Siedmiogodzinny film, huh... na raty musiałem oglądać, zresztą tak jak sobie to zaplanował Bela Tarr. To będzie kolejna z tych ciężkich recenzji, że aż chyba ograniczę się do garści luźnych przemyśleń. Będą spojlery.
OPIS:
Biedna węgierska wioska, jest miejscem z którego próbuje się wyrwać grupa wykolejeńców z kradzionymi pieniędzmi. Czekając na podział łupu oddają się pijaństwu i drobnym niegodziwościom. Jednocześnie czekają na nadejście Mesjasza, tajemniczego Irimiasa, przed którym czują respekt, a który ma zapewnić im lepsze życie.
Dawno żaden film mnie tak nie zasmucił i przygnębił. Akcja rozgrywa się głównie w biednej wsi, gdzie nikt nie ma pracy, domy się sypią, a zamiast dróg wszędzie jest błoto. By jeszcze pogłębić ten przygnębiający widok cały czas pada deszcz. Jest zimno, mokro, brzydko i śmierdząco i niemal czuć to wszystko oglądając ten film.
Bohaterami jest zgraja degeneratów, bez ambicji i wielkich potrzeb. Ludzi niemal zdziczałych, którzy potrzebują się nachlać, przelecieć żonę sąsiada i zapchać kichę paprikas krumpli. Przyznać trzeba, że pasują znakomicie do swojego środowiska.
Tutaj nie ma zmiłuj, zepsucie dotyka wszystkich. Nawet mała dziewczynka, na pozór niewinna, okazuje się sadystką, co budzi jednocześnie przerażenie, ale i żal jak takie małe dziecko mogło zostać spaczone przez patologiczne otoczenie.
Długie ujęcia pozwalają wczuć się w aktualną sytuację bohaterów, więc gdy idą drogą w deszczu to my idziemy razem z nimi i tak długimi minutami, czasem w milczeniu. Innym razem poznajemy codzienne życie bohaterów, siedzących na stołku w kuchni i gapiących się w ścianę, od czasu do czasu rzuciwszy jakąś miałką uwagę, albo i nawet nie. Ten czas marazmu daje też możliwość głębszego przemyślenia ukazanych przez twórcę problemów.
Główny punkt ciężkości tego filmu to poukrywane metafory, alegorie i symbole, niestety tym razem jest to ponad moje siły. Tarr pokazuje straszne zepsucie, nie dają przy tym nadziei, że może być lepiej.
A tak poza tym jak zawsze jest czarno-biało i naprawdę ciężko przechwalić niesamowite zdjęcia, a to robota Gábora Medvigy'ego. A do tego muzyka, którą jak to u Tarra skomponował Mihály Vig, świetnie pasuje do tego przygnębiającego klimatu.
To chyba film jedyny w swoim rodzaju, przy okazji mocno naznaczony piętnem Tarra, więc jeśli ktoś lubi jego filmu, to Szatańskie tango na pewno mu się spodoba, aczkolwiek jest to dość ciężki film.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą węgierski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą węgierski. Pokaż wszystkie posty
środa, 30 lipca 2014
wtorek, 29 kwietnia 2014
Hanussen 1988 reż. István Szabó
Długo czekałem, aż będzie gdzieś dostępny Hanussen z tłumaczeniem, ale w końcu się doczekałem :) Film ten należy, obok Mefista i Pułkownika Redla, do trylogii europejskiej Szabó. Raz jeszcze spotykamy znanego nam już Brandauera, a przy nim plejadę polskich gwiazd, m.in.: Bajor, Szapołowska, Kownacka, czy Błaszczyk.
OPIS:
I wojna światowa. Plutonowy Schneider zostaje ranny w czasie walk i trafia do szpitala. Tam pewien psycholog odkrywa jego talent hipnotyzerski i umiejętność czytania ludziom w myślach, wkrótce dochodzi do tego dar jasnowidzenia. Już po wojnie, Schneider z pomocą swojego byłego dowódcy kapitana Nowotnego rozpoczyna karierę sceniczną. Przybiera też pseudonim Hanussen.
Fabuła nie jest porywająca, a wręcz przeciwnie - wlecze się niczym flaki z olejem. Ogląda się przyjemnie i z zainteresowaniem, w dużej mierze dlatego, że brak dynamiki rekompensuje ciekawy obraz Europy tamtych lat. Te plenery, scenografie, kostiumy, jest na czym oko zawiesić, jeśli ktoś interesuje się okresem międzywojennym.
Losy tytułowego Hanussena toczą się w podobny sposób niemal przez cały film. Zaskakuje on coraz to szersze grona ludzi, trafiając na coraz bardziej wymagającą publiczność i wysoko postawione persony. Ciągle też pojawiają się te same dylematy i problemy. Hanussen nie przerwanie robi swoje, co momentami przynosi mu korzyści, a momentami kłopoty. Dopiero widmo nazistów na horyzoncie zwiastuje ostateczną katastrofę.
Jeśli ktoś jest zainteresowany w temacie hipnozy, czytania w myślach, iluzji czy jasnowidzenia, to myślę, że spodoba mu się ten film.
Podobnie jak w Mefisto i tutaj oglądamy jak główny bohater zaczyna powoli zaplątywać się w sieci nazistów. Bo chociaż on sam nie jest zainteresowany polityką, to jednak politycy są bardzo zainteresowani nim i póki działa na ich korzyść może zakosztować lepszego życia i sławy. Przy okazji tego wątku widzimy dojście Hitlera do władzy i obraz niemieckiego społeczeństwa w tamtych burzliwych latach.
Polecam zobaczyć, bo film ma w sobie pewien klimat. Tak jak wspominałem przy okazji Medium, dzisiaj już filmowcy nie potrafią pokazać przedwojnia w ten sposób.
OPIS:
I wojna światowa. Plutonowy Schneider zostaje ranny w czasie walk i trafia do szpitala. Tam pewien psycholog odkrywa jego talent hipnotyzerski i umiejętność czytania ludziom w myślach, wkrótce dochodzi do tego dar jasnowidzenia. Już po wojnie, Schneider z pomocą swojego byłego dowódcy kapitana Nowotnego rozpoczyna karierę sceniczną. Przybiera też pseudonim Hanussen.
Fabuła nie jest porywająca, a wręcz przeciwnie - wlecze się niczym flaki z olejem. Ogląda się przyjemnie i z zainteresowaniem, w dużej mierze dlatego, że brak dynamiki rekompensuje ciekawy obraz Europy tamtych lat. Te plenery, scenografie, kostiumy, jest na czym oko zawiesić, jeśli ktoś interesuje się okresem międzywojennym.
Losy tytułowego Hanussena toczą się w podobny sposób niemal przez cały film. Zaskakuje on coraz to szersze grona ludzi, trafiając na coraz bardziej wymagającą publiczność i wysoko postawione persony. Ciągle też pojawiają się te same dylematy i problemy. Hanussen nie przerwanie robi swoje, co momentami przynosi mu korzyści, a momentami kłopoty. Dopiero widmo nazistów na horyzoncie zwiastuje ostateczną katastrofę.
Jeśli ktoś jest zainteresowany w temacie hipnozy, czytania w myślach, iluzji czy jasnowidzenia, to myślę, że spodoba mu się ten film.
Podobnie jak w Mefisto i tutaj oglądamy jak główny bohater zaczyna powoli zaplątywać się w sieci nazistów. Bo chociaż on sam nie jest zainteresowany polityką, to jednak politycy są bardzo zainteresowani nim i póki działa na ich korzyść może zakosztować lepszego życia i sławy. Przy okazji tego wątku widzimy dojście Hitlera do władzy i obraz niemieckiego społeczeństwa w tamtych burzliwych latach.
Polecam zobaczyć, bo film ma w sobie pewien klimat. Tak jak wspominałem przy okazji Medium, dzisiaj już filmowcy nie potrafią pokazać przedwojnia w ten sposób.
Etykiety:
1988,
bajor,
biedrzyńska,
błaszczyk,
Filmy.,
Hanussen,
hipnoza,
hitler,
István Szabó,
jasnowidz,
kownacka,
naziści,
recenzja,
szapołowska,
telepatia,
trylogia środkowoeuropejska,
węgierski,
wróżbita
poniedziałek, 17 marca 2014
Człowiek z Londynu (A Londoni férfi) 2007 reż. Béla Tarr
Przez długi czas nie mogłem znaleźć klucza do rozwiązania zagadki tego filmu. On nie miał sensu... I wtedy mnie olśniło, gdyż odnosi się on do sensu życia (lub też jego braku).
OPIS:
Maloin pracuje w porcie, będąc dyspozytorem (?) na nocnych zmianach. To człowiek wypalony i samotny, nie mający żadnych pragnień. Sytuacja się zmienia, gdy Maloin staje się świadkiem morderstwa i przejmuje po zabitym torbę pełną pieniędzy.
Bez sensu.
(będą spojlery)
Maloin żyje tylko na pozór. Chodzi do pracy, którą wykonuje niczym automat. Prawie z nikim nie gada, nic go nie interesuje, nic nie wzbudza jego emocji. Przed całkowitym wyobcowaniem chronią go tylko chyba partyjki szachów z barmanem. Dopiero szansa od losu, którą jest przejęcie walizki pieniędzy po zabitym, wyzwala w nim pewne zmiany. Maloin staje w obronie honoru córki, próbuje odnowić z nią więź przez ofiarowanie drogiego prezentu, a także rozpoczyna kłótnie z żoną, dając upust emocjom. Próby te okazują się jednak kalekie i prowadzą do porażek.
Bohater sam rezygnuje z szansy danej od losu. Oddaje pieniądze nie ze strachu przed policją, która jest na tropie sprawy, ale dlatego, że nie wie co z nimi zrobić. Ciężko mi to oceniać. Ciężko mi w ogóle wyobrazić sobie sytuację, w której traci się sens życia (nie liczę chorób psychicznych). Z drugiej strony mając jakieś cele do których się dąży, warto się zastanowić czy nadają one naszemu życiu wartość i czy naprawdę do nich pragniemy zmierzać, podczas gdy w międzyczasie przepuszczamy przechodzące nam koło nosa okazje na coś lepszego. A wszystko dlatego, ze nie potrafimy już sięgnąć po szczęście.
Niby ładnie, pięknie, ale czegoś tu brak.
Ten film nie posiada niestety tak wielu ukrytych symboli i alegorii jak Potępienie i Harmonie Werckmeistera, pozwalając godzinami analizować poszczególne sceny i ujęcia, brakuje mu też surowości Konia turyńskiego. A przede wszystkim nie wzbudza on tych jedynych w swoim rodzaju odczuć, które towarzyszą przy oglądaniu powyższych dzieł. Ciężko wczuć się tu w bohaterów, sytuacje czy miejsca. Mimo to jest sporo smaczków, którymi można się zachwycić. Jak zawsze niesamowite zdjęcia i genialna gra świateł i cieni.
Do Człowieka z Londynu z pewnością kiedyś jeszcze wrócę, może po prostu jeszcze nie dorosłem :)
Etykiety:
2007,
A Londoni férfi,
bela tarr,
Béla Tarr,
czarno biały,
człowiek z londynu,
dramat,
Filmy.,
morderstwo,
recenzja,
sens życia,
the man from london,
węgierski,
Węgry
wtorek, 11 marca 2014
Ostatni blues (Az Utolsó blues) 2002 reż. Péter Gárdos
Ostatni blues obejrzałem ponieważ akurat jakoś mi się nawinął i z tłumaczeniem nie było problemu. Przy okazji koprodukcja polsko-węgierska, której akcja toczy się w obu krajach wydała mi się całkiem ciekawa. Niestety wlazłem na minę, trudno, zdarza się.
OPIS:
Andris (János Kulka) prowadzi podwójne życie kursując na trasie Budapeszt-Kraków. W tym pierwszym jest lokalnym biznesmenem prowadzącym sieć piekarni i kochającym mężem/ojcem, a w tym drugim zajmuje się renowacją sztuką, malując fresk w jednej z krakowskich kaplic i romansując z atrakcyjną Beatą. Wszystko zaczyna się sypać, gdy pewnego dnia w drodze psuje mu się samochód i Andris nie jest w stanie go zatrzymać.
Czary mary.
Niestety od początku filmu wieje nudą. Powoli zagłębiamy się w skomplikowaną sytuację Andrisa, ale nie jest to nic co mogłoby wzbudzić większe zainteresowanie. Ot chłop prowadzi podwójne życie i siłą rzeczy musi to w którymś momencie pierdyknąć. Zwiastunem nadciągającej katastrofy okazuje się zabrany autostopowicz, który okazuje się osobą dziwaczną, a wręcz groteskową. Jeśli zdecydujecie się na film to sami zrozumiecie o co mi chodzi, a tak musicie wierzyć na słowo. Jego dziwactwo jest niestety czubkiem góry lodowej, bo już wkrótce ma się on okazać jakimś cholernym bytem magicznym, duchem, wytworem wyobraźni czy też innym cholerstwem. O tak, zaczyna się to robić pokręcone. Żeby jeszcze dowalić do pieca powiem, że awaria samochodu nie należy do normalnych, on również staje się zaczarowany, bo wbrew prawom mechaniki i fizyki nie daje się zatrzymać, nawet przez najechanie na drzewo.
Niby fajny pomysł na bohatera uwięzionego w podróży, mającego pewien ograniczony wpływ na swój środek lokomocji. Do tego niemal ciągła łączność przez komórkę i facet przestaje być wyalienowany. Problem w tym, że ta jego czarodziejska jazda do niczego nie prowadzi. Wokół wali mu się życie i gdy bliscy ludzie zaczynają działać w sprawach z nim związanych, a on sam może i ma możliwość oddziaływania na nich, ale ewidentnie wszystko pieprzy.
Jak nie kijem go, to pałką.
Słabe aktorstwo niestety nie uprzyjemniło mi seansu, o ile jeszcze główny bohater grał jako tako, o tyle drogie panie skończyły chyba swoją edukację na teatrzyku szkolnym. Żadna z postaci mi się nie spodobała, a nawet nie zainteresowała. Podobnie jak cały film. Nic więc dziwnego, że musiałem robić sobie przerwy, a ciśnienie na pęcherz traktowałem z ulgą.
Na plus ładna muzyka. Chciałoby się powiedzieć: i piękne zdjęcia, jak to często idzie w parze, ale tak nie jest. Zdjęcia są przeciętnie, momentami operator machał kamerą jak głupi. Wywnioskowałem, że to po to by otrzymać artystyczne ujęcia, ale wyszło nijak.
I chociaż fabuła zaskakuje to jest to zmarnowane osiągnięcie, bo historia zupełnie nie potrafi zainteresować. Ot film o zwykłych problemach, zwykłego faceta, w które wkradły się moce nieczyste (już sam nie wiem jak to nazywać). Można by się tu doszukiwać sensu i głębszego przekazu, ale po co? To zbyt prosty problem na takie przekombinowanie.
Mam nadzieję, że ostatni raz oglądałem Ostatni blues, bo powtórki bym chyba nie zdzierżył.
OPIS:
Andris (János Kulka) prowadzi podwójne życie kursując na trasie Budapeszt-Kraków. W tym pierwszym jest lokalnym biznesmenem prowadzącym sieć piekarni i kochającym mężem/ojcem, a w tym drugim zajmuje się renowacją sztuką, malując fresk w jednej z krakowskich kaplic i romansując z atrakcyjną Beatą. Wszystko zaczyna się sypać, gdy pewnego dnia w drodze psuje mu się samochód i Andris nie jest w stanie go zatrzymać.
Czary mary.
Niestety od początku filmu wieje nudą. Powoli zagłębiamy się w skomplikowaną sytuację Andrisa, ale nie jest to nic co mogłoby wzbudzić większe zainteresowanie. Ot chłop prowadzi podwójne życie i siłą rzeczy musi to w którymś momencie pierdyknąć. Zwiastunem nadciągającej katastrofy okazuje się zabrany autostopowicz, który okazuje się osobą dziwaczną, a wręcz groteskową. Jeśli zdecydujecie się na film to sami zrozumiecie o co mi chodzi, a tak musicie wierzyć na słowo. Jego dziwactwo jest niestety czubkiem góry lodowej, bo już wkrótce ma się on okazać jakimś cholernym bytem magicznym, duchem, wytworem wyobraźni czy też innym cholerstwem. O tak, zaczyna się to robić pokręcone. Żeby jeszcze dowalić do pieca powiem, że awaria samochodu nie należy do normalnych, on również staje się zaczarowany, bo wbrew prawom mechaniki i fizyki nie daje się zatrzymać, nawet przez najechanie na drzewo.
Niby fajny pomysł na bohatera uwięzionego w podróży, mającego pewien ograniczony wpływ na swój środek lokomocji. Do tego niemal ciągła łączność przez komórkę i facet przestaje być wyalienowany. Problem w tym, że ta jego czarodziejska jazda do niczego nie prowadzi. Wokół wali mu się życie i gdy bliscy ludzie zaczynają działać w sprawach z nim związanych, a on sam może i ma możliwość oddziaływania na nich, ale ewidentnie wszystko pieprzy.
Jak nie kijem go, to pałką.
Słabe aktorstwo niestety nie uprzyjemniło mi seansu, o ile jeszcze główny bohater grał jako tako, o tyle drogie panie skończyły chyba swoją edukację na teatrzyku szkolnym. Żadna z postaci mi się nie spodobała, a nawet nie zainteresowała. Podobnie jak cały film. Nic więc dziwnego, że musiałem robić sobie przerwy, a ciśnienie na pęcherz traktowałem z ulgą.
Na plus ładna muzyka. Chciałoby się powiedzieć: i piękne zdjęcia, jak to często idzie w parze, ale tak nie jest. Zdjęcia są przeciętnie, momentami operator machał kamerą jak głupi. Wywnioskowałem, że to po to by otrzymać artystyczne ujęcia, ale wyszło nijak.
I chociaż fabuła zaskakuje to jest to zmarnowane osiągnięcie, bo historia zupełnie nie potrafi zainteresować. Ot film o zwykłych problemach, zwykłego faceta, w które wkradły się moce nieczyste (już sam nie wiem jak to nazywać). Można by się tu doszukiwać sensu i głębszego przekazu, ale po co? To zbyt prosty problem na takie przekombinowanie.
Mam nadzieję, że ostatni raz oglądałem Ostatni blues, bo powtórki bym chyba nie zdzierżył.
Etykiety:
2002,
Az Utolsó blues,
Budapeszt,
Filmy.,
János Kulka,
Kraków,
ostatni blues,
Péter Gárdos,
polski,
recenzja,
węgierski,
zdrada
poniedziałek, 30 grudnia 2013
Koń turyński (A Torinói ló) 2011 reż. Béla Tarr
Wstyd przyznać, ale nie znam filozofii Nietzschego, a na niej bazuje w dużej mierze ten film. Dlatego też nie będę go recenzował, ani interpretował, a opiszę w luźny sposób. Zresztą interpretować ten film można na tysiąc różnych sposobów, więc czemu mój miałby być tym właściwym.
Tarr pokazuje nam tu sześć dni z życia starego niepełnosprawnego woźnicy i jego córki, mieszkających na odludziu, a także ich konia. W długich ujęciach poznajemy ich codzienne czynności, na które składają się: sen, praca, jedzenie, patrzenie się w okno, sen, itd.
Czarno-biały obraz i przejmująca, niemal straszna muzyka potęgują ponury nastrój filmu. Bohaterowie żyją w nędzy, a ich jałową egzystencję przez większość czasu wypełniają wyżej wymienione czynności. Nasuwa się pytanie po co w takim razie żyją, a właściwie wegetują? I chociaż ich codzienność nijak się ma do naszej (widzów), to czy aby na pewno? Pewne schematy się powtarzają.
W ciągu tych kilku dni zauważamy jednak pewne zachodzące zmiany. Najpierw koń odmawia jedzenia, prowadząc się do powolnej śmierci. Potem pojawia się sąsiad, który przychodząc po palinkę, toczy przed gospodarzem wywód na temat upadku ludzkości. Następnie spokój rodziny zakłóca pojawienie się Cyganów, a dzień później wyschnięcie studni. W końcu szóstego dnia nie wstaje słońce i znika ogień - na to nie ma już racjonalnego wytłumaczenia, musimy pogodzić się z faktem, że oto na naszych oczach dokonuje się powolnych koniec świata.
Ujęcia ciągną się jak to u Tarra całymi minutami, więc kiedy widzimy, że dziewczyna idzie do studni po wodę, to prześledzimy cały ten proces od początku do końca. Stałym elementem jest też wiatr, jego siłę poznajemy gdy dziewczyna wychodzi na dwór, ale słychać go również w domu.
To ciekawy obraz końca świata. Przy okazji - widzimy że najpierw wolę życia traci zwierzę, a dopiero później ludzie, którzy starają się przeżyć nawet w ekstremalnie trudnych warunkach. A szukawszy schronienia i tak w końcu wracają do domu - miejsca znanego.
Film jest ciężki w odbiorze i potrzebne jest do niego odpowiednie nastawienie, które pozwoli się wczuć w sytuację bohaterów, by razem z nimi przeżywać te ostatnie chwile istnienia. Mnie bardziej jednak podobało się Potępienie i Harmonie Werckmeistera.
Tarr pokazuje nam tu sześć dni z życia starego niepełnosprawnego woźnicy i jego córki, mieszkających na odludziu, a także ich konia. W długich ujęciach poznajemy ich codzienne czynności, na które składają się: sen, praca, jedzenie, patrzenie się w okno, sen, itd.
Czarno-biały obraz i przejmująca, niemal straszna muzyka potęgują ponury nastrój filmu. Bohaterowie żyją w nędzy, a ich jałową egzystencję przez większość czasu wypełniają wyżej wymienione czynności. Nasuwa się pytanie po co w takim razie żyją, a właściwie wegetują? I chociaż ich codzienność nijak się ma do naszej (widzów), to czy aby na pewno? Pewne schematy się powtarzają.
W ciągu tych kilku dni zauważamy jednak pewne zachodzące zmiany. Najpierw koń odmawia jedzenia, prowadząc się do powolnej śmierci. Potem pojawia się sąsiad, który przychodząc po palinkę, toczy przed gospodarzem wywód na temat upadku ludzkości. Następnie spokój rodziny zakłóca pojawienie się Cyganów, a dzień później wyschnięcie studni. W końcu szóstego dnia nie wstaje słońce i znika ogień - na to nie ma już racjonalnego wytłumaczenia, musimy pogodzić się z faktem, że oto na naszych oczach dokonuje się powolnych koniec świata.
Ujęcia ciągną się jak to u Tarra całymi minutami, więc kiedy widzimy, że dziewczyna idzie do studni po wodę, to prześledzimy cały ten proces od początku do końca. Stałym elementem jest też wiatr, jego siłę poznajemy gdy dziewczyna wychodzi na dwór, ale słychać go również w domu.
To ciekawy obraz końca świata. Przy okazji - widzimy że najpierw wolę życia traci zwierzę, a dopiero później ludzie, którzy starają się przeżyć nawet w ekstremalnie trudnych warunkach. A szukawszy schronienia i tak w końcu wracają do domu - miejsca znanego.
Film jest ciężki w odbiorze i potrzebne jest do niego odpowiednie nastawienie, które pozwoli się wczuć w sytuację bohaterów, by razem z nimi przeżywać te ostatnie chwile istnienia. Mnie bardziej jednak podobało się Potępienie i Harmonie Werckmeistera.
Etykiety:
2011,
A Torinói ló,
apokalipsa,
bela tarr,
Béla Tarr,
Filmy.,
koniec świata,
koń turyński,
László Krasznahorkai,
Nietzsche,
węgierski,
woźnica
czwartek, 28 listopada 2013
Mefisto (Mephisto) 1981 reż. István Szabó
Film ten oglądałem dawno temu i zupełnie mi się nie podobał, był męczący i długi. Uznałem wtedy że muszę do niego dorosnąć i miałem rację. Obejrzany nie dawno raz jeszcze sprawił mi wielką przyjemność i satysfakcje, może też po części dlatego, że dopiero niedawno (wstyd się przyznać) przeczytałem Fausta Goethego i dzięki temu lepiej mogłem zrozumieć fabułę dzieła Szabó.
Historia opowiada o karierze młodego niemieckiego aktora Hendrika Hoefgena, który ma ogromne ambicje i wybuchowy temperament. Jako że sympatyzuje z komunistami, bardzo zaangażowany jest w projekt teatru rewolucyjnego dla robotników w Hamburgu. Przede wszystkim jednak pragnie wyrwać się "z prowincji" i zdobyć sławę ogólnokrajową. Korzystając z koneksji zaczyna piąć się powoli po szczeblach kariery. Kiedy do władzy dochodzą naziści Hoefgen staje przed wyborem: zachować własne ideały czy układać się z hitlerowcami. Decyduje się na kompromisy.
Hendrik Hoefgen nie jest całkiem złym człowiekiem, co prawda donosi na ludzi, których nie lubi, ma napady szału, ale z drugiej strony widzimy że raz za razem, korzystając ze swojej pozycji i znajomości stara się pomagać starym przyjaciołom i pracownikom będącym ofiarami systemu. Niestety z biegiem czasu kariera okazuje się dla niego ważniejsza i godzi się rezygnować z tego w co dawniej wierzyć i co kochał. Powoli staje się marionetką władzy. Podobnie jest z teatrem, w nowych warunkach pozostaje mu zrezygnować niemal z wszystkich interesujących go sztuk, na rzecz dozwolonych przez władze. Jedyną odskocznią pozostaje Faust. Fabuła filmu przenika się z dramatem Goethego, tutaj również bohater zaprzedaje duszę diabłu - hitlerowcom.
To obraz zależności między kulturą, a polityką, która stara się wykorzystać artystów i sztukę do swoich celów propagandowych. Szczególnie widoczne jest to w przypadku państw totalitarnych, w tym wypadku III Rzeszy. Twórcy dają do zrozumienia do czego prowadzi zbytni oportunizm i wyrzekanie się własnych ideałów na rzecz ambicji, nie licząc się z kosztami.
Montaż jest ciekawy, ale nieco męczący. Następują nagłe przeskoki miejsca i czasu akcji, zachowany jest ciąg przyczynowo-skutkowy, więc można się do tego przyzwyczaić. Gra aktorska jest naprawdę rewelacyjna, szczególnie mam tu na myśli kreację Brandauera, ale dobrze wypadają również Cserhalmi, Janda i Hoppe odtwarzający rolę charyzmatycznego generała (nieco przerażający).
Historia opowiada o karierze młodego niemieckiego aktora Hendrika Hoefgena, który ma ogromne ambicje i wybuchowy temperament. Jako że sympatyzuje z komunistami, bardzo zaangażowany jest w projekt teatru rewolucyjnego dla robotników w Hamburgu. Przede wszystkim jednak pragnie wyrwać się "z prowincji" i zdobyć sławę ogólnokrajową. Korzystając z koneksji zaczyna piąć się powoli po szczeblach kariery. Kiedy do władzy dochodzą naziści Hoefgen staje przed wyborem: zachować własne ideały czy układać się z hitlerowcami. Decyduje się na kompromisy.
Hendrik Hoefgen nie jest całkiem złym człowiekiem, co prawda donosi na ludzi, których nie lubi, ma napady szału, ale z drugiej strony widzimy że raz za razem, korzystając ze swojej pozycji i znajomości stara się pomagać starym przyjaciołom i pracownikom będącym ofiarami systemu. Niestety z biegiem czasu kariera okazuje się dla niego ważniejsza i godzi się rezygnować z tego w co dawniej wierzyć i co kochał. Powoli staje się marionetką władzy. Podobnie jest z teatrem, w nowych warunkach pozostaje mu zrezygnować niemal z wszystkich interesujących go sztuk, na rzecz dozwolonych przez władze. Jedyną odskocznią pozostaje Faust. Fabuła filmu przenika się z dramatem Goethego, tutaj również bohater zaprzedaje duszę diabłu - hitlerowcom.
To obraz zależności między kulturą, a polityką, która stara się wykorzystać artystów i sztukę do swoich celów propagandowych. Szczególnie widoczne jest to w przypadku państw totalitarnych, w tym wypadku III Rzeszy. Twórcy dają do zrozumienia do czego prowadzi zbytni oportunizm i wyrzekanie się własnych ideałów na rzecz ambicji, nie licząc się z kosztami.
Montaż jest ciekawy, ale nieco męczący. Następują nagłe przeskoki miejsca i czasu akcji, zachowany jest ciąg przyczynowo-skutkowy, więc można się do tego przyzwyczaić. Gra aktorska jest naprawdę rewelacyjna, szczególnie mam tu na myśli kreację Brandauera, ale dobrze wypadają również Cserhalmi, Janda i Hoppe odtwarzający rolę charyzmatycznego generała (nieco przerażający).
Etykiety:
cserhalmi,
faust,
Filmy.,
goethe,
hoppe,
István Szabó,
janda,
mefisto,
naziści,
oscar,
sztuka,
teatr,
trylogia środkowoeuropejska,
węgierski
wtorek, 5 listopada 2013
Miłość (Szerelem) 1971 reż. Károly Makk
Na początku zirytował mnie nietypowy montaż. Z głównej bohaterki kamera przeskakiwała na chwilę na zbliżenia wyposażenia pokoju, ale i nie tylko. Ta seria migawek nie miała dla mnie sensu i uznałem, że twórca chciał sobie poeksperymentować. Z biegiem czasu zabieg ten okazał się celowy, w ten pomysłowy sposób twórcy uzupełniali narrację, przekazując widzowi dodatkowe, początkowo okryte tajemnicą fakty.
Film opowiada historię młodej kobiety Luci, której mąż trafił do więzienia z 10 letnim wyrokiem (polityczny). W tym czasie opiekuje się ona jego starą i schorowaną matką, wmawiając jej, że syn wyjechał robić karierę w Hollywood. Aby zapewnić teściowej odpowiedni komfort życia i uwierzytelnić kłamstwa, wyprzedaje swój dobytek.
Uzupełnieniem treści filmu są zdjęcia: ponure krajobrazy, zniszczonych ulic i domów, a także zła pogoda utrzymująca się przez cały czas.
Film opowiada historię młodej kobiety Luci, której mąż trafił do więzienia z 10 letnim wyrokiem (polityczny). W tym czasie opiekuje się ona jego starą i schorowaną matką, wmawiając jej, że syn wyjechał robić karierę w Hollywood. Aby zapewnić teściowej odpowiedni komfort życia i uwierzytelnić kłamstwa, wyprzedaje swój dobytek.
Relacja między kobietami zainteresowała mnie już od samego początku. Staruszka jest bardzo zrzędliwa co denerwuje synową, która odpowiada jej w zjadliwy sposób, by po chwili znów być życzliwą i pobłażliwą dla niej. Widać że kobiety łączy wyjątkowa więź, szczególnie zaangażowana jest Luca, która pomimo swojej ciężkiej sytuacji robi wszystko, by starszej pani niczego nie brakło. Powodowane jest to miłością i oddaniem do męża, ale i do samej teściowej.
To bardzo złożone postacie i z tym większą przyjemnością obserwuje się ich relacje. Nawet do tych irytujących migawek można się przyzwyczaić, bo zawierają wiele wskazówek i objaśnień fabuły, uzupełniając to co mówią (lub czego nie mówią) kobiety. Staruszka zdaje się zdawać sobie sprawę, że synowa ją okłamuje, ale nie mówi tego wprost. Zresztą jako inteligentna i oczytana kobieta, nie mogłaby "kupić" wszystkich bzdur, które Luca wypisuje w spreparowanych listach od syna.
To bardzo złożone postacie i z tym większą przyjemnością obserwuje się ich relacje. Nawet do tych irytujących migawek można się przyzwyczaić, bo zawierają wiele wskazówek i objaśnień fabuły, uzupełniając to co mówią (lub czego nie mówią) kobiety. Staruszka zdaje się zdawać sobie sprawę, że synowa ją okłamuje, ale nie mówi tego wprost. Zresztą jako inteligentna i oczytana kobieta, nie mogłaby "kupić" wszystkich bzdur, które Luca wypisuje w spreparowanych listach od syna.
Urzeka wielkie poświęcenie Luci. Na starszą panią jednak trudno się gniewać za jej zrzędliwą postawę, widać że kocha ona synową, a i jej wiek oraz wychowanie usprawiedliwiają zachowanie. Co ciekawe, Luca przy całej tej ciężkiej sytuacji nie traci poczucia humoru i pozostaje dowcipna. Pokazuje to jej hart ducha i chociaż co jakiś czas załamuje się to zaraz się podnosi i dalej działa.
Uzupełnieniem treści filmu są zdjęcia: ponure krajobrazy, zniszczonych ulic i domów, a także zła pogoda utrzymująca się przez cały czas.
Poruszający jest obraz Jánosa przemierzającego Budapeszt po wyjściu z więzienia. Widać że wszystko jest dla niego zupełnym zaskoczeniem, zdezorientowany porusza się po mieście tak jakby był w nim pierwszy raz. Najtrudniejszym okazuje się spotkanie z żoną i wiadomość o śmierci matki. Mimo to film kończy się happy endem, bo chociaż bohaterowie stracili niemal wszystko (mieszkanie, majątek, matkę, zdrowie i czas) to widzą przed sobą perspektywę dalszego życia, a ich miłość triumfuje.
Etykiety:
1971,
Budapeszt,
dramat,
film,
Filmy.,
Károly Makk,
komunizm,
Luca,
miłość,
psychologiczny,
recenzja,
szerelem,
węgierski,
więzień polityczny,
WRL
niedziela, 3 listopada 2013
Los utracony (Sorstalanság) 2005 reż. Lajos Koltai
Ekranizacja nie może się mierzyć z książką, gdyż dominująca rola przypada w niej narracji. Chociaż zadbano o nią w filmie, to z oczywistych względów (ograniczenia czasowe) paść mogły tylko najważniejsze kwestie. Mówi się, że jedno zdjęcia zastępuje tysiąc słów, myślę jednak że opisy bohatera w książce lepiej, a w każdym razie inaczej przedstawiały obozową rzeczywistość. Bardzo zadbano o szczegóły, w sumie nic dziwnego skoro sam Imre Kertész napisał scenariusz.
Zaskakuje rozmach z jakim nakręcono ten film. Dziesiątki jak nie setki statystów, świetne kostiumy, rekwizyty i scenografie pasujące do epoki. Przywykłem już do tego w węgierskich produkcjach, ale zawsze lubię głośno to wspomnieć (w przeciwieństwie do polskich gniotów, które robi się "na odwal się"). Można odnieść wrażenie, że obraz jest czarno-biały, ale to tylko wrażenie i dzięki temu spotęgowany jest ponury nastrój.
Filmowy Gyurka zdaje się nie być taki naiwny jak pierwowzór, ale to tylko dla tego, że nie jesteśmy w stanie usłyszeć wszystkich jego myśli. Bez ciągłej narracji z jego strony trudno uzyskać ten sam efekt co w książce. Całość jest dokładnie odwzorowana, z tym że spłycona i pozbawiona wielu wątków czy też przemyśleń bohatera. Rozumiem jednak, ze inaczej się nie dało - film i tak ma ponad dwie godziny.
Swoją drogą, najpierw warto przeczytać powieść, a zaraz po niej wziąć się za film, można wtedy wyłapać wiele drobnych elementów, na które nie zwrócilibyśmy uwagi w innym wypadku. W którymś momencie odniosłem wrażenie, że twórcy postawili bardziej na robienie nastroju, niż faktyczne przedstawianie problemów. I tak, w czasie transportu koleją mamy bardzo malownicze zdjęcia (Koltai to operator z czterdziestoletnim stażem), ale ludzie wyglądają na wypoczętych i zdrowych, zamiast wycieńczonych. Potem, już w obozie, się to zmienia.
Przechodzimy do sprawy najbardziej kontrowersyjnej. W książce Kertész wyjątkowo oczernił Węgrów, zapominając przy tym oskarżać Niemców. Tu Węgrzy pokazani są zarówno w złym (żandarm który chce wyłudzić kosztowności na granicy) jak i dobrym świetle (policjant, który skinieniem nakłania Gyurkę do ucieczki, majster z fabryki, który upomina się o chłopców).
Podsumowując, książka bardziej szokuje. Film jest wierną kopią, ale bardzo okrojoną. Dużym plusem jest scenariusz - fabuła est przedstawiona w sposób bardziej przystępny i składny (w powieści momentami zalatywało bełkotem).
Zaskakuje rozmach z jakim nakręcono ten film. Dziesiątki jak nie setki statystów, świetne kostiumy, rekwizyty i scenografie pasujące do epoki. Przywykłem już do tego w węgierskich produkcjach, ale zawsze lubię głośno to wspomnieć (w przeciwieństwie do polskich gniotów, które robi się "na odwal się"). Można odnieść wrażenie, że obraz jest czarno-biały, ale to tylko wrażenie i dzięki temu spotęgowany jest ponury nastrój.
Filmowy Gyurka zdaje się nie być taki naiwny jak pierwowzór, ale to tylko dla tego, że nie jesteśmy w stanie usłyszeć wszystkich jego myśli. Bez ciągłej narracji z jego strony trudno uzyskać ten sam efekt co w książce. Całość jest dokładnie odwzorowana, z tym że spłycona i pozbawiona wielu wątków czy też przemyśleń bohatera. Rozumiem jednak, ze inaczej się nie dało - film i tak ma ponad dwie godziny.
Swoją drogą, najpierw warto przeczytać powieść, a zaraz po niej wziąć się za film, można wtedy wyłapać wiele drobnych elementów, na które nie zwrócilibyśmy uwagi w innym wypadku. W którymś momencie odniosłem wrażenie, że twórcy postawili bardziej na robienie nastroju, niż faktyczne przedstawianie problemów. I tak, w czasie transportu koleją mamy bardzo malownicze zdjęcia (Koltai to operator z czterdziestoletnim stażem), ale ludzie wyglądają na wypoczętych i zdrowych, zamiast wycieńczonych. Potem, już w obozie, się to zmienia.
Przechodzimy do sprawy najbardziej kontrowersyjnej. W książce Kertész wyjątkowo oczernił Węgrów, zapominając przy tym oskarżać Niemców. Tu Węgrzy pokazani są zarówno w złym (żandarm który chce wyłudzić kosztowności na granicy) jak i dobrym świetle (policjant, który skinieniem nakłania Gyurkę do ucieczki, majster z fabryki, który upomina się o chłopców).
Podsumowując, książka bardziej szokuje. Film jest wierną kopią, ale bardzo okrojoną. Dużym plusem jest scenariusz - fabuła est przedstawiona w sposób bardziej przystępny i składny (w powieści momentami zalatywało bełkotem).
Etykiety:
2005,
dramat,
ekranizacja,
Filmy.,
holocaust,
Imre Kertész,
Lajos Koltai,
los utracony,
obóz koncentracyjny,
Sorstalanság,
węgierski,
Zeitz,
Żydzi
sobota, 19 października 2013
Świadek (A Tanú) 1969 reż. Péter Bacsó
Spodziewałem się nudnawego dramatu, a otrzymałem rewelacyjną filmową satyrę obnażającą absurdy systemu komunistycznego, a stalinizmu w szczególności.
Akcja toczy się w okresie stalinizmu na Węgrzech. Film opowiada historię Józefa Pelikana, strażnika wałów, który pilnuje, by Dunaj nie wylał. Jest człowiekiem spokojnym, spolegliwym i prostodusznym. Jego życie zostaje wywrócone do góry nogami po tym jak pomaga znajomemu dygnitarzowi komunistycznemu i przypadkiem wychodzi na jaw, że nielegalnie ubija świnie. Na skutek tego trafia do więzienia i w łapy służby bezpieczeństwa, która ma wobec niego szczególne plany...
Twórcy bez pardonu obnażają i wykpiwają wszelkie "wypaczenia" władzy. To nie drobne żarciki z pustych pólek w sklepach, jak u Barei. Péter Bacsó wywleka na światło dzienne dużo gorsze fakty: używanie przemocy przez milicję, kara śmierci za błahe wykroczenia, donosy i werbowanie agentów, łagry, wyroki wydawane jeszcze przed rozprawą, pokazowe rozprawy i wiele więcej. Aż nie chce się wierzyć, że odważył się na to, bo chociaż okres stalinowski został potępiony, ale wiele ofiar zrehabilitowanych, to jednak nie wydawało się bezpiecznym wyciągać wszelkich brudów. Szczęśliwie Bacsó nie spotkał los podobny do swojego bohatera Józefa Pelikana i dalej mógł kręcić filmy. Świadek jednak przez długie lata miał pozostać półkownikiem.
Humor w tym filmie jest naprawdę niezły. Cały myk polega głównie na konfrontacji prostodusznego Pelikana ze skomplikowaną machiną służb bezpieczeństwa i biurokracji. Jego działania uwidaczniają wszelkie absurdy, wewnętrzne sprzeczności i łajdactwa systemu. Dodatkowego smaczku dodają plansze z ironicznymi komentarzami tekstowymi, co jakiś czas podsumowujące lub wyjaśniające fabułę.
Akcja postępuje szybko, fabuła jest ciekawa i zaskakująca, nie sposób przewidzieć czegokolwiek. Absurd goni absurd. Myślę że porównania do Barei, na które natrafiałem są zupełnie chybione, tutaj przedstawione są poważne problemy i historie, a mimo to całość ukazana z humorem. Główny bohater zaś do końca pozostaje beztroski i spokojny, nawet w obliczu największego zagrożenia.
Szczególnie dwóch aktorów zabłysnęło w tym filmie: Ferenc Kállai grający Pelikana i Lajos Öze grający towarzysza Árpáda Virága. To ich duet i wzajemne oddziaływanie jest budulcem całego obrazu.
Chciałbym przytoczyć fragment dialogu (niedokładnie, ale z zachowaniem sensu):
Towarzysz A.V: na czym się znacie?
J.Pelikan: na niczym.
T. A.V.: lubicie naszego wielkiego, mądrego wodza?
J.P.: pewno.
T.A.V.: to dacie sobie radę.
I tak Pelikan został dyrektorem pływalni.
Albo jeszcze takie wyjaśnienie dlaczego posadzili biletera:
"matka biletera była kochanką młynarza kułaka".
Na koniec, z ciekawostek jeszcze powiem: zauważyłem, że w ogródku piwnym mężczyźni wyraźnie stuknęli się kuflami z piwem, co jest wbrew węgierskiemu obyczajowi.
No i nie byłbym sobą gdybym nie wychwycił naszej Nyski na budapeszteńskiej ulicy. Z tym że jeszcze starego typu:
Akcja toczy się w okresie stalinizmu na Węgrzech. Film opowiada historię Józefa Pelikana, strażnika wałów, który pilnuje, by Dunaj nie wylał. Jest człowiekiem spokojnym, spolegliwym i prostodusznym. Jego życie zostaje wywrócone do góry nogami po tym jak pomaga znajomemu dygnitarzowi komunistycznemu i przypadkiem wychodzi na jaw, że nielegalnie ubija świnie. Na skutek tego trafia do więzienia i w łapy służby bezpieczeństwa, która ma wobec niego szczególne plany...
Twórcy bez pardonu obnażają i wykpiwają wszelkie "wypaczenia" władzy. To nie drobne żarciki z pustych pólek w sklepach, jak u Barei. Péter Bacsó wywleka na światło dzienne dużo gorsze fakty: używanie przemocy przez milicję, kara śmierci za błahe wykroczenia, donosy i werbowanie agentów, łagry, wyroki wydawane jeszcze przed rozprawą, pokazowe rozprawy i wiele więcej. Aż nie chce się wierzyć, że odważył się na to, bo chociaż okres stalinowski został potępiony, ale wiele ofiar zrehabilitowanych, to jednak nie wydawało się bezpiecznym wyciągać wszelkich brudów. Szczęśliwie Bacsó nie spotkał los podobny do swojego bohatera Józefa Pelikana i dalej mógł kręcić filmy. Świadek jednak przez długie lata miał pozostać półkownikiem.
Humor w tym filmie jest naprawdę niezły. Cały myk polega głównie na konfrontacji prostodusznego Pelikana ze skomplikowaną machiną służb bezpieczeństwa i biurokracji. Jego działania uwidaczniają wszelkie absurdy, wewnętrzne sprzeczności i łajdactwa systemu. Dodatkowego smaczku dodają plansze z ironicznymi komentarzami tekstowymi, co jakiś czas podsumowujące lub wyjaśniające fabułę.
Cytryna, czyli nowa, węgierska pomarańcza. Zagraliśmy na nosie imperialistom!
Akcja postępuje szybko, fabuła jest ciekawa i zaskakująca, nie sposób przewidzieć czegokolwiek. Absurd goni absurd. Myślę że porównania do Barei, na które natrafiałem są zupełnie chybione, tutaj przedstawione są poważne problemy i historie, a mimo to całość ukazana z humorem. Główny bohater zaś do końca pozostaje beztroski i spokojny, nawet w obliczu największego zagrożenia.
Szczególnie dwóch aktorów zabłysnęło w tym filmie: Ferenc Kállai grający Pelikana i Lajos Öze grający towarzysza Árpáda Virága. To ich duet i wzajemne oddziaływanie jest budulcem całego obrazu.
Chciałbym przytoczyć fragment dialogu (niedokładnie, ale z zachowaniem sensu):
Towarzysz A.V: na czym się znacie?
J.Pelikan: na niczym.
T. A.V.: lubicie naszego wielkiego, mądrego wodza?
J.P.: pewno.
T.A.V.: to dacie sobie radę.
I tak Pelikan został dyrektorem pływalni.
Albo jeszcze takie wyjaśnienie dlaczego posadzili biletera:
"matka biletera była kochanką młynarza kułaka".
No i nie byłbym sobą gdybym nie wychwycił naszej Nyski na budapeszteńskiej ulicy. Z tym że jeszcze starego typu:
Etykiety:
1969,
A Tanú,
absurd,
dramat,
Ferenc Kállai,
film,
Filmy.,
János Zsombolyai,
komedia,
Lajos Öze,
Péter Bacsó,
półkownik,
satyra,
stalinizm,
świadek,
tanu,
węgierski
poniedziałek, 14 października 2013
Białe dłonie (Fehér tenyér) 2006 reż. Szabolcs Hajdu
To historia młodego węgierskiego gimnastyka Miklósa Dongó, który jedzie do Kanady, by zająć się trenowaniem dzieci i młodzieży. Ostatecznie zostaje mu przydzielony nastoletni buntownik, który choć uzdolniony sprawia ogromne problemy. W końcu jednak Miklósowi udaje się znaleźć z nim wspólny język, a przy tym pokonać własne lęki. To jedna strona filmu, ale pokazywane jest też dzieciństwo Miklósa, kiedy zmuszany był do nadludzkiego wysiłku, przez rodziców przerzucających na niego swoje niezdrowe ambicje i trenera, który maltretował go psychicznie i fizycznie.
Film jest świetnie zrealizowany i opowiada naprawdę mocną historię, która może poruszyć widza. Problem w tym, że temat jest wtórny. Zapewne po przeczytaniu powyższego krótkiego opisu skojarzyło Wam się kilka znajomych filmów. No właśnie, to jedyny mankament Białe dłonie nie mają czym nas zaskoczyć. Chore ambicje rodziców przenoszone na dzieci? Znamy. Trener sadysta, bezkarnie dręczący dzieciaki? Znamy. Praca z trudną młodzieżą? Znamy. Powrót "na ring" po latach? Znamy. Długo mógłbym wymieniać. Niestety fabuła jest na wskroś przewidywalna.
Czy powinno nas to zrażać? Niekoniecznie. Jak już napisałem film jest świetnie zrealizowany. Mimo iż nie występują w nim wielkie gwiazdy węgierskiego srebrnego ekranu, to do gry aktorskiej nie można się przyczepić. Całość jest dość surowa, ale taka ma właśnie być. Film ma klimat i nie nudzi. Dodatkowym smaczkiem jest to, że miłośnicy gimnastyki mogą nacieszyć oczy efektownymi wyczynami gimnastyków.
Mnie do refleksji skłoniło zachowanie chłopaka, który mimo iż otoczenie robiło wszystko by obrzydzić mu gimnastykę, nie zrezygnował z tego i dalej ćwiczył. Często zadowalał w ten sposób rodziców, bądź trenera (który mimo wszystko go cenił), ale w rzeczywistości robił to tylko dla siebie i nawet bez wywieranej presji podnosiłby swoje umiejętności.
Film jest świetnie zrealizowany i opowiada naprawdę mocną historię, która może poruszyć widza. Problem w tym, że temat jest wtórny. Zapewne po przeczytaniu powyższego krótkiego opisu skojarzyło Wam się kilka znajomych filmów. No właśnie, to jedyny mankament Białe dłonie nie mają czym nas zaskoczyć. Chore ambicje rodziców przenoszone na dzieci? Znamy. Trener sadysta, bezkarnie dręczący dzieciaki? Znamy. Praca z trudną młodzieżą? Znamy. Powrót "na ring" po latach? Znamy. Długo mógłbym wymieniać. Niestety fabuła jest na wskroś przewidywalna.
Czy powinno nas to zrażać? Niekoniecznie. Jak już napisałem film jest świetnie zrealizowany. Mimo iż nie występują w nim wielkie gwiazdy węgierskiego srebrnego ekranu, to do gry aktorskiej nie można się przyczepić. Całość jest dość surowa, ale taka ma właśnie być. Film ma klimat i nie nudzi. Dodatkowym smaczkiem jest to, że miłośnicy gimnastyki mogą nacieszyć oczy efektownymi wyczynami gimnastyków.
Mnie do refleksji skłoniło zachowanie chłopaka, który mimo iż otoczenie robiło wszystko by obrzydzić mu gimnastykę, nie zrezygnował z tego i dalej ćwiczył. Często zadowalał w ten sposób rodziców, bądź trenera (który mimo wszystko go cenił), ale w rzeczywistości robił to tylko dla siebie i nawet bez wywieranej presji podnosiłby swoje umiejętności.
Etykiety:
2006,
akrobata,
białe dłonie,
Debreczyn,
dramat,
feher tenyer,
Fehér tenyér,
film,
Filmy.,
gimnastyk,
gimnastyka,
sportowy,
Szabolcs Hajdu,
trener,
trening,
węgierski
niedziela, 13 października 2013
Wróbelek Wili (Vili, a veréb) 1989 reż. József Gémes
Na YouTube wyczaiłem... nie, nie, kłamię Was. Na Filmwebie wyczaiłem ten tytuł i próbowałem go znaleźć gdzieś po polsku. Bez skutku, chociaż polski plakat do filmu jest, więc i tłumaczenie kiedyś musiało powstać skoro to u nas grali. Nieważne. Zdecydowałem się oglądać w oryginale. I w tym momencie dochodzimy do YT :D
Jestem pewien że lata temu to widziałem. Tylko gdzie? Na polskiej czy niemieckiej TV?
Film opowiada historię dziesięcioletniego chłopca imieniem Wili, który marzy o tym by zostać myśliwym. "Przygotowując się" do tego znęca się nad swoim kotem i strzela z wiatrówki do wróbli. Świadkiem tego jest pewna starsza pani, która okazuje się... nazwijmy ją czarodziejką. Aby nauczyć Wiliego szacunku dla zwierząt zamienia go we wróbelka, niestety z braku magicznego proszku nie może dokończyć zaklęcia i wychodzi po nową puszkę specyfiku, zostawiają chłopca pod postacią ptaka samego. W tym momencie do akcji wchodzi mściwa kocica, a Wili musi uciekać, przy czym nie potrafi jeszcze latać. I tak zaczyna się jego budapeszteńska przygoda w czasie której pozna inne wróble, z którymi się zaprzyjaźni, a wśród nauczyciela imieniem Cipur, który nauczy go latać w zamian za naukę czytania.
Fabuła jest prosta i pouczająca. Przygody Wiliego nie nudzą, można się przy nich zrelaksować i miło spędzić czas. Bo chociaż to przede wszystkim film dla dzieci, to myślę, że i dla dorosłych nie był by najgorszy, w każdym razie nie jedną hollywódzką szmirę bije na głowę.
Kolejna sprawa to rewelacyjna kreska i kolory, wyglądają bardzo zachęcająco. Byłem pod wrażeniem przypomniawszy sobie naszego Bolka i Lolka czy Reksio (biorę już pod uwagę te późniejsze z końca lat 80'), które zawsze mnie i moich rówieśników odstraszały (nie mówcie, że nie, kiedy byłem mały niemal tylko to na dobranockę leciało, więc wiem co mówię).
Film ma mocny przekaz moralizatorski i chociaż już dzisiaj wygląda trochę archaicznie, to myślę że dałby radę się obronić w oczach najmłodszych widzów.
Na koniec wisienka na torcie. Znacie już to moje zboczenie: zawsze zwracam uwagę na polskie samochody w węgierskich filmach. Tym razem również udało mi się dwa złapać, chociaż w życiu nie spodziewałbym się rozpoznawalnie odwzorowanych polskich aut a kreskówce. A jeśli jesteśmy przy szczegółach, to miłośników Budapesztu powinno zainteresować, że akcja filmu toczy się właśnie w tym mieście i rewelacyjnie oddano jego topografię.
Parę screenów:
Jestem pewien że lata temu to widziałem. Tylko gdzie? Na polskiej czy niemieckiej TV?
Film opowiada historię dziesięcioletniego chłopca imieniem Wili, który marzy o tym by zostać myśliwym. "Przygotowując się" do tego znęca się nad swoim kotem i strzela z wiatrówki do wróbli. Świadkiem tego jest pewna starsza pani, która okazuje się... nazwijmy ją czarodziejką. Aby nauczyć Wiliego szacunku dla zwierząt zamienia go we wróbelka, niestety z braku magicznego proszku nie może dokończyć zaklęcia i wychodzi po nową puszkę specyfiku, zostawiają chłopca pod postacią ptaka samego. W tym momencie do akcji wchodzi mściwa kocica, a Wili musi uciekać, przy czym nie potrafi jeszcze latać. I tak zaczyna się jego budapeszteńska przygoda w czasie której pozna inne wróble, z którymi się zaprzyjaźni, a wśród nauczyciela imieniem Cipur, który nauczy go latać w zamian za naukę czytania.
Fabuła jest prosta i pouczająca. Przygody Wiliego nie nudzą, można się przy nich zrelaksować i miło spędzić czas. Bo chociaż to przede wszystkim film dla dzieci, to myślę, że i dla dorosłych nie był by najgorszy, w każdym razie nie jedną hollywódzką szmirę bije na głowę.
Kolejna sprawa to rewelacyjna kreska i kolory, wyglądają bardzo zachęcająco. Byłem pod wrażeniem przypomniawszy sobie naszego Bolka i Lolka czy Reksio (biorę już pod uwagę te późniejsze z końca lat 80'), które zawsze mnie i moich rówieśników odstraszały (nie mówcie, że nie, kiedy byłem mały niemal tylko to na dobranockę leciało, więc wiem co mówię).
Film ma mocny przekaz moralizatorski i chociaż już dzisiaj wygląda trochę archaicznie, to myślę że dałby radę się obronić w oczach najmłodszych widzów.
Na koniec wisienka na torcie. Znacie już to moje zboczenie: zawsze zwracam uwagę na polskie samochody w węgierskich filmach. Tym razem również udało mi się dwa złapać, chociaż w życiu nie spodziewałbym się rozpoznawalnie odwzorowanych polskich aut a kreskówce. A jeśli jesteśmy przy szczegółach, to miłośników Budapesztu powinno zainteresować, że akcja filmu toczy się właśnie w tym mieście i rewelacyjnie oddano jego topografię.
Parę screenów:
wtorek, 1 października 2013
Czkawka (Hukkle) 2002 reż. György Pálfi
Najchętniej zacząłbym te recenzję od jakiegoś porównania, niestety nic nie przychodzi mi do głowy.
Czkawka to nietypowy kryminał. Na tle życia codziennego pewnej zapomnianej węgierskiej wsi pokazuje śledztwo prowadzone przez miejscowego policjanta w sprawie śmierci jednego z mieszkańców.
Podobnie jak u Béli Tarra, fabuła jest tutaj zaszyfrowana, chociaż w inny sposób. György Pálfi przedstawia nam obraz biednej, lecz z pozoru spokojnej wsi, gdzie wszystko idzie swoim tempem, zdając się być niezmienne od lat.
W zasadzie od początku do końca widzimy codzienne czynności i pracę mieszkańców. Film jest bez dialogów i zbędnych komentarzy, a mimo wszystko fabuła jest zrozumiała i logicznie poprowadzona. Na pierwszy rzut oka ujawniają się drobne łajdactwa i machlojki bohaterów, są to jednak drobne grzeszki na, które można przymknąć oko, ale... na które należy zwracać uwagę.
Reżyser parokrotnie daje nam do zrozumienia, że nie wszystko musi być takim jakim nam się wydaje (któż by się spodziewał, że w mące prócz zmielonego zboża może być coś ekstra...). Nawet najoczywistsze sprawy mogą mieć drugie dno.
Najciekawszym wątkiem filmu (i na pozór jedynym istotnym) jest śledztwo w sprawie zabójstwa, które prowadzi miejscowy policjant. Jego tempo w zupełności pokrywa się z tym jakim żyje wieś. Daje to ciekawy efekt - kryminału, ale zupełnie innego od tych które znamy z hollywódzkich produkcji. Może oto chodziło Pálfiemu i z przekory wobec schematu, postanowił dodać ten wątek.
Istotna jest piosenka na końcu, która wyjaśnia widzowi parę rzeczy, a jednocześnie podpowiada co nieco policjantowi.
Nie chciałbym zdradzać całej historii, ani zbytnio się zagalopowywać w interpretacjach. Jeśli lubicie spokojne i refleksyjne filmy, to polecam.
Pokuszę się jednak o pewne porównanie. Podobnie jak przy Dziesięciu tysiącach dni Ferenca Kósy i tutaj mamy przedstawiony dokładny obraz wsi, można by powiedzieć, że niemal dokumentalny. Czkawka liczy sobie już 11 lat, a według moich obserwacji wiele węgierskich wsi nadal wygląda jak ta przedstawiona w tym filmie.
Przy okazji dochodzę do wniosku, że nawet filmy potwierdzają to o czym czasem mówią Węgrzy: Węgry to tylko Budapeszt i wsie. Coś jest na rzeczy skoro drugim co do wielkości miastem Węgier jest Debreczyn z... 200 000 mieszkańców (dla porównania Budapeszt - 1,7 mln). I tak też, scenerią węgierskich filmów są na ogół miasto stołeczne lub wsie.
Czkawka to nietypowy kryminał. Na tle życia codziennego pewnej zapomnianej węgierskiej wsi pokazuje śledztwo prowadzone przez miejscowego policjanta w sprawie śmierci jednego z mieszkańców.
Podobnie jak u Béli Tarra, fabuła jest tutaj zaszyfrowana, chociaż w inny sposób. György Pálfi przedstawia nam obraz biednej, lecz z pozoru spokojnej wsi, gdzie wszystko idzie swoim tempem, zdając się być niezmienne od lat.
W zasadzie od początku do końca widzimy codzienne czynności i pracę mieszkańców. Film jest bez dialogów i zbędnych komentarzy, a mimo wszystko fabuła jest zrozumiała i logicznie poprowadzona. Na pierwszy rzut oka ujawniają się drobne łajdactwa i machlojki bohaterów, są to jednak drobne grzeszki na, które można przymknąć oko, ale... na które należy zwracać uwagę.
Reżyser parokrotnie daje nam do zrozumienia, że nie wszystko musi być takim jakim nam się wydaje (któż by się spodziewał, że w mące prócz zmielonego zboża może być coś ekstra...). Nawet najoczywistsze sprawy mogą mieć drugie dno.
Najciekawszym wątkiem filmu (i na pozór jedynym istotnym) jest śledztwo w sprawie zabójstwa, które prowadzi miejscowy policjant. Jego tempo w zupełności pokrywa się z tym jakim żyje wieś. Daje to ciekawy efekt - kryminału, ale zupełnie innego od tych które znamy z hollywódzkich produkcji. Może oto chodziło Pálfiemu i z przekory wobec schematu, postanowił dodać ten wątek.
Istotna jest piosenka na końcu, która wyjaśnia widzowi parę rzeczy, a jednocześnie podpowiada co nieco policjantowi.
Nie chciałbym zdradzać całej historii, ani zbytnio się zagalopowywać w interpretacjach. Jeśli lubicie spokojne i refleksyjne filmy, to polecam.
Pokuszę się jednak o pewne porównanie. Podobnie jak przy Dziesięciu tysiącach dni Ferenca Kósy i tutaj mamy przedstawiony dokładny obraz wsi, można by powiedzieć, że niemal dokumentalny. Czkawka liczy sobie już 11 lat, a według moich obserwacji wiele węgierskich wsi nadal wygląda jak ta przedstawiona w tym filmie.
Przy okazji dochodzę do wniosku, że nawet filmy potwierdzają to o czym czasem mówią Węgrzy: Węgry to tylko Budapeszt i wsie. Coś jest na rzeczy skoro drugim co do wielkości miastem Węgier jest Debreczyn z... 200 000 mieszkańców (dla porównania Budapeszt - 1,7 mln). I tak też, scenerią węgierskich filmów są na ogół miasto stołeczne lub wsie.
Etykiety:
2002,
Czkawka,
dokumentalny,
dramat,
drugie dno,
etnograficzny,
film,
Filmy.,
György Pálfi,
Hukkle,
kryminał,
śledztwo,
węgierska,
węgierski,
wieś
sobota, 28 września 2013
Ja, inny. Kronika przemiany - Imre Kertész [recenzja książki]
Poprzednie książki Kertésza, które czytałem (Język na wygnaniu i Likwidacja) zrobiły na mnie duże wrażenie i oceniam je pozytywnie. Może z tego powodu nastawiłem się również dobrze do Ja, inny. i niestety się zawiodłem.
To zbiór luźnych przemyśleń autora, które w sposób bardziej obszerny możemy poznać w innych jego dziełach (czy to późniejszych czy wcześniejszych). Tutaj przeskakuje z tematu na temat, co moim zdaniem jest niesamowicie męczące. Chwilami można nawet odnieść wrażenie, że kończy rozpoczętą myśl w pół zdania.
To ciekawy "pokaz slajdów" z paru lat jego życia (lata 90') - jego pracy i podróży. Jeśli zebrać to jednak w całość, to wyłania się obraz człowieka, który nie ma własnej tożsamości, nie czuje się ani Węgrem, ani Żydem, choć tego ostatniego by chciał.
I choć tytuł mówi nam "Kronika przemiany", to ja żadnej przemiany nie widzę. Kertész zdaje się cały czas stać w miejscu, nie mogąc znaleźć dla siebie innej roli w życiu.
To zbiór luźnych przemyśleń autora, które w sposób bardziej obszerny możemy poznać w innych jego dziełach (czy to późniejszych czy wcześniejszych). Tutaj przeskakuje z tematu na temat, co moim zdaniem jest niesamowicie męczące. Chwilami można nawet odnieść wrażenie, że kończy rozpoczętą myśl w pół zdania.
To ciekawy "pokaz slajdów" z paru lat jego życia (lata 90') - jego pracy i podróży. Jeśli zebrać to jednak w całość, to wyłania się obraz człowieka, który nie ma własnej tożsamości, nie czuje się ani Węgrem, ani Żydem, choć tego ostatniego by chciał.
I choć tytuł mówi nam "Kronika przemiany", to ja żadnej przemiany nie widzę. Kertész zdaje się cały czas stać w miejscu, nie mogąc znaleźć dla siebie innej roli w życiu.
Etykiety:
Aushwitz,
holocaust,
Imre Kertész,
Ja inny,
kronika przemiany,
Książki.,
lata 90',
przemiany ustrojowe,
węgierski,
Węgry,
Żyd,
Żydzi
niedziela, 22 września 2013
Papryka, sex i rock’n’roll (Made in Hungária) 2009 reż. Gergely Fonyó
Z filmem tym wiązałem spore nadzieje. Już sam pomysł zdawał się wnosić sporo świeżości, bo oto i musical z rozmachem. Tego jeszcze nie grali! I chociaż nie lubię tego gatunku, w końcu się przemogłem. Czego to się nie robi dla nauki...
Fabuła jest z pozoru prosta. Rodzina Fenyö wraca na Węgry w połowie lat 60'. Nastoletni Miklós przywozi ze sobą amerykańskie ubrania, płyty i styl bycia. Nie budzi to zachwytu lokalnych władz, za to czyni bożyszczem wśród rówieśników. W nowym środowisku sposobem na przeżycie staje się dla niego rock'n'roll.
Tak to wygląda. Ze względu na moją niechęć do wszelkich filmowych pląsów i śpiewów, na obiektywizm musiałem się wysilić, tym bardziej tutaj, gdzie zjawiska te przybrały skalę masową.
Skupmy się na zaletach (film zrobiony jest w specyficzny sposób, więc ciężko mi go oceniać, a nie chciałbym wydawać negatywnej opinii spowodowanej jedynie moją wewnętrzną niechęcią). Świetne zdjęcia (podobnie jak przy Wolność i miłość), operator Sándor Csukás powinien dostać za nie jakąś nagrodę. Pierwsza scena z samolotem jest urzekająca i taka hollywódzka wręcz. Zadbano o odwzorowanie realiów epoki: stare samochody, ubrania, budynki, szyldy, ludzka mentalność na miarę buraka cukrowego. Wszystko jest jak należy - nie jedna polska produkcja historyczna, nie może się równać z tym musicalem.
Dalej, obsada. Myślę że nie łatwo jest śpiewać, tańczyć, wygłupiać się, od czasu do czasu przybrać poważną minę, i tak w kółko. A jednak się udało. Gra aktorska według mnie wypadła całkiem przekonująco i naturalnie. Wszystko jest podkolorowane i pokazane na wesoło. Twórcy trzymają się tej konwencji przez prawie cały film. Dopiero przy końcu zaczyna się robić poważnie, co wprowadza trochę zamętu, gdy już przyzwyczailiśmy się do nieustannego pajacowania bohaterów.
Postacie są przejaskrawione. Partyjniak, tajniak, milicjanci - wyglądają jak żywcem wzięci z dowcipów. Nadaje to pewien klimat i pasuje do obrazu całości (chociaż pod koniec, przesłuchanie na komisariacie wypada dość realistycznie i brutalnie). Momentami jest naprawdę zabawnie i można się pośmiać z osób i sytuacji. Młodzież również wprasowuje się w pewien schemat, mamy popularnego kolesia, badassa, dziewczyny imprezowe, dziewczyny ułożone i z zasadami, frajerów, itd. To daje nam ciekawy przekrój osobowości, które mieszają się w sposób wybuchowy.
Fabuła prowadzona jest w ciekawy sposób, co jakiś czas zaskakuje - twórcy nie odkrywają od razu wszystkich kart. Nudzić się w każdym razie nie można. To świetna pozycja dla miłośników gatunku i powód do chwały dla węgierskiej kinematografii - Amerykanie nie mają monopolu na tego typu filmy.
Fabuła jest z pozoru prosta. Rodzina Fenyö wraca na Węgry w połowie lat 60'. Nastoletni Miklós przywozi ze sobą amerykańskie ubrania, płyty i styl bycia. Nie budzi to zachwytu lokalnych władz, za to czyni bożyszczem wśród rówieśników. W nowym środowisku sposobem na przeżycie staje się dla niego rock'n'roll.
Tak to wygląda. Ze względu na moją niechęć do wszelkich filmowych pląsów i śpiewów, na obiektywizm musiałem się wysilić, tym bardziej tutaj, gdzie zjawiska te przybrały skalę masową.
Skupmy się na zaletach (film zrobiony jest w specyficzny sposób, więc ciężko mi go oceniać, a nie chciałbym wydawać negatywnej opinii spowodowanej jedynie moją wewnętrzną niechęcią). Świetne zdjęcia (podobnie jak przy Wolność i miłość), operator Sándor Csukás powinien dostać za nie jakąś nagrodę. Pierwsza scena z samolotem jest urzekająca i taka hollywódzka wręcz. Zadbano o odwzorowanie realiów epoki: stare samochody, ubrania, budynki, szyldy, ludzka mentalność na miarę buraka cukrowego. Wszystko jest jak należy - nie jedna polska produkcja historyczna, nie może się równać z tym musicalem.
Dalej, obsada. Myślę że nie łatwo jest śpiewać, tańczyć, wygłupiać się, od czasu do czasu przybrać poważną minę, i tak w kółko. A jednak się udało. Gra aktorska według mnie wypadła całkiem przekonująco i naturalnie. Wszystko jest podkolorowane i pokazane na wesoło. Twórcy trzymają się tej konwencji przez prawie cały film. Dopiero przy końcu zaczyna się robić poważnie, co wprowadza trochę zamętu, gdy już przyzwyczailiśmy się do nieustannego pajacowania bohaterów.
Postacie są przejaskrawione. Partyjniak, tajniak, milicjanci - wyglądają jak żywcem wzięci z dowcipów. Nadaje to pewien klimat i pasuje do obrazu całości (chociaż pod koniec, przesłuchanie na komisariacie wypada dość realistycznie i brutalnie). Momentami jest naprawdę zabawnie i można się pośmiać z osób i sytuacji. Młodzież również wprasowuje się w pewien schemat, mamy popularnego kolesia, badassa, dziewczyny imprezowe, dziewczyny ułożone i z zasadami, frajerów, itd. To daje nam ciekawy przekrój osobowości, które mieszają się w sposób wybuchowy.
Fabuła prowadzona jest w ciekawy sposób, co jakiś czas zaskakuje - twórcy nie odkrywają od razu wszystkich kart. Nudzić się w każdym razie nie można. To świetna pozycja dla miłośników gatunku i powód do chwały dla węgierskiej kinematografii - Amerykanie nie mają monopolu na tego typu filmy.
Etykiety:
fenyo,
Fenyö,
film,
Filmy.,
fonyo,
Gergely Fonyó,
hungaria,
Kimmel,
Kiss,
komedia,
komunizm,
made in,
musical,
Muzyka.,
rock'n;roll,
taniec,
węgierski
Subskrybuj:
Posty (Atom)















































