Siedmiogodzinny film, huh... na raty musiałem oglądać, zresztą tak jak sobie to zaplanował Bela Tarr. To będzie kolejna z tych ciężkich recenzji, że aż chyba ograniczę się do garści luźnych przemyśleń. Będą spojlery.
OPIS:
Biedna węgierska wioska, jest miejscem z którego próbuje się wyrwać grupa wykolejeńców z kradzionymi pieniędzmi. Czekając na podział łupu oddają się pijaństwu i drobnym niegodziwościom. Jednocześnie czekają na nadejście Mesjasza, tajemniczego Irimiasa, przed którym czują respekt, a który ma zapewnić im lepsze życie.
Dawno żaden film mnie tak nie zasmucił i przygnębił. Akcja rozgrywa się głównie w biednej wsi, gdzie nikt nie ma pracy, domy się sypią, a zamiast dróg wszędzie jest błoto. By jeszcze pogłębić ten przygnębiający widok cały czas pada deszcz. Jest zimno, mokro, brzydko i śmierdząco i niemal czuć to wszystko oglądając ten film.
Bohaterami jest zgraja degeneratów, bez ambicji i wielkich potrzeb. Ludzi niemal zdziczałych, którzy potrzebują się nachlać, przelecieć żonę sąsiada i zapchać kichę paprikas krumpli. Przyznać trzeba, że pasują znakomicie do swojego środowiska.
Tutaj nie ma zmiłuj, zepsucie dotyka wszystkich. Nawet mała dziewczynka, na pozór niewinna, okazuje się sadystką, co budzi jednocześnie przerażenie, ale i żal jak takie małe dziecko mogło zostać spaczone przez patologiczne otoczenie.
Długie ujęcia pozwalają wczuć się w aktualną sytuację bohaterów, więc gdy idą drogą w deszczu to my idziemy razem z nimi i tak długimi minutami, czasem w milczeniu. Innym razem poznajemy codzienne życie bohaterów, siedzących na stołku w kuchni i gapiących się w ścianę, od czasu do czasu rzuciwszy jakąś miałką uwagę, albo i nawet nie. Ten czas marazmu daje też możliwość głębszego przemyślenia ukazanych przez twórcę problemów.
Główny punkt ciężkości tego filmu to poukrywane metafory, alegorie i symbole, niestety tym razem jest to ponad moje siły. Tarr pokazuje straszne zepsucie, nie dają przy tym nadziei, że może być lepiej.
A tak poza tym jak zawsze jest czarno-biało i naprawdę ciężko przechwalić niesamowite zdjęcia, a to robota Gábora Medvigy'ego. A do tego muzyka, którą jak to u Tarra skomponował Mihály Vig, świetnie pasuje do tego przygnębiającego klimatu.
To chyba film jedyny w swoim rodzaju, przy okazji mocno naznaczony piętnem Tarra, więc jeśli ktoś lubi jego filmu, to Szatańskie tango na pewno mu się spodoba, aczkolwiek jest to dość ciężki film.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą László Krasznahorkai. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą László Krasznahorkai. Pokaż wszystkie posty
środa, 30 lipca 2014
poniedziałek, 30 grudnia 2013
Koń turyński (A Torinói ló) 2011 reż. Béla Tarr
Wstyd przyznać, ale nie znam filozofii Nietzschego, a na niej bazuje w dużej mierze ten film. Dlatego też nie będę go recenzował, ani interpretował, a opiszę w luźny sposób. Zresztą interpretować ten film można na tysiąc różnych sposobów, więc czemu mój miałby być tym właściwym.
Tarr pokazuje nam tu sześć dni z życia starego niepełnosprawnego woźnicy i jego córki, mieszkających na odludziu, a także ich konia. W długich ujęciach poznajemy ich codzienne czynności, na które składają się: sen, praca, jedzenie, patrzenie się w okno, sen, itd.
Czarno-biały obraz i przejmująca, niemal straszna muzyka potęgują ponury nastrój filmu. Bohaterowie żyją w nędzy, a ich jałową egzystencję przez większość czasu wypełniają wyżej wymienione czynności. Nasuwa się pytanie po co w takim razie żyją, a właściwie wegetują? I chociaż ich codzienność nijak się ma do naszej (widzów), to czy aby na pewno? Pewne schematy się powtarzają.
W ciągu tych kilku dni zauważamy jednak pewne zachodzące zmiany. Najpierw koń odmawia jedzenia, prowadząc się do powolnej śmierci. Potem pojawia się sąsiad, który przychodząc po palinkę, toczy przed gospodarzem wywód na temat upadku ludzkości. Następnie spokój rodziny zakłóca pojawienie się Cyganów, a dzień później wyschnięcie studni. W końcu szóstego dnia nie wstaje słońce i znika ogień - na to nie ma już racjonalnego wytłumaczenia, musimy pogodzić się z faktem, że oto na naszych oczach dokonuje się powolnych koniec świata.
Ujęcia ciągną się jak to u Tarra całymi minutami, więc kiedy widzimy, że dziewczyna idzie do studni po wodę, to prześledzimy cały ten proces od początku do końca. Stałym elementem jest też wiatr, jego siłę poznajemy gdy dziewczyna wychodzi na dwór, ale słychać go również w domu.
To ciekawy obraz końca świata. Przy okazji - widzimy że najpierw wolę życia traci zwierzę, a dopiero później ludzie, którzy starają się przeżyć nawet w ekstremalnie trudnych warunkach. A szukawszy schronienia i tak w końcu wracają do domu - miejsca znanego.
Film jest ciężki w odbiorze i potrzebne jest do niego odpowiednie nastawienie, które pozwoli się wczuć w sytuację bohaterów, by razem z nimi przeżywać te ostatnie chwile istnienia. Mnie bardziej jednak podobało się Potępienie i Harmonie Werckmeistera.
Tarr pokazuje nam tu sześć dni z życia starego niepełnosprawnego woźnicy i jego córki, mieszkających na odludziu, a także ich konia. W długich ujęciach poznajemy ich codzienne czynności, na które składają się: sen, praca, jedzenie, patrzenie się w okno, sen, itd.
Czarno-biały obraz i przejmująca, niemal straszna muzyka potęgują ponury nastrój filmu. Bohaterowie żyją w nędzy, a ich jałową egzystencję przez większość czasu wypełniają wyżej wymienione czynności. Nasuwa się pytanie po co w takim razie żyją, a właściwie wegetują? I chociaż ich codzienność nijak się ma do naszej (widzów), to czy aby na pewno? Pewne schematy się powtarzają.
W ciągu tych kilku dni zauważamy jednak pewne zachodzące zmiany. Najpierw koń odmawia jedzenia, prowadząc się do powolnej śmierci. Potem pojawia się sąsiad, który przychodząc po palinkę, toczy przed gospodarzem wywód na temat upadku ludzkości. Następnie spokój rodziny zakłóca pojawienie się Cyganów, a dzień później wyschnięcie studni. W końcu szóstego dnia nie wstaje słońce i znika ogień - na to nie ma już racjonalnego wytłumaczenia, musimy pogodzić się z faktem, że oto na naszych oczach dokonuje się powolnych koniec świata.
Ujęcia ciągną się jak to u Tarra całymi minutami, więc kiedy widzimy, że dziewczyna idzie do studni po wodę, to prześledzimy cały ten proces od początku do końca. Stałym elementem jest też wiatr, jego siłę poznajemy gdy dziewczyna wychodzi na dwór, ale słychać go również w domu.
To ciekawy obraz końca świata. Przy okazji - widzimy że najpierw wolę życia traci zwierzę, a dopiero później ludzie, którzy starają się przeżyć nawet w ekstremalnie trudnych warunkach. A szukawszy schronienia i tak w końcu wracają do domu - miejsca znanego.
Film jest ciężki w odbiorze i potrzebne jest do niego odpowiednie nastawienie, które pozwoli się wczuć w sytuację bohaterów, by razem z nimi przeżywać te ostatnie chwile istnienia. Mnie bardziej jednak podobało się Potępienie i Harmonie Werckmeistera.
Etykiety:
2011,
A Torinói ló,
apokalipsa,
bela tarr,
Béla Tarr,
Filmy.,
koniec świata,
koń turyński,
László Krasznahorkai,
Nietzsche,
węgierski,
woźnica
Subskrybuj:
Posty (Atom)









