prowadzone przez miejscowego policjanta w sprawie śmierci jednego z mieszkańców.

   Podobnie jak u Béli Tarra, fabuła jest tutaj zaszyfrowana, chociaż w inny sposób. György Pálfi przedstawia nam obraz biednej, lecz z pozoru spokojnej wsi, gdzie wszystko idzie swoim tempem, zdając się być niezmienne od lat.



   W zasadzie od początku do końca widzimy codzienne czynności i pracę mieszkańców. Film jest bez dialogów i zbędnych komentarzy, a mimo wszystko fabuła jest zrozumiała i logicznie poprowadzona. Na pierwszy rzut oka ujawniają się drobne łajdactwa i machlojki bohaterów, są to jednak drobne grzeszki na, które można przymknąć oko, ale... na które należy zwracać uwagę.

   Reżyser parokrotnie daje nam do zrozumienia, że nie wszystko musi być takim jakim nam się wydaje (któż by się spodziewał, że w mące prócz zmielonego zboża może być coś ekstra...). Nawet najoczywistsze sprawy mogą mieć drugie dno.

   Najciekawszym wątkiem filmu (i na pozór jedynym istotnym) jest śledztwo w sprawie zabójstwa, które prowadzi miejscowy policjant. Jego tempo w zupełności pokrywa się z tym jakim żyje wieś. Daje to ciekawy efekt - kryminału, ale zupełnie innego od tych które znamy z hollywódzkich produkcji. Może oto chodziło Pálfiemu i z przekory wobec schematu, postanowił dodać ten wątek.



   Istotna jest piosenka na końcu, która wyjaśnia widzowi parę rzeczy, a jednocześnie podpowiada co nieco policjantowi.

   Nie chciałbym zdradzać całej historii, ani zbytnio się zagalopowywać w interpretacjach. Jeśli lubicie spokojne i refleksyjne filmy, to polecam.



   Pokuszę się jednak o pewne porównanie. Podobnie jak przy Dziesięciu tysiącach dni  Ferenca Kósy i tutaj mamy przedstawiony dokładny obraz wsi, można by powiedzieć, że niemal dokumentalny. Czkawka liczy sobie już 11 lat, a według moich obserwacji wiele węgierskich wsi nadal wygląda jak ta przedstawiona w tym filmie.

   Przy okazji dochodzę do wniosku, że nawet filmy potwierdzają to o czym czasem mówią Węgrzy: Węgry to tylko Budapeszt i wsie. Coś jest na rzeczy skoro drugim co do wielkości miastem Węgier jest Debreczyn z... 200 000 mieszkańców (dla porównania Budapeszt - 1,7 mln). I tak też, scenerią węgierskich filmów są na ogół miasto stołeczne lub wsie.



piątek, 20 września 2013

Córy szczęścia 1999 reż. Márta Mészáros

   To mój pierwszy film Márty Mészáros. Z twórczością tej węgierskiej reżyserki zmierzyć się chciałem już dawno, ale jakoś nie było czasu (a i filmy ciężko dostępne). Wstyd jednak nie znać, gdyż to jedna z ważniejszych postaci madziarskiego kina, dodatkowo blisko związana z Polską.

Krótki opis:
Akcja zaczyna się w Rosji. Natasza, nauczycielka języka angielskiego, postanawia zabrać się ze swoją przyjaciółką Wierą "na handel" do Polski. Jedzie z nimi córka Nataszy - Masza. Początkowo jest sielankowo, kobiety bez problemu docierają do Warszawy i rozpoczynają sprzedaż swoich towarów na stadionie. Wkrótce Wiera zostaje zamordowana w tajemniczych okolicznościach. Na czas policyjnego śledztwa matce i córce zostają zabrane paszporty i zarekwirowany towar. By przeżyć, Natasza decyduje się zostać prostytutką...

   Przyznacie, zaczyna się ciekawie. Mnie film ten przypomniał przy okazji dawne czasy, kilkanaście lat temu, gdy jeszcze Rosjanie i Ormiańcy przyjeżdżali do Polski (nie tylko do Warszawy) "na handel" w większych miastach. Zawsze gdzieś znajdował się bazar, na którym można było kupić niemal wszystko i to po okazyjnej cenie. W sumie nadal gdzieniegdzie tak jest, ale to już jakby nie to samo...

   Dobra, dobra. Ja tu zaczynam sentymentalnie popadać w zachwyty, a zachwycać się nie ma nad czym, przecież historia tragiczna. Wracajmy do tematu.

   Rosyjskie dialogi w mojej wersji nie były tłumaczone (a może innej wersji nie ma?), co trochę uprzykrzało oglądanie, zmuszając do wysiłku. Nie jojczyłbym nad tym, gdyby to były pojedyncze wymiany zdań, ale niestety, pół filmu jest przegadane po rosyjsku.


   Gra aktorska i zachowanie statystów na planie zasługują na pochwałę, całość wyszła naprawdę naturalnie. Najlepsza była odtwórczyni głównej roli - Olga Drozdova, która świetnie wykreowała swoją bohaterkę,  przy tym była jakaś taka urzekająca :) (aż mam ochotę zobaczyć z nią więcej filmów). Jeśli już wymieniam z nazwiska, to jeszcze Olaf Lubaszenko, grający pomniejszego bandziora całkiem nieźle się spisał, wypadając bardzo przekonywająco, chociaż jego wątek można było moim zdaniem rozwinąć. A Nowicki? Ma chyba wrodzony talent do bycia zimnym, wyrachowanym draniem.

   Trochę się zagalopowałem, ale nie szkodzi. Kolejna rzecz, na która chciałbym zwrócić uwagę to nieco zakamuflowana, ale widoczna niechęć Polaków do Rosjan. Widać to w paru scenach, nieraz zaznaczone jedynie kilkoma gestami czy minami. Chociaż nie możemy mierzyć się z Rosją na arenie międzynarodowej, to chociaż na własnym podwórku wolno nam pokazać trochę pogardy i niechęci pojedynczym jej obywatelom. Jasno widać, że chociaż w Polsce jest źle i ciężko, to tam na wschodzie, jest jeszcze gorzej.

   Znakomicie ukazana jest przemiana Nataszy i Maszy. Matka nie godzi się na swoje upodlenie i bardzo je przeżywa, nie dając jednak tego poznać przed alfonsem czy klientami. W pewnym stopniu wynagradzają jej to luksusy, z których może korzystać i szczęście córki. Kiedy już myślimy, że przywyka do tego, okazuje się, że nadal targają ją wewnętrzne sprzeczności. Zaś Maszy podoba się nowy stan rzeczy i nie chce wracać do domu. Dowiedziawszy się o profesji matki, usprawiedliwia ją, a nawet... podziwia. Daje to do myślenia i przypomina o sobie pod koniec filmu.


   Żeby za dużo nie spojlerować, to trochę ponarzekam na formę. Przeciąganie scen łóżkowych trochę mnie znużyło. Gdybym chciał zobaczyć erotyka to bym po niego sięgnął, mimo to dostałem obraz pieprzenia jakby w gratisie. Nie posuwa to akcji do przodu, przypominając raczej sztukę dla sztuki.

   Internauci w dyskusjach pytają: czemu nie znalazła sobie innej pracy, tylko się sprzedawała? Pada na to odpowiedź, bo innej pracy nie było. Cóż, prawda jest gdzieś po środku. W latach 90' czasach szalejącego bezrobocia, Rosjanka bez paszportu, pozwolenia na pracę i znajomości języka nie mogła liczyć na legalną pracę, ale myślę że coś na czarno by się znalazło, jeśli nie od razu to po jakimś czasie. Natasza zaś jakby pogodziła się ze swoją nową profesję. Gdyby znalazła robotę na czarno na zmywaku, za pewne musiałyby przeprowadzić się z luksusowego mieszkania do sutereny i jeść chleb z masłem. Ale tak żyło wielu biednych ludzi w naszym kraju. Dlatego według mnie, nie należy jej usprawiedliwiać, mówiąc że było to jedyne wyjście, nie, Natasza po prostu poszła na łatwiznę.

   I tak właśnie wypadło moje pierwsze i wiem już, że nie ostatnie spotkanie z twórczością pani Mészáros.



wtorek, 17 września 2013

Język na wygnaniu - Imre Kertész [recenzja książki]

   To zbiór esejów, listów i zapisów z wykładów. Łączą je przemyślenia autora na temat emigracji, tożsamości, Holocaustu i totalitarnych dyktatur rządzących jeszcze nie tak dawno Europą. To całkiem ciekawe połączenie, a wątki te przeplatają się w wzajemnie w zamieszczonych tekstach.

   Największy nacisk, Kertész swoim zwyczajem kładzie na Holocaust. Stawia ciekawą tezę, iż Holocaust nie miał nic wspólnego z antysemityzmem, dopatrując się czynnika sprawczego w upadku cywilizacji. Szuka tego przyczyn, zastanawiając się czy wpłynęło to na zmianę ludzkiej natury, czy może ta zmiana nastąpiła wcześniej i skutkiem tego doszło do tej tragedii. W osobnych rozważaniach próbuje nakreślić obraz Europy i świata po Auschwitz, a także jego wpływ na literaturę.

   Całkiem słusznie stwierdza, że obozy koncentracyjne znane są współczesnym ludziom z książek i filmów, które przedstawiają to w różny sposób. Po wojnie temat był przemilczany w bloku wschodnim (ze względu na podobieństwo do Gułagu), by po 89 roku stać się towarem medialnym. To zjawisko sprawia, że nikt nie stara się zastanowić głębiej nad tematem i spróbować wczuć w sytuację ofiar. Przechodzimy nad tym do porządku dziennego. Podobnie jak nad tymi, którzy przeżyli.

   I tak, obraz niemieckich obozów koncentracyjnych już się wykrystalizował w zbiorowej świadomości, a przynajmniej przybrał pewne ogólne wyobrażenie, różniące się szczegółami w zależności od książki czy filmu, który go podejmuje. Na obraz Gułagu zaś, trzeba jeszcze poczekać (tak autor pisał ponad dwadzieścia lat temu, ale myślę, że słowa te są nadal aktualne).

   Sporo miejsca poświęca jest socjalizmowi, życiu w nim i piętnie jakie wywarł na wszystkich obywatelach. Kertész pisze głównie na własnym przykładzie, ale i my, Polacy którzy mamy podobne doświadczenia historyczne, możemy się identyfikować z tymi poglądami.

   Zwraca szczególną uwagę na inteligencję i te jednostki spośród niej, które pomagały budować totalitarny ustrój (a część z tych osób lata później pomagała go burzyć). Zastanawia się nad spolegliwością wobec władzy, postawami opozycyjnymi, a także tymi poszukującymi kompromisu.

   Wiele pisze o swojej tożsamości. Nie czuje się Węgrem, gdyż jest Żydem i doznał wielu krzywd ze strony swojej ojczyzny (państwo węgierskie szykanowało go latami i w końcu wysłało jako młodzieńca na śmierć), jednocześnie nie jest religijny, nie zna hebrajskiego i ma nikłe pojęcie na temat kultury i obyczajów żydowskich. Tym samym swojego miejsca nie upatruje w żadnym konkretnym kraju, ani wśród żadnego narodu, stawiając siebie "obok".


   Podsumowując. To naprawdę świetna książka skłaniająca do wielu przemyśleń. Można się z autorem zgadzać lub nie, ale nie da się pozostać obojętnym na jego słowa. Napisana w sposób niezwykle wciągający  i lekki, mimo niełatwych tematów. I chociaż teksty pochodzą sprzed 10-20 lat, to nadal nie straciły na aktualności.








niedziela, 8 września 2013

Likwidacja - Imre Kertész [recenzja książki]

   Bohaterem tej książki jest... zmarły. To B., urodzony w Aushwitz pisarz, który popełnił samobójstwo jeszcze przed rozpoczęciem się akcji powieści. To z kolei stało się impulsem dla jego przyjaciela, redaktora Keserű, do podjęcia poszukiwań napisanej przed śmiercią ostatniej "wielkiej" powieści B. Wraz z postępami w swoim prywatnym śledztwie, Keserű odkrywa mroczne tajemnice przeszłości.

   Likwidacja to książka wyjątkowa. Łączy w sobie elementy kryminału i powieści psychologicznej. Napisana jest w sposób przemyślany i złożony. Wraz z biegiem akcji i kolejnymi odkryciami Keserű (który ma obsesję na punkcie twórczości B.) powoli odkrywamy coraz to nowe fakty z życia B. Jednocześnie mnożą się zagadki i niejasności, na których rozwiązanie musimy czekać.

   Sam pomysł na fabułę nie jest porywający, ale Kertész przedstawił ją w taki sposób, że wciąga i nie pozwala się oderwać od czytania. Intryga jest skonstruowana tak, że cały czas trzyma czytelnika w niepewności i nasuwa kolejne pytania.

   Całość skłania do refleksji nad sensem życia. Można jak Keserű żyć obsesją na punkcie innego człowieka, czy też jak B., spełnienie widzieć jedynie w autodestrukcji, ale jest jeszcze droga, którą wybrała między innymi Judit - odnaleźć szczęście.

   To obraz tego jak ludzie sami się wykańczają, tak jak B., który urodził się w Auschwitz i czuł jego piętno przez resztę życia, poświęcając wszystkie siły w poszukiwaniu odpowiedzi napytanie: czemu do tego doszło. Stało się to jego obsesją, nie pozwalając mu normalnie żyć i odnaleźć szczęścia, a właściwie to on sam sobie na to nie pozwolił. W moim odczuciu ten wątek został poprowadzony po mistrzowsku. Za to temat Auschwitz był już podejmowany w literaturze tyle razy, że niczym nas tu Kertész nie zaskakuje, stwierdzając, że nie ma na to wyjaśnienia i odpowiedzi.





niedziela, 1 września 2013

Literatura poświęcona węgierskiej kinematografii.

   Chciałbym Wam przedstawić i zwięźle opisać trzy książki, po które sięgam najczęściej szukając informacji na temat węgierskich filmów.

1. Historia filmu węgierskiego István Nemeskürty
   Książka daje całkiem dobry obraz historii filmu na Węgrzech od końca XIX wieku po lata 70' wieku XX. Niestety autor jest dość stronniczy i wyraźnie faworyzuje filmy powstałe w okresie komunistycznym (Węgierska Republika Rad 1919 i WRL po drugiej wojnie światowej) jednocześnie deprecjonując produkcje okresu międzywojennego w sposób pozornie obiektywny i merytoryczny, lecz z okazywaną przy tym wrogością do prawicowych władz i "burżuazyjnej" tematyki filmów. To pozostawia trochę niesmak i stawia wartość książki pod znakiem zapytania. Czy autor pisał to z przekonania? A może był zmuszony działać pod cenzurę?
   Zalecam podchodzić do tej pozycji ostrożnie i sceptycznie.


2. Film węgierski w Polsce A. Horoszczak, A. M. Rutkowski
   To chyba moja ulubiona książka. Zawiera opisy i komentarze do najważniejszych filmów węgierskich lat 60' i 70'. Pozycja bardzo przydatna dla każdego miłośnika filmu węgierskiego.


3. Złota Era kina węgierskiego pod redakcją Roberta Kardzisa i Jana Topolskiego
   To zbiór esejów poświęconych węgierskim filmom lat 60' i 70'. Dają one dużo świeższe spojrzenie, niż wyżej wymienione książki, jednocześnie nieco bardziej ogólne. Polecam jako literaturę dodatkową i uzupełniającą do Filmu węgierskiego w Polsce.



   W swojej bibliotece mam jeszcze kupioną w czasie urlopu na Węgrzech książkę 303 węgierskie filmy, które powinieneś zobaczyć zanim umrzesz (303 magyar film, amit látnod kell, mielőtt meghalsz) Bori Erzsébet, Turcsányi Sándor. Mój węgierski nie pozwala jeszcze przeczytać tej książki, lecz przypomina ona w formie Film węgierski w Polsce, będąc zbiorem opisów i komentarzy do poszczególnych filmów - tutaj wybranych z całej węgierskiej kinematografii od 1916 po 2005 rok.




wtorek, 30 lipca 2013

O węgierskiej muzyce słów kilka.

   Na wstępnie zaznaczam, że nie jestem znawcą muzyki, a mój gust nie należy do wysublimowanych, ot słucham co mi w ucho wpadnie. Mimo to zamieszczam ten wpis, chcąc zwrócić uwagę potencjalnych słuchaczy na tę niszę, którą stanowi węgierska muzyka, ze szczególnym uwzględnieniem narodowego rocka, będącego chyba najciekawszym zjawiskiem w temacie.

   Zacznijmy od tego, że węgierska muzyka nie jest w Polsce znana. Wyjątek stanowią jedynie czardasz i piosenka: "Dziewczyna o perłowych włosach" (tylko dlatego że pamięta ją jeszcze starsze pokolenie). Podsumowując: jest kiepsko i choć powoli idzie ku dobremu, to jeszcze przez wiele lat wykonawcy i utwory z Węgier pozostaną nieznane szerszej publiczności, szczególnie biorąc pod uwagę zalew z zachodu.

   Ja madziarskimi zespołami interesuję się od paru lat. Zaczęło się od fascynacji narodowym rockiem (jeszcze wcześniej Węgrami w ogóle) i choć jest to mój ulubiony gatunek, staram się na nim nie poprzestawać, eksplorując ten "dziewiczy teren" i raz za razem dokonując ciekawych odkryć.

   Wspomniałem o narodowym rocku, ale zanim do niego dojdziemy chciałbym zwrócić uwagę na zespoły metalowe, które pojawiły się na Węgrzech już w latach 80', prezentując swoją twórczością całkiem wysoki poziom (przynajmniej takie jest moje zdanie). Wydaje mi się też, że zyskały tam one sobie większą popularność niż analogiczne rodzime kapele w Polsce. Zamiłowanie do tej muzyki Węgrom pozostało i zarówno w latach 90' jak i później powstawały kolejne grupy, z których wiele działa do dziś. Na koniec wpisu zarzucę paroma linkami ;)

   Węgierski narodowy rock (nemzeti rock) pojawił się na początku lat 90' dzięki upadkowi komunizmu i jego cenzury. Wielu artystów zamiast śpiewać o niczym, bądź o miłości postanowiło wpleść trochę patriotyzmu do swojej twórczości. Zaczęli więc poruszać tematykę własnej, trudnej historii i krzywd, których ich kraj doznał na przestrzeni dziejów. Największą i jedną ze świeższych jest Traktat z Trianon, na mocy którego Węgry po I wojnie światowej straciły 70% swojego terytorium, miejscami zamieszkałego wyłącznie przez Madziarów. Ta trauma była szczególnie silna przed wojną, by zostać sztucznie przygaszoną na okres komunizmu i odzyskać należne miejsce w narodowej pamięć po jego upadku.

   Narodowy rock to połączenie mocniejszych rockowych (a nawet metalowych) brzmień z folkowym klimatem. W treści utwory odnoszą się do historii (1848, Trianon, irredenta, 1956), bądź hołubią węgierską kulturę i tradycje. Można powiedzieć, że są przesiąknięte patriotyzmem na wskroś.

   Mam nadzieję, ze kogoś zainteresowałem :) Zapraszam do słuchania.


Trochę metalu:











...i narodowy rock:















   P.S. Według niepotwierdzonych informacji Polacy są drugimi po Węgrach odbiorcami tego typu muzyki. Sięgająca wielu wieków wstecz przyjaźń robi swoje :)

piątek, 26 lipca 2013

Zimne dni - Tibor Cseres [recenzja książki]

   Tak jak obiecałem, zaczynamy zmiany na blogu :)

   Rzadko wpadają mi w ręce węgierskie książki. Jeśli już się tak stanie to mają one na ogół ponad trzydzieści lat. Tak było i tym razem, gdy odwiedziłem antykwariat na wyprzedaży trafiła mi się powieść Tibora Cseresa - Zimne dni. Na Węgrzech została ona wydana w 1964 roku, a pierwsze polskie wydanie pojawiło się w 1968. Znalazłem ją przypadkiem, gdy wśród sterty rzuciła mi się w oczy charakterystyczna okładka Kolekcji Literatury Węgierskiej, serii która ukazywała się Polsce Ludowej.

   Książka jest próbą rozliczenia się z tragicznym epizodem węgierskiej historii jakim jest masakra ludności serbskiej i żydowskiej, której dokonały węgierskie wojska i żandarmeria w styczniu 1942 roku w Nowym Sadzie i okolicach. Przebieg tych zdarzeń jest opowiedziany przez czterech ich uczestników, wojskowych osadzonych w jednej celi, którzy wspomnieniami wracają do tamtych dni. Ich świadectwa uzupełniają się na wzajem i ukazują sprawę z różnych perspektyw - zarówno z punktu widzenia oficerów jak i zwykłych szeregowych. Autor stara się przedstawić mechanizmy ludobójstwa i indywidualnej, bądź zbiorowej odpowiedzialności, a także poczucia winy oprawców. Musze przyznać, że to znakomite studium psychologiczne zbrodniarzy, albo jak to się mówi w takich sytuacjach - "ludzi którzy wykonywali tylko rozkazy".

   Styl pisania nie porywa, może to wina tłumaczenia, nie wiem. Fabuła momentami jest przedstawiona w sposób dość nudny i chaotyczny (zabieg zdaje się celowy, lecz nieudolnie przeprowadzony). Z upływem stron dałem jednak radę się wciągnąć. Na pocieszenie dodam, że na końcu wszystkie elementy układanki wpadają na właściwe miejsca, tworząc przejrzysty obraz całości.

   Nie żałuję, że przeczytałem te książkę. Poznałem historię tej tragicznej karty węgierskiej historii, w sposób o wiele bardziej obrazowy niż suche fakty, które zapewnić mogą podręczniki czy encyklopedie. Powieść zmusiła mnie też do zastanowienia się jaką odpowiedzialność za zbrodnie ponosi szeregowy żołnierz czy oficer, który jedynie wykonuje rozkazy i jaki wpływ ma to na ich psychikę i dalsze funkcjonowanie.

   Polecam osobom zainteresowanym tematem. Nie jest to lektura pod poduszkę.



czwartek, 25 lipca 2013

Zmiany.

   Początkowo założyłem, że będzie to blog poświęcony węgierskiej kinematografii, jednak z braku czasu i możliwości zapoznawania się z ich dorobkiem w tej dziedzinie, a przy jednoczesnej niechęci do zamykania tego projektu, postanowiłem rozszerzyć nieco spektrum zagadnień. Począwszy od następnego wpisu, będziecie tu mogli Drodzy Czytelnicy zapoznać się z węgierską literaturą i muzyką. Dodatkowo planuję sporadycznie umieszczać teksty poświęcone innym zagadnieniom związanym z krajem bratanków, będzie między innymi o o moich zmaganiach z nauką języka, kuchennych eksperymentach z papryką w roli głównej i wiele, wiele więcej. Co jeszcze powiedzieć? Zapraszam.