wtorek, 30 lipca 2013

O węgierskiej muzyce słów kilka.

   Na wstępnie zaznaczam, że nie jestem znawcą muzyki, a mój gust nie należy do wysublimowanych, ot słucham co mi w ucho wpadnie. Mimo to zamieszczam ten wpis, chcąc zwrócić uwagę potencjalnych słuchaczy na tę niszę, którą stanowi węgierska muzyka, ze szczególnym uwzględnieniem narodowego rocka, będącego chyba najciekawszym zjawiskiem w temacie.

   Zacznijmy od tego, że węgierska muzyka nie jest w Polsce znana. Wyjątek stanowią jedynie czardasz i piosenka: "Dziewczyna o perłowych włosach" (tylko dlatego że pamięta ją jeszcze starsze pokolenie). Podsumowując: jest kiepsko i choć powoli idzie ku dobremu, to jeszcze przez wiele lat wykonawcy i utwory z Węgier pozostaną nieznane szerszej publiczności, szczególnie biorąc pod uwagę zalew z zachodu.

   Ja madziarskimi zespołami interesuję się od paru lat. Zaczęło się od fascynacji narodowym rockiem (jeszcze wcześniej Węgrami w ogóle) i choć jest to mój ulubiony gatunek, staram się na nim nie poprzestawać, eksplorując ten "dziewiczy teren" i raz za razem dokonując ciekawych odkryć.

   Wspomniałem o narodowym rocku, ale zanim do niego dojdziemy chciałbym zwrócić uwagę na zespoły metalowe, które pojawiły się na Węgrzech już w latach 80', prezentując swoją twórczością całkiem wysoki poziom (przynajmniej takie jest moje zdanie). Wydaje mi się też, że zyskały tam one sobie większą popularność niż analogiczne rodzime kapele w Polsce. Zamiłowanie do tej muzyki Węgrom pozostało i zarówno w latach 90' jak i później powstawały kolejne grupy, z których wiele działa do dziś. Na koniec wpisu zarzucę paroma linkami ;)

   Węgierski narodowy rock (nemzeti rock) pojawił się na początku lat 90' dzięki upadkowi komunizmu i jego cenzury. Wielu artystów zamiast śpiewać o niczym, bądź o miłości postanowiło wpleść trochę patriotyzmu do swojej twórczości. Zaczęli więc poruszać tematykę własnej, trudnej historii i krzywd, których ich kraj doznał na przestrzeni dziejów. Największą i jedną ze świeższych jest Traktat z Trianon, na mocy którego Węgry po I wojnie światowej straciły 70% swojego terytorium, miejscami zamieszkałego wyłącznie przez Madziarów. Ta trauma była szczególnie silna przed wojną, by zostać sztucznie przygaszoną na okres komunizmu i odzyskać należne miejsce w narodowej pamięć po jego upadku.

   Narodowy rock to połączenie mocniejszych rockowych (a nawet metalowych) brzmień z folkowym klimatem. W treści utwory odnoszą się do historii (1848, Trianon, irredenta, 1956), bądź hołubią węgierską kulturę i tradycje. Można powiedzieć, że są przesiąknięte patriotyzmem na wskroś.

   Mam nadzieję, ze kogoś zainteresowałem :) Zapraszam do słuchania.


Trochę metalu:











...i narodowy rock:















   P.S. Według niepotwierdzonych informacji Polacy są drugimi po Węgrach odbiorcami tego typu muzyki. Sięgająca wielu wieków wstecz przyjaźń robi swoje :)

piątek, 26 lipca 2013

Zimne dni - Tibor Cseres [recenzja książki]

   Tak jak obiecałem, zaczynamy zmiany na blogu :)

   Rzadko wpadają mi w ręce węgierskie książki. Jeśli już się tak stanie to mają one na ogół ponad trzydzieści lat. Tak było i tym razem, gdy odwiedziłem antykwariat na wyprzedaży trafiła mi się powieść Tibora Cseresa - Zimne dni. Na Węgrzech została ona wydana w 1964 roku, a pierwsze polskie wydanie pojawiło się w 1968. Znalazłem ją przypadkiem, gdy wśród sterty rzuciła mi się w oczy charakterystyczna okładka Kolekcji Literatury Węgierskiej, serii która ukazywała się Polsce Ludowej.

   Książka jest próbą rozliczenia się z tragicznym epizodem węgierskiej historii jakim jest masakra ludności serbskiej i żydowskiej, której dokonały węgierskie wojska i żandarmeria w styczniu 1942 roku w Nowym Sadzie i okolicach. Przebieg tych zdarzeń jest opowiedziany przez czterech ich uczestników, wojskowych osadzonych w jednej celi, którzy wspomnieniami wracają do tamtych dni. Ich świadectwa uzupełniają się na wzajem i ukazują sprawę z różnych perspektyw - zarówno z punktu widzenia oficerów jak i zwykłych szeregowych. Autor stara się przedstawić mechanizmy ludobójstwa i indywidualnej, bądź zbiorowej odpowiedzialności, a także poczucia winy oprawców. Musze przyznać, że to znakomite studium psychologiczne zbrodniarzy, albo jak to się mówi w takich sytuacjach - "ludzi którzy wykonywali tylko rozkazy".

   Styl pisania nie porywa, może to wina tłumaczenia, nie wiem. Fabuła momentami jest przedstawiona w sposób dość nudny i chaotyczny (zabieg zdaje się celowy, lecz nieudolnie przeprowadzony). Z upływem stron dałem jednak radę się wciągnąć. Na pocieszenie dodam, że na końcu wszystkie elementy układanki wpadają na właściwe miejsca, tworząc przejrzysty obraz całości.

   Nie żałuję, że przeczytałem te książkę. Poznałem historię tej tragicznej karty węgierskiej historii, w sposób o wiele bardziej obrazowy niż suche fakty, które zapewnić mogą podręczniki czy encyklopedie. Powieść zmusiła mnie też do zastanowienia się jaką odpowiedzialność za zbrodnie ponosi szeregowy żołnierz czy oficer, który jedynie wykonuje rozkazy i jaki wpływ ma to na ich psychikę i dalsze funkcjonowanie.

   Polecam osobom zainteresowanym tematem. Nie jest to lektura pod poduszkę.



czwartek, 25 lipca 2013

Zmiany.

   Początkowo założyłem, że będzie to blog poświęcony węgierskiej kinematografii, jednak z braku czasu i możliwości zapoznawania się z ich dorobkiem w tej dziedzinie, a przy jednoczesnej niechęci do zamykania tego projektu, postanowiłem rozszerzyć nieco spektrum zagadnień. Począwszy od następnego wpisu, będziecie tu mogli Drodzy Czytelnicy zapoznać się z węgierską literaturą i muzyką. Dodatkowo planuję sporadycznie umieszczać teksty poświęcone innym zagadnieniom związanym z krajem bratanków, będzie między innymi o o moich zmaganiach z nauką języka, kuchennych eksperymentach z papryką w roli głównej i wiele, wiele więcej. Co jeszcze powiedzieć? Zapraszam.



poniedziałek, 20 maja 2013

Mucha (A légy) 1980 reż. Rofusz Ferenc

   Kolejny ciekawy krótkometrażowiec, tym razem jednak wyjątkowy, bo zdobywca Oscara w 1981 roku.
   Film jest animowany, rysunkowy. Ukazuje dwie i pół minuty z życia muchy, widziane jej oczyma. Pomysł prosty i może dzięki temu ciekawy, myślę że warto rzucić okiem. Zauważmy też, że jak na 1980 rok, to był kawał roboty, gdyż trzeba to było wszystko po kolei narysować i sfilmować (kamerą do zdjęć poklatkowych).

   Film można zobaczyć w całości tutaj:


sobota, 18 maja 2013

Dzielnica! (Nyócker!) 2004 reż. Áron Gauder

   Dzielnica! to film animowany dla dorosłych (obecne są: wulgarny język, seks i przemoc). Mamy w nim sporo odniesień do polityki, zarówno lokalnej węgierskiej jak i globalnej, przy czym należy pamiętać że powstał w 2004 roku (na Węgrzech rządzili postkomuniści rozgrabiający to co jeszcze zostało; kraj wszedł do UE; Amerykanie szaleli w Iraku; Bin Laden nadal żył i się ukrywał).  Do tego dochodzi próba ukazania napięć społecznych w wielonarodowym i wielokulturowym Budapeszcie. Na pierwszy rzut oka widać, że twórcy czerpali inspirację z South Parku i Romeo i Julii, efekt takiej mieszanki musiał być wybuchowy .

   Długo zabierałem się za obejrzenie tego filmu, po części dlatego że nie przepadam za produkcjami ukazującymi oblicze patologii społecznych. Wolę pozostawać w błogiej nieświadomości, niż wiedzieć jakie męty żyją na tym świecie. W końcu jednak się zdecydowałem i przyznam, że ten blog był do tego dodatkową motywacją.

   Od razu trzeba zaznaczyć, że to nietypowy film jak na węgierską kinematografię. Po pierwsze, ze względu na podjęcie tak trudnej tematyki, a po drugie ze względu na zrealizowanie go techniką animowaną. Nieodłącznym elementem całej historii jest węgierski hip-hop, który możemy usłyszeć w tle bądź z ust bohaterów. Moim zdaniem, pomysł znakomicie dopasowany do tematyki filmu, gdyż jest to muzyka marginesu społecznego. Fabuła chociaż dziecinna i naiwna, nie nudzi. Znajdziemy tu parę mądrości życiowych rodem z filmów Pasikowskiego. Czasem nawet można się uśmiechnąć z jakiegoś dowcipu. Postacie głównych bohaterów są wyraziste i wzbudzają sympatię, mimo iż w rzeczywistości omijalibyśmy takie elementy szerokim łukiem.

   Po obejrzeniu całości, zastanawiam się czy twórcy Włatców Móch nie skopiowali co nieco z Dzielnicy! Tępi policjanci, naiwne dzieciaki i ich cudowne recepty na życie oraz kiczowata i toporna animacja - wszystko to wydaje się takie znajome.

   Podsumowując, twórcy chcieli stworzyć satyrę na polityczno-społeczną rzeczywistość. Wykorzystali do tego kilka wyświechtanych schematów i zaeksperymentowali z animacją. W skali światowej nie jest to nic nadzwyczajnego, ale jak na węgierskie podwórko, film wydaje się znaczący. Oceniam go dość wysoko właśnie dlatego, że jest swego rodzaju ciekawostką.


   Film niestety już niedostępny na YT, ale z pewnością da się go ściągnąć z internetu.



piątek, 17 maja 2013

Mama 2009 reż. Géza M. Tóth

   Film twórcy Maestro. Bohaterką jest młoda mama, która wychodzi na dach by rozwiesić pranie. Przez kilka minut obserwujemy jak oddaje się tej prozaicznej czynności. Początkowo zastanawiać może: na co cała ta komputerowa otoczka? Czyżby reżyser chciał się pochwalić swoim kunsztem artystycznym? No cóż, wrażenia te efekty nie robią, gdyż pozostają tylko tłem. Mimo iż cała historyjka jest dość nudna, ogląda się to z zainteresowaniem. Chwilami można odnieść wrażenie, że kobieta niemal tańczy przy dźwiękach ulicy, miasta.

   Komputerowe tło znajduje w końcu zastosowanie: zaczynając się przesuwać i huśtać wraz ze sznurkiem. Trick ten pojawia się w znakomitym momencie - gdy widz traci powoli zainteresowanie całą historią. Tym samym uwaga zostaje przykuta na nowo, a jednocześnie rodzi się pytanie: a kiedy już kobieta powiesi pranie, czy znowu zostaniemy zaskoczeni?

   Różowy śpioszek (w przeciwieństwie do białych i kremowych koszul wprowadzających monotonię) który wiesza na końcu, nie jest może wielką niespodzianką, ale za to miłą odmianą i uwieńczeniem całej pracy. Paradoksalnie może zadziwić właśnie nie zadziwiając.

   Tak na marginesie: doceniam fakt, że reżyser nie zapomniał o tym by aktorka sapała wieszając pranie. Niby drobiazg, ale dla większości z nas ta czynność jest jednak męcząca i wymaga niezłej gimnastyki.


środa, 15 maja 2013

Maestro 2005 reż. Géza M. Tóth


   To krótkometrażowy film animowany wykonany techniką komputerową. Ukazuje nam przygotowania ptasiego śpiewaka przed występem. Przyznam szczerze, że nie wiedziałem czego się po nim spodziewać i nawet nie próbowałem zgadywać. Zdecydowałem się jednak obejrzeć, do czego zachęcił mnie krótki czas, a także chęć porównania z animacjami Tomasza Bagińskiego, których jestem fanem.

   Moim amatorskim okiem, stwierdzam że technicznie Maestro stoi na wysokim poziomie i reżyser nie ma się czego wstydzić. Równie ważna jest też fabuła, trzeba przyznać zaskakująca, jak to czasami bywa w przypadku takich dzieł. Mnie film od początku, no właśnie, najpierw zdziwił, a potem zaciekawił. Końcówka pozwala się uśmiechnąć, ale i skłania nas do refleksji. Zobaczcie sami: